Mowy

Mowy Roshiego Jakusho Kwonga i innych nauczycieli

Aby dodać mowę, trzeba wybrać z menu po lewej "twórz - strona książki" i potem pod tytułem wybrać z listy opadającej "Mowy".

teksty: 

Całkowite Spalanie

Całkowite Spalanie
Mowa Roshiego Jakusho Kwonga wygłoszona 12 maja 2007 roku w Genjo-ji na Górze Sonoma.

Jestem zaszczycony, że mogę przedstawić wam Uji (Bycie Czasu). To jedna z wielkich prac Dogena. Abym mógł ją zaprezentować, wy musicie być tu i słuchać, a ja postaram się być tutaj i ją przedstawić. Bycie czasu. Bycie jest inne niż w zachodniej filozofii. Nie dotyczy jedynie istnienia. Tradycyjna zachodnia filozofia pomija naturę rzeczy. Skąd ona pochodzi? Natura rzeczy już jest w nas, a także wszędzie indziej. Zatem, Bycie Czasu to bardzo ważna praca.

Czytałem Tybetańską Księgę Życia i Umierania napisaną przez Sogyala Rinpoche. To jest klasyka. Mówi on o czterech błędach. Nasze cztery błędy dotyczą tego, dlaczego nie realizujemy naszej prawdziwej natury. Sam Sogyal Rinpoche jest bardzo wesołym człowiekiem. Miałem wspaniałą możliwość poznać go na pewnym tybetańskim zgromadzeniu. Poinstruowano nas, aby wszyscy nauczyciele przeszli do innego pokoju, ale on pozostał w tyle. Powiedział „Nie mogę przejść przez te drzwi, ponieważ nie jestem jednym z nich”. On ma wspaniałe poczucie humoru i jest bardzo otwarty.

Te cztery błędy są interesujące i powinniśmy się nad nimi zastanowić. Powinniśmy głęboko się nad nimi zastanowić. Mówiąc w skrócie są to: zbyt łatwe, zbyt bliskie, zbyt głębokie, zbyt cudowne. Zbyt łatwe oznacza, że wszystko, co musimy zrobić w całej praktyce medytacji (w całej praktyce Budda dharmy) to pozostawać w czystej świadomości, którą już mamy. To jest prawda, ponieważ dharma umarłaby już dawno temu, gdyby choć jedna osoba nie miała tej czystej świadomości. To wszystko, co musimy robić i to jest zawsze z nami. Drugi błąd to zbyt bliskie – jesteśmy nauczeni, aby patrzeć na zewnątrz nas, nie do wewnątrz. Jesteśmy uwarunkowani wiekami warunkowania, aby nie zagłębiać się w nasze prawdziwe self. To jest tak, jak z okiem, które nie może siebie zobaczyć. Nie patrzymy do wewnątrz, widzimy to, co na zewnątrz. To jest zbyt blisko nas, abyśmy to urzeczywistnili. To chce być urzeczywistnione. Następny błąd - zbyt głębokie - oznacza, że nie mamy żadnego pojęcia jak wielkie to jest. Nie mamy najmniejszego pojęcia. Jest tak z powodu naszej ograniczonej perspektywy. Gdybyśmy wiedzieli jak wielkie to jest, podążalibyśmy za tym, szukalibyśmy tego. Nawet, jeśli poznamy jedynie małą cząstkę tej wielkości, to dobrze, ponieważ w miarę jak podążasz za tą wielkością, szukasz jej i praktykujesz ją, ona wzrasta, inspiruje i wzmacnia cię. Praktyka, przebudzenie, praktyka, przebudzenie, praktyka, przebudzenie – jak noc i dzień. Noc inspiruje dzień. Dzień inspiruje noc. To jest wszech obejmująca pracująca dynamika, która powoduje, że żyjemy pośrodku i nie zdajemy sobie sprawy, jak głębokie jest urzeczywistnienie naszej prawdziwej natury. I ostatnie: zbyt cudowne. To ma związek z nieskończonością tego. To nie jest tylko słowem, To nie ma początku. Jest wielkie (Roshi uderza w podłogę), ten brak początku i brak końca, To, nazywają immo - bezmiar, jest zbyt wielkie, abyśmy potrafili je objąć myślą. „Mówisz, że mogę to zrobić?” Myślenie jest bardzo krótkowzroczne. Zamiast podążać za naszymi ciasnymi poglądami, musimy urzeczywistnić prawdziwą wielkość tego. Obrót o 360 stopni. Po prostu w to nie wierzymy i dlatego mówimy „Może ktoś inny, ale nie ja.”

Kiedy Roshi Suzuki ustanawiał mnie mnichem, powiedziałem „Nie jestem na to gotowy.” To odwiedziny ego. Mówimy sobie wiele razy: „To nie dla mnie. Nie jestem tego wart. To dla kogoś innego”. Ale ty jesteś tą osobą. Ty jesteś tą jedyną osobą i to jest bycie czasu.

W Tybecie wszystko jest inaczej. Oni mają piosenki o urzeczywistnieniu. Opowiadają historie o oświeceniu. A na Zachodzie w telewizji nic nie ma na ten temat. (śmiech) W radiu też nie słyszymy opowieści o Dogenie, Milarepie, ani o Shantidevie. Nie słyszysz nic na ten temat. Żyjemy w wielkiej iluzji. Żyjemy na targowisku wielkiej iluzji, ponieważ ludzie nie wiedzą o tym. Myślę, że to, co przytrafia się nam z powodu uwarunkowań, tradycji i historii, i z powodu tego wielkiego sprzysiężenia przeciw duchowi, jest prawdą. Ale czasami będziesz miał olśnienie o zachodzie słońca.

Ktoś powiedział mi, że kiedy słońce zachodzi możesz zobaczyć zieloną linię. Ta zieleń jest tą samą zielenią, której architekt użył w oknie w DeYoung Museum – ta sama zieleń – i wtedy – „błysk” – znikła. Czy to prawda? Ktoś mi to powiedział. Prawda? Czy to prawda? Widzieliście to?

W każdym razie, ponieważ jesteśmy ludźmi, mamy tego rodzaju przebłyski. Gdyby nikt ich nie miał, wtedy prawdą by było, że tego nie mamy. Widzisz kwiat albo czujesz zapach, lub wchodzisz do pokoju i jest tam atmosfera. To rozpoznaje, ponieważ to jest tym, tak rozpoznajesz to – piękno. Wywiera to bardzo głębokie wrażenie na nas, ale potem przychodzi rozproszenie. Tak się nazywa ta gra – rozproszenie – i wtedy to tracimy. Ale tęsknimy za tym i pragniemy tego. Prawdopodobnie najciemniejszym aspektem współczesnej cywilizacji, w której technologia rozwija się tak szybko, jest fakt, że tłumi ona to, kim naprawdę jesteśmy. Nasza nieznajomość nowoczesnego społeczeństwa zagłusza to, kim naprawdę jesteśmy. To jest w pewnym sensie spisek – może spisek niewiedzy. Oni nie wiedzą, kim my naprawdę jesteśmy. Mogliby sprzedawać na targu bransoletki z napisem „Jestem Buddą”, ale i tak, prędzej czy później, targ wchłonie cię i staniemy się częścią tej masy.

My wszyscy jednak jesteśmy jednostkami. To jest bycie czasu – bycie jednego czasu.

To jest Shobogenzo – dzieło Dogena. (Roshi pokazuje książkę) A to jest jego kaligrafia. Piękna książka przetłumaczona na francuski i angielski przez Roshiego Eido Shimano i Charlesa Vachera.

Przeczytam parę fragmentów, a następnie je skomentuję.

Dogen, który jest naszym duchowym przodkiem, kwestionuje nasze zwykłe myślenie o czasie, a nawet to, jak go doświadczamy.

„Czas, który znamy płynie linearnie znaczony przez godziny dnia. Czas posuwa się do przodu niezależnie od naszego istnienia, w oddzieleniu od naszych trosk, płynie od nieodwracalnej przeszłości przez chwilową teraźniejszość do nieznanej przyszłości.” Nie wiemy.

„Myślenie o czasie tylko jako o przepływającym, to widzenie siebie w oddzieleniu od czasu, w oddzieleniu od dharmy, w oddzieleniu od przeszłości, teraźniejszości i przyszłości.”

Słyszycie ludzi mówiących „Czas nie czeka na nikogo” albo „On był w niewłaściwym miejscu i w niewłaściwym czasie.” To jest oddzielone, oddzielone od twojego istnienia.

Nie uchwycimy Uji poprzez studiowanie, czytanie czy rozmyślanie. Najpierw musimy zrobić to, co zrobił Dogen. Uji to nie jest spekulacja na temat tego, czym czas, czy bycie mogłyby być. To jego relacja na temat tego, czym jest czas. Pisze swoje wyjaśnienie, czym jest czas – według Dogena – według Buddhadharmy. To nie jest spekulacja. To jego doświadczenie. „Tak więc proszę czytajcie z otwartym umysłem. Słuchajcie otwartymi uszami. Uji to zaproszenie, aby praktykować zazen.”

Wszystkie te mowy, śpiewy, wszystko tutaj zapraszają was do praktykowania i angażowania się w praktykę zazen. Całkowite spalanie. Co myślicie o tym słowie? „Spalanie” „Całkowite spalanie” Czy to was niepokoi? Nie?

Uczeń: „O, tak”.

Ok, możemy też powiedzieć zaangażowanie. W dawnych czasach, zanim poślubiłeś kogoś, zaręczałeś się. (śmiech) To oznacza, że coś się wydarzy. Prawda? Nie możesz umawiać się z nikim innym, nie możesz patrzeć na inne ładne dziewczyny. (śmiech) Myślę też o urządzeniach mechanicznych, takich jak biegi w samochodzie, kiedy je włączasz1. Jedziesz dokądś. Bez zaangażowania nie możesz nic zrobić.

Zatem „spalanie”, „zaangażowane zapalanie”. Zapalanie – jak wtedy, gdy zapalasz świeczkę, a knot rozświetla się. Właśnie to robimy podczas zazen. Nasze zazen to nie jest miękkie zazen. Medytacja nie jest dla mięczaków. (śmiech) Tak, wchodzisz do tego ciemnego pokoju i siedzisz w ciszy. Ale tam dokonuje się spalanie!

Nazywa się to cichą iluminacją. To jest nie tylko dla ciebie, ale dla całego wszechświata.

Uczeń: „Możemy powiedzieć wewnętrzne spalanie?”

Uczeń: „Albo spontaniczne spalanie?”.

Cokolwiek odpowiada twojemu menu. (śmiech) Ale rób to. Używaj tego. To spalanie wchłania lub gasi płomień iluzji. Iluzja to zasadniczo chciwość, gniew i niewiedza. Poprzez powierzanie siebie byciu-czasem, poprzez postawę i oddech, nie poprzez myślący umysł, tworzysz spalanie poprzez oddychanie.

Przez lata, kiedy praktykuję chodzoną medytację, kinhin, kiedy robimy tylko pół kroku, liczę. Powiedziałem komuś, że to jest wolne chodzenie, ale to zawiera też spalanie, które już nie jest tobą. Liczymy. Budda liczy – od jednego do dziesięciu. Wydech – prawa stopa. Liczę jeden bosatsu, dwa bosatsu, trzy bosatsu. To jest dziesięć sekund, a potem lewa stopa – osiem. Prawa stopa – dziesięć. Budda liczy. To nie jest skomplikowane. Wciąż i wciąż i wciąż to samo, dopóki nie staniesz się mistrzem w liczeniu. Dopóki nie staniesz się w tym mistrzem, kontynuuj liczenie, ponieważ nie liczysz. To jest wewnętrzne spalanie. To jest spontaniczne. To zenki, totalna pracująca dynamika. Jesteś całkowicie żywy – bez myśli. Dlatego mówi się, że dobre kinhin to takie, które się nie porusza. Nie ma ruchu wewnątrz. Nigdzie nie idziesz. Jesteś całkowicie tu. To jest kinhin – chodzona medytacja.

W tej praktyce jest duch, który znasz jako „duch Zen”. (Roshi uderza w podłogę trzy razy)

Widziałem pewnego ucznia idącego podczas praktyki pracy. Ponad 30 lat obserwowania – a oni chodzą z rękami w kieszeniach. Powiedziałem „To nie jest dobre”. (śmiech) Ten nawyk, to uwarunkowanie sprowadza myślący umysł. Sprowadza twoją przeszłość, wygodę, tego loda na patyku. Zatem musisz odnaleźć ducha Zen w praktyce, a praktyka jest tobą i to jest bycie czasu. Tak więc to jest duch, siła i energia.

Musicie studiować. Musicie praktykować. Inaczej nic z tego nie będzie. Ponieważ jedno wznieca drugie. To noc i dzień, dzień i noc. Noc przechodzi w dzień, dzień w noc. Energia, to jest spalanie. Totalna pracująca dynamika. Śpiewamy „Poranny umysł jest Kanzeon, Wieczorny umysł jest Kanzeon”. To jest całkowite spalanie. Nie chodzi nam o Kanzeon. Ale o aspekt, który jest głęboko wewnątrz nas. Rozpoznanie czy bycie świadomym Kanzeon zajęło mi wiele lat.

Przyjeżdżał tu pewien japoński mnich o imieniu Takunen. Nie pamiętam z jakiej był tradycji – Soto czy Rinzai, ale to nie ma znaczenia. To dosyć niezwykłe, aby starszy człowiek podróżował samotnie. Przyjeżdżał tu czasami – po prostu zjawiał się. Pomagał w czasie praktyki samu. Myślałem, że on wie, co robić. Miał sekator. Wyciął całą młodą rozsadę otaczającą sekwoję. (śmiech). Powiedziałem, że nie powinienem niczego zakładać z góry. Szczególnie, jeśli ktoś ma sekator (śmiech). Kiedy indziej przyszedł z pewnym młodym mnichem. Trochę mi przykro, bo nie bardzo go lubiłem. To było dawno temu – dwadzieścia lat, on już prawdopodobnie nie żyje. Spojrzał na tego młodego mnicha, potem spojrzał na mnie i powiedział mu, żeby zdjął kimono. Kazał mu zdjąć je natychmiast. To jest ich kultura, ich tradycja. Zrób to. (śmiech). Ostatni kontakt, jaki z nim miałem, to była kartka, którą mi przysłał. Była na niej postać Kanzeon, czyli Avalokitesvary, czy jakkolwiek chcecie ją nazwać. Napisał: „To jest twój najbliższy przyjaciel.” Kiedy ją otrzymałem pomyślałem: „To nie jest mój przyjaciel”. (śmiech). Ale jest. Pewnego dnia poczujecie to samo. Poczujecie to w ten sam sposób, jeśli będziecie praktykować.

W domu sanghowym jest zdjęcie Thich Nhat Hanha i Thich Man Giaca. Thich Man Giac zmarł w zeszłym roku. Był wielkim przyjacielem, nauczycielem i inspiracją dla mnie. Był kimś w rodzaju najwyższego patriarchy wietnamskiej społeczności w Ameryce Północnej. Na zdjęciu widać Thich Nhat Hanha, który zazwyczaj tak się nie uśmiecha, a także uśmiechającego się Thich Man Giaca. Obydwaj mają czerwony kwiat.

To historia przy okazji ceremonii w Shambala Mountain Center w 1968 roku, gdy powiedzieli nam: „Jeśli wasza matka żyje, weźcie czerwony kwiat i wepnijcie go w klapę, a jeśli nie żyje, weźcie biały kwiat.”

Obserwowałem Thich Man Giaca, który wziął czerwony kwiat. Pomyślałem „O rany! Jego matka musi być naprawdę stara”. (śmiech) Kiedy była moja kolej, wziąłem biały kwiat.

Jakiś czas potem nie mogłem się powstrzymać i zapytałem Thich Man Giaca „Ile lat ma twoja matka?” A on powiedział: „Moją prawdziwą matką jest Kanzeon.”

Jutro jest Dzień Matki2. Prawdziwy Dzień Matki. Waszą prawdziwą matką jest Kanzeon. To nie jest na zewnątrz. To nie jest ten posąg. Posąg ma nam tylko przypominać, co mamy wewnątrz.

Poranny umysł jest Kanzeon.
Wieczorny umysł jest Kanzeon.

To jest spalanie, kiedy włączasz zapłon, kiedy wybuchasz, znika egocentryzm. Jesteś tam, prawdziwy ty jesteś tam. O to chodzi w zazen. Spalanie, wzniecanie, zaangażowanie, tu jest bycie czasu.


Tłumaczenie: Małgorzata Sieradzka
Korekta tłumaczenia: Ewa Kochanowska, Jurek Kuun

1) przyp. tłum. w języku angielskim "engage" oznacza zarówno "angażować się", jak i "zaręczyć się", a także "włączać biegi”..

2) przyp. red. W USA Dzień Matki jest obchodzony w drugą niedzielę maja.

teksty: 

Codzienne życie a Zen

Codzienne życie a Zen

(fragment książki Dainin Katagiriego „You have to say something”)

Jak możemy żyć w zgodzie z nauką Zen? Przede wszystkim musimy praktykować zazen – siedzącą medytację - na co dzień. Najważniejszą sprawą nie jest to, jak długo siedzimy – pięć, dziesięć, pięćdziesiąt minut – nawet jedna minuta jest OK. Najważniejszą sprawą jest pozwolić, by codzienne życie zaczynało się od zazen i kończyło na zazen. To jest pierwszy krok.

Dlaczego musimy to robić? Ponieważ Zen jest życiem codziennym – przeżywanym dzień za dniem. A dzień za dniem jest dzisiaj – właśnie teraz, właśnie tutaj. To właśnie teraz, właśnie tutaj wpływa na całe twoje życie. Przeżywać życie nie oznacza żyć w zgodzie z jakąś duchową lub materialną ideą. Przeżywać życie – to jak ty żyjesz swoje życie – oznacza to, jak troszczysz się o nie dzień za dniem.

W zgodzie z drogą Zen musisz być sam dla siebie mistrzem w każdej sytuacji, w której się znajdziesz. Musisz zdawać sobie sprawę z tego kim i czym jesteś. Żeby się to stało - wszystko co musisz zrobić to skoncentrować się na swoich rękach, swoich stopach, swoich oczach, swoim umyśle – właśnie teraz, w tym momencie. Innymi słowy, kiedy siedzisz zazen, to usiądź i skoncentruj się na oddychaniu – licząc oddechy lub podążając za nimi. Kiedy jesz śniadanie, to właśnie jedz śniadanie. Kiedy myjesz twarz, to skoncentruj się na myciu twarzy. Kiedy idziesz ulicą – idź ulicą. Zazen jest podstawową praktyką. Jest o tym, jak troszczyć się całym swoim sercem o tę chwilę. Zrób to – właśnie teraz, właśnie tutaj.

Codzienna rutyna jest olbrzymią, ciągle zwiększającą się ilością powtarzanych zajęć – poranne wstawanie, śniadanie, praca, powrót do domu, przygotowanie do snu. Jednocześnie codzienna rutyna pokazuje nam, jak żyć w olbrzymiej przestrzeni czasu, poza wszelką ideą jaką na temat czasu mamy. O to dlaczego codzienne życie - codzienna rutyna – jest bardzo dla nas ważna. Może nam pozwolić uwolnić się od czasu.

Zbyt łatwo jednak zaczynamy mieć dosyć codziennej rutyny. Co się dzieje, kiedy powtarzamy te same rzeczy dzień za dniem? Nie lubimy tego. Wpadamy w pułapkę myślenia, że stereotypowe ludzkie życie jest monotonne. Zaczynamy poszukiwać ekscytacji i wyrwania się z codziennej rutyny. To jest bardzo niebezpieczne. Zaczynamy być zdezorientowani i nie wiemy co dalej robić.

Musimy odkryć prawdziwe ja, które jest wolne od tego niebezpiecznego uwarunkowania i musimy do niego powrócić.

Liczenie oddechów podczas zazen z zaangażowaniem całego swojego serca, to pozwolenie by czas dojrzewał. To jest bycie jednym z koncentracją, co oznacza - ani nie ty ani nie koncentracja. W tym momencie nie będziesz narzekał na codzienną rutynę i również nie dasz się powalić nieoczekiwanym zdarzeniom. Dlatego wkładamy wysiłek w codzienne praktykowanie zazen. W zamian za to, zazen daje nam wspaniałą okazję powrotu do prawdziwego ja.

Jeśli zamierzamy praktykować zazen w życiu codziennym musimy spojrzeć na to z szerszej perspektywy. Musimy siedzieć w zazen z całkowitą koncentracją. Kiedy siedzisz w zazen lub robisz cokolwiek innego – rób to całym swoim sercem. Jeśli chcesz pływać – wskocz do oceanu i pływaj wkładając w to całe swoje serce. I kiedy wskakujesz do wody, to zarówno idea „pływającego” jak i „oceanu” znikają. Jest tylko pływanie. To jest nie przywiązanie. To jest mądrość. Całym swoim sercem oznacza – robić coś „bez umysłu”. To oznacza zanurzenie się w aktywności i pozwolenie by czas dojrzewał – właśnie teraz, właśnie tutaj.

Być skoncentrowanym w znaczeniu świadomości-ego, to być zdezorientowanym. To utkwić w koncentracji. Ale kiedy całym swoim sercem koncentrujesz się na oddechu podczas zazen – pełna koncentracja w naturalny sposób znika w rytmie pełnej koncentracji. To jest zanurzenie się w dojrzewającym czasie – w aktywności chwili. Jeśli to zrobisz, natychmiast jesteś wolny od czasu.

Jeśli siedzisz w zazen z pełną koncentracją, natychmiast jesteś wolny od zazen i od idei kogoś, kto siedzi w zazen. Wtedy nie trzeba już rozważać: „Czy znajdę coś w zazen?” lub „Czy zapomnę o wszystkim od siedzenia w zazen?”. Po prostu odpuszczasz wszystkie idee. I w tym momencie zazen zaczyna być jednocześnie puste i pełne życia.

Jak już wspominałem, łatwo jest zacząć mieć dosyć codziennej rutyny. Robisz te same rzeczy dzień za dniem i w końcu nie wiesz już, jaki jest cel ludzkiego życia. Ludzkie życie opierające się tylko na codziennej rutynie jawi się jako olbrzymia pułapka. Nie chcemy tego widzieć, więc nie zwracamy na nią uwagi. Rano wstajemy i jemy śniadanie ale nie zwracamy uwagi na śniadanie. Szybko i nieuważnie pijemy kawę i idziemy do pracy.

Ale kiedy nie zwracasz uwagi, będziesz jeść śniadanie na oślep, będziesz iść do pracy na oślep, będziesz jechać samochodem na oślep, będziesz iść spać na oślep. W końcu będziesz mieć dosyć tej codziennej rutyny. To jest ludzkie cierpienie i ono wypełnia codzienne życie.

Ważnym punktem jest to, że nie możemy ani uciec od codziennego życia ani go ignorować. Musimy żyć - w znaczeniu urzeczywistniania naszej prawdziwej natury -właśnie po środku codziennej rutyny, bez niszczenia jej i bez przywiązania do niej. Kiedy jest czas, żeby wstawać - to wstań. Nawet jeśli nie chcesz – po prostu wstań. To, że wstaniesz uwolni cię od faktu, że musisz wstać. Nawet jeśli nie lubisz swojego życia - po prostu żyj. Nawet jeśli myślisz, że prędzej czy później i tak przyjdzie śmierć - po prostu żyj. Prawdą życia jest po prostu żyć. To jest nie przywiązanie. Praktyka Zen, to bycie w pełni żywym w każdej chwili. Tylko żyjąc w ten sposób możesz zaopiekować się swoim codziennym życiem.

 

                      • Tłumaczenie – Monika Jakubowicz
                        Korekta – Jurek Kuun
teksty: 

Dwa skrzydła jednego ptaka

ZałącznikWielkość
Microsoft Office document icon Dwa skrzydła jednego ptaka.doc47.5 KB
Dwa skrzydła jednego ptaka:
Pradżnia i Samadhi

Z mowy wygłoszonej przez Roshiego Kwonga 4 listopada 2003 roku.

Witam wszystkich. Ostatnia mowa była o cichej iluminacji. Sądzę, że zrozumienie tego jest ważne dla praktykujących medytację. Cicha iluminacja ma w sobie bardzo dynamiczną jakość. Cisza sama w sobie jest pasywna, ale iluminacja jest aktywna. Więc potrzebujesz połączenia: cicha iluminacja. Albo inaczej mówiąc, można to nazwać Samadhi i Pradżnia. Jest to dla nas bardzo ważne jeśli mamy być prawdziwymi medytującymi.

Cicha iluminacja jest poprzedniczką Shikataza. Mistrz zen Wanshi wprowadził ten termin z głębi swoich własnych doświadczeń. Ważne żebyśmy poznali Wanshi, ponieważ jego postać w dużym stopniu została przysłonięta przez Dogena.

Po japońsku jego pełne imię brzmiało Wanshi Shogaku. Wanshi oznacza ‘ogromna mądrość’, a Shogaku – ‘właściwe przebudzenie’. Przy czym właściwe nie oznacza tu czegoś przeciwstawnego niewłaściwemu, lecz coś co ma w sobie właściwą jakość [upright = wyprostowany albo prawy]. Shogaku było również imieniem Roshiego Suzukiego – Shogaku Shunryu Suzuki.

Wanshi żył między 1091 a 1157 rokiem. Był synem praktykującego człowieka i nawet nauczyciel jego ojca mówił, że pewnego dnia Wanshi zostanie wielkim naczyniem Dharmy. W swojej książce o Wanshim, „Uprawianie pustego pola”, Taigen Daniel Leighton pisze, że w wieku jedenastu lat Wanshi opuścił dom aby zostać mnichem. Po kilku latach, po dwudziestce, Wanshi wybrał się w podróż do Shangsha, klasztoru którego nazwa oznacza Świątynia Góry Kadzideł. Kiedy tam był usłyszał mnicha śpiewającego „Oczy którymi obdarzyli nas rodzice mogą ogarnąć 3 000 światów”. Wiele lat później Dogen powiedział: „rankiem jest 3 000 cudów, a wieczorem jest ich 800”. Nie liczymy ile ich jest, ale jest to wskazówka, sugestia. Cud, że się budzisz, cud że żyjesz. Cudowna możliwość odczuwania łóżka, cud tego pięknego dnia.
Przebudzenie może przyjść niekoniecznie dzięki śpiewowi mnicha, to może być dźwięk wiatru. Jakiś fragment maszyny może śpiewać. Nie poprzez hałas, lecz poprzez dźwięki. On był właśnie tam w tym momencie i słysząc śpiew w pełni, doświadczył jakiegoś urzeczywistnienia.

Wanshi udał się dalej aby spotkać mistrza świątyni. Mistrz Shangshan wskazał na pudełko kadzideł leżące na stole i spytał Wanshi: „Co jest w środku?” Wanshi odparł: „Co robi umysł?” Piękny dialog, ponieważ wskazał od razu na źródło. Możemy się zastanawiać „ciekawe co jest w środku?” Ale Wanshi nie dał się złapać na pytanie. Zamiast tego spytał „Co robi umysł?” Shangshan spytał wtedy „Skąd pochodzi twoje oświecenie?” Wanshi zakreślił palcem koło w powietrzu. W którą stronę je narysował? W tę stronę [Roshi pokazuje] oznacza pod prąd, a w tę [Roshi pokazuje] z prądem. Są dwa sposoby. Może mieć znaczenie w którą stronę to robisz. Po nakreśleniu koła chwycił je i odrzucił.

Sądzę, że kiedy Roshi Baker prosił Roshiego Suzukiego na łożu śmierci o instrukcje, ten drugi był już bardzo słaby; jego małe palce wykonywały niewielkie koło. Więc Wanshi chwycił je i odrzucił.

Shangshan stwierdził: „Naprawdę jesteś osobą tworzącą zamieszanie.” To wspaniały dialog, bo to może oznaczać, że Shangshan go testuje, a może chwali, a może to oznacza coś jak ‘jesteś jak osioł’. Dalej Shangshan pyta „Jaka jest twoja pojemność?” Wanshi odpowiada „Błąd!” To wspaniałe! Kiedy ktoś zadaje ci pytanie nie powinieneś tak odpowiadać, ale tak się może zdarzyć. Błąd. Ale sposób w jaki Wanshi mówi ‘błąd’ jest zupełnie inny. Shangshan mówi dalej „Nie pokazuj tego innym.” a Wanshi odpowiada „Tak, tak.” i tak kończy się ten dialog.

Pamiętacie jak Dogen używał słowa ‘błąd’ mówiąc o całym życiu – a szczególnie życiu ucznia zen czy nawet nauczyciela zen – jako o „jednym ciągłym błędzie”. Abyś mógł wybaczyć sobie. Nie musisz być doskonały. Życie jest jedną wielką, dobrą pomyłką.

Później, przed śmiercią w 1157 roku, Wanshi opuścił świątynię na około rok. Odwiedzał ludzi z kręgu władzy i wojskowych, urzędników i darczyńców aby podziękować im za całe wsparcie. Potem wrócił do świątyni gdzie wygłosił pożegnalną mowę do swoich mnichów. Poprosił asystenta o pędzelek i napisał list do swojego kolegi, a czasem krytyka, nauczyciela zen Dahui Zonggao, prosząc go o zajęcie się jego klasztorem. Potem napisał swój ostatni wiersz:

      Iluzoryczne sny, kwiaty z powietrza, sześćdziesiąt siedem lat.

      Biały ptak znika we mgle, jesienne wody łączą się z niebem.

A potem odszedł siedząc w pozycji zazen i mówi się, że jego ciało pozostało świeże przez siedem dni w trumnie. To tak jak serce Karmapy pozostawało ciepłe przez wiele, wiele dni po jego śmierci. To nie jest daleko. Dharma wciąż się wydarza.

Cicha iluminacja jest medytacją bezobiektową. Jesteśmy tak przywiązani do chwytania zewnętrznych rzeczy. Zawsze patrzymy na zewnątrz i chwytamy. Ten sposób medytacji kieruje się w inną stronę. Jest to zwrócenie światła do wewnątrz; zamiast na zewnątrz, zwracasz je do środka. W tej medytacji zupełnie nie ma obiektu.

W mojej książce, w rozdziale zatytułowanym Proklamacja bez słów jest fragment, który mówi o tym co opisuję. „Aby skierować światło ku wnętrzu i wniknąć w sferę niezrodzonego, w medytacji trzeba osiągnąć pewien rodzaj koncentracji czy skupienia, zwany samadhi. Jego celem jest lekkie, łagodne skupienie na niezrodzonej przestrzeni”, albo Naturze Buddy, albo pierwotnym ja, prawdzie.

„Przestrzeń ta stanowi źródło wszelkiej energii i do niej powraca. Świadomość niezrodzonego jest właściwością prajni; to właśnie oświecenie. Prajna to twoja wrodzona mądrość, od zarania promienna. Mówi się, że w samadhi jest prajna, a w prajni jest samadhi. Idą ze sobą w parze niczym skrzydła ptaka, który zna zasadę szybowania na wskroś, do cna.”

„Samadhi jest skupieniem na samej istocie rdzennego umysłu. Prajna to czynna świadomość jego wszechobecności. Samadhi to niezachwiana koncentracja, bez której nie da się dotknąć niezrodzonego, a prajna to świadomość tego, czym jest sama istota. Samadhi to stan spokojny i wyciszony, a zarazem świadomy. Prajna jest świadoma, a zarazem spokojna i wyciszona. Samadhi to samadhi, a prajna to prajna. Jedno i drugie jest esencją praktyki medytacyjnej. Tworzymy parę bliskich, długoletnich przyjaciół.”

Z mojego doświadczenia, przez wiele lat używałem koncentracji i uwagi aby skupić się na samadhi, powodując przywiązanie do tego miejsca. To wielki błąd. Kiedy wchodzisz w stan wyciszenia umysłu, to jest to jak bycie w łonie – i nie jesteś już obecny.

To jak w stwierdzeniu Washiubandzu – kiedy patrzył na staw aby ujrzeć złotą rybkę, pierwszą rzeczą jaką widział była woda. To bardzo ważne. Kiedy patrzysz na wodę, wtedy widzisz złotą rybkę. Ale my szukamy tylko złotej rybki, bez wody. A nie ma złotej rybki bez wody.

To stwierdzenie uświadomiło mi, że w dowolnej chwili, kiedy spoglądam, pierwszą rzeczą jaką widzę jest pustka. Potem spostrzegam Ricka. Rozumiecie, jest różnica. Kiedy widzę tylko obiektywne rzeczy, to inny rodzaj patrzenia. Kiedy patrzysz na zewnątrz, a zwracasz światło do wewnątrz, wtedy doświadczasz świadomości.
Kiedy siedzimy długie okresy czasu podczas praktyk medytacyjnych, wchodzimy w ten tunel, czy to miejsce podobne do łona i możemy tam utknąć. Jest tam bardzo wygodnie, więc możemy utknąć.

Mówi się nawet, że nie wchodzi się w Samadhi. Wiesz kiedy jesteś spokojny, i wszystko trwa w spokoju, wiesz o tym. To już jest Samadhi. Ale nie wchodź w to, nie przebywaj tam. Musi być w tym świadomość, musi być światłość. Musi być poczucie bycia w tym pomieszczeniu. Kiedy twoja świadomość jest wyostrzona, nie musi nawet mówić, że tu jest. To tylko pokój, podłoga, to wszystko, bez słów.

Mistrz zen Dahui krytykował Wanshi, ale właściwie byli dobrymi przyjaciółmi. Kiedy Wanshi miał umrzeć, spytał Dahui: „Zajmiesz się moimi sprawami?” Oto jak bliscy byli. To co robił Dahui, to krytykowanie uczniów Wanshi, którzy nie zrozumieli cichej iluminacji.

„W odniesieniu do cichej iluminacji Dahui zarzucał swoim oponentom, że nauczają ludzi aby się zatrzymali i siedzieli jakby byli martwi.” Widzę to w wielu salach medytacyjnych, może nawet tutaj. „Tylko uczą ludzi zatrzymania, odpoczynku i udawania martwych. Siedzą bez słów, z zamkniętymi oczami w czarnych szatach (to mój dodatek), u stóp czarnych gór.” Ale powinieneś trzymać oczy otwarte, gdy je zamykasz, znajdujesz się w łonie. To takie miłe miejsce, że stajesz się bardzo przywiązany do niego.

Niektórzy chcieliby zostać pustelnikami. Nie chcą już mieć doczynienia z innymi, gdyż to przeszkadza w ich Samadhi. Ale Samadhi zależy od Prażni, a Prażnia zależy od Samadhi.

Dahui oczywiście dodaje „z zamkniętymi oczami u stóp czarnych gór. I nie poszukują wspaniałego subtelnego oświecenia. Świadomość jest oświeceniem. Z pewnością takie nieprawidłowe zastosowanie cichej iluminacji bez zrozumienia może niektórych doprowadzić do samozadowolenia, wyciszenia, niepełnego wglądu i praktykujących, którzy przestają reagować. Bodhisattwowie są odpowiedzialni i odpowiadają innym.”

Opowiada również o tym jak utknęła jego linia. „Dahui utrzymuje, że cicha iluminacja, Shikantaza, powoduje przywiązanie do stanu spokoju kosztem świadomości i wglądu. Jednak bezpośrednie instrukcje Wanshi zawarte w Instrukcjach Do Praktyki, prezentują te cechy w sposób zrównoważony. W swoim ważnym wierszu ‘Wskazówki do cichej iluminacji’ Wanshi wyraźnie podkreśla współzależność spokoju i wglądu.”

Spójrzmy na fragment tego wiersza.

„Tylko cisza jest ostatecznym mówieniem. Tylko wgląd jest uniwersalną odpowiedzią.” Znowu te dwie cechy razem, nie tylko cisza. Wgląd i milczenie idą ręka w rękę.

„Odpowiadanie bez przywiązywania się do osiągnięć, mówienie bez angażowania słuchaczy.” To wspaniałe. „Dziesięć tysięcy form majestatycznie rozświetla i objaśnia dharmę. Wszystkie przedmioty potwierdzają ją współpracując. Prowadząc dialog i poświadczając, odpowiadają sobie nawzajem we właściwy sposób; lecz jeśli wgląd zapomina o spokoju, pojawia się agresywność.”

Jest taka historia opowiadana przez Thich Nhat Hahna, jedna z jego najzabawniejszych historii. Przypowiastka o Pani Lee. Pamiętacie ją? W Korei silna jest tradycja śpiewów. Każdego dnia Pani Lee wyśpiewywała imiona Buddy uderzając w moktak. Pewnego dnia gdy praktykowała swoje śpiewy, do domu podszedł sąsiad i zawołał ‘Pani Lee, Pani Lee!’ Usłyszała go przez okno ale pomyślała ‘Dlaczego mnie woła jak właśnie robię moje święte praktyki?’ Moktak, moktak, moktak, moktak. Ale on dalej ją wywoływał. W końcu tak się wkurzyła, że rzuciła moktak na podłogę, wybiegła i powiedziała ‘Czy nie widzisz co robię? Przywołuję imiona Buddy!’

Sąsiad odparł „Och, Pani Lee, zawołałem cię tylko dwanaście razy. Więc jak strasznie Budda musi być zły na panią!”

To jest kluczowy punkt. Jeśli iluminacja wyklucza spokój, to wciąż jest tam agresywność.

Wanshi kontynuuje w swoim poemacie „Dyskutując i sprawdzając się, odpowiadają sobie wzajemnie; ale jeśli spokój zaniedbuje wgląd, pojawia się mrok, odrętwienie, inercja które prowadzą do zmarnowania Darmy." To bardzo ważne. „Wanshi wyraźnie podkreśla niezależność i wzajemne powiązanie spokoju i wglądu.” Shamadha vipassana.

„Nauczanie Wanshi, choć zapewne nieprawidłowo zastosowane przez niektórych z jego następców, podkreśla aktywne działanie odpowiednio do zjawisk pojawiających się w codziennym świecie. Równowaga pomiędzy wyciszeniem i iluminacją jest analogiczna do równowagi między świadomością względnego i absolutnego tak jak to jest opisane w pięciu rangach. Ostatecznym celem praktyki duchowej jest uświadomienie sobie zarówno iluminującego wglądu mądrości jak i jego właściwego działania w zwyczajnym świecie istot, komunikatywności i odpowiedzialności Bodhisattwy. Wanshi przedstawia ten proces medytacyjnej realizacji.”

„Nos starożytnego mistrza i życie mnicha w połatanych szatach składa się z pewnego uchwytu, a potem uwolnienia w działaniu, tak abyśmy wszyscy odkryli naszą własną wolność. Tak więc powiada się, że fałszywe myślenie ustaje i dlatego wzrasta spokój (koncentracja), wzrasta spokój i pojawia się mądrość, wzrasta mądrość i spokój rozpływa się w aktywnym działaniu. Jasny i zdecydowany, to jedyny autentyczny pogląd.”

Dziękuję.

                    Tłumaczenie: Sławek Lipski
                    Korekta: Ania Mills
teksty: 

Eko Hensho

Roshi Jakusho Kwong
Eko Hensho

Mowa Dharmy wygłoszona w Wildze 7 lipca 2006

Zastanawiałem się co jest najważniejsze, co powinienem starać się przekazać. Będę czytał i komentował fragmenty wstępu do tego wydania Shobogenzo Dogena, wstępu napisanego przez autora przekładu - Thomasa Cleary’ego. Odbyłem bardzo długą podróż, zanim zacząłem rozumieć, czym jest zen. Wy możecie myśleć, że rozumiecie, ale przykro mi, myślę, że nie rozumiecie, nawet jeśli doświadczyliście jakiegoś rodzaju przebudzenia (niektórzy z was doświadczyli wglądu).

Czytałem te zdania i powiedzenia w różnych książkach wielokrotnie. Może nie byłem wystarczająco otwarty. A praktykuję codziennie, z wyjątkiem niedziel. Codzienna praktyka jest bardzo ważna. Byłem rozczarowany, gdy uczeń powiedział na dokusan, że nie praktykował przez cały rok. Odpowiedziałem mu, że właściwie nie powinienem z nim rozmawiać: „ja robię moją część, a ty powinieneś robić swoją”. To był student naszej sanghi. Popatrzcie na mnie, popatrzcie ile ja siedzę codziennie. Macie wspólne siedzenia dwa razy w tygodniu - to nie wystarczająco. Musimy stworzyć nowy system. Nawet, jeśli nie ma doana i nie ma śpiewów, ludzie mogą siedzieć. Siedzenie w domu jest dobre, nie wystarcza jednak, ponieważ jest zbyt osobiste. Kiedy praktykujesz z ludźmi, jest inaczej. Oni widzą twoje niepowodzenia. Sam nie możesz zobaczyć swoich słabości.

„W swoim wczesnym traktacie na temat zazen Dogen mówi: »Powinieneś zaprzestać intelektualnej praktyki roztrząsania słów i nauczyć się robienia ‘kroku wstecz’, którym jest ‘odwracanie światła wokół i świecenie wstecz’: ciało i umysł naturalnie ‘odpadną’ i ‘pierwotna twarz’ pojawi się.« Zenistyczna ‘sztuka’ wglądania w źródło umysłu zamiast pogoni za myślami czy zewnętrzną stymulacją nazywa się eko hensho, odwracanie światła i świecenie (albo patrzenie) wstecz.” O to dosłownie chodzi, właśnie o to! Nie ma żadnej tajemnicy. Kiedy w początkach moich studiów czytałem o „odpadaniu ciała i umysłu”, to utknąłem na słowach. Myślałem, że to jest coś tajemniczego. I utknąłem. Patrzcie na jak długo utknąłem! Więc nie przywiązujcie się do słów, słowa to tylko palec, który wskazuje.

„Ciało i umysł w naturalny sposób odpadną i twoja pierwotna twarz się ukarze.”

Kolejne strony mówią o tym samym - ciągle i ciągle na nowo. Zen jest bardzo prosty. Tybetańska praktyka jest bardzo skomplikowana. Myślę, że Trungpa zaadaptował zen ze względu na jego prostotę i bezpośredniość. Tybetańczycy mają bardzo złożony system. Zen jest bardzo prosty. Rozważając te dwie tradycje myślę, że nie ma więcej oświeconych Tybetańczyków niż oświeconych praktykujących zen. A więc jeśli spotykasz lamę, to naucz się stać na swoim gruncie, utrzymaj swoją tradycję. To bardzo pięknie spotykać ludzi z innych tradycji. Gdy pierwszy raz spotkałem lamę, miałem szatę ze sztucznego tworzywa, on podszedł do mnie i pomiętosił ją palcami. Trochę się wstydziłem. Taki młody i niedoświadczony…

Więc jest sztuka w zen, sztuka patrzenia w źródło umysłu. To jest praktyka. Zamiast myślenia, zamiast przysparzania sobie rozrywki myślami. Ta metoda nazywa się eko hensho.

„Odwracanie światła i świecenie z powrotem.” Czy wszyscy nadążacie? Inaczej można powiedzieć, że swoją uwagę zwracasz tam, skąd myśli pochodzą. Nie można przestać myśleć. Myśli kontrolują emocje - lęk, niepokój, wątpliwości, złość... Za tymi uczuciami są myśli. A kiedy zwrócisz światło w stronę źródła umysłu, to tam nie ma niczego. Eko hensho.

III Patriarcha napisał wiersz o Bodhidharmie, w którym mówi „światło klejnotu oświetla klejnot sam w sobie”. Wykaligrafowałem ten wiersz na filarze przy stupie Chogyama Trungpy na Górze Sonoma. Światło to nasza mądrość, pierwotna, wewnętrzna mądrość, nasza świadomość. I ten klejnot, to też jesteśmy my, wierzcie lub nie, tacy, jakimi jesteśmy. Jesteśmy klejnotem i nasze światło oświetla -rozpuszcza - chciwość, niewiedzę i złość. Rozpuszcza je i wtedy świetlistość klejnotu świeci. Twoje światło oświetla ciebie samego.

Mój przyjaciel poznał mnie z laureatem Nagrody Nobla w dziedzinie fizyki - Steven Chu (dostał nagrodę w 1997r.) Prowadził bardzo ciekawe doświadczenia. Przy pomocy lasera był w stanie zwolnić ruch gazów z prędkości ponad 3000 mil do kilku centymetrów na godzinę. Kiedy to przeczytałem, pomyślałem „hej, ja robię takie doświadczenia przez prawie 50 lat!” Zwalnianie. Więc wysłałem mu e-mail. Dostał posadę dyrektora Laboratorium Promieniowania w Berkeley... Nie odpowiedział mi. Ale chodzi o to samo. W zen dysponujemy laserem.

Są liczne powiedzenia i historie w klasycznych pismach zen, które odnoszą się do zwracania światła do tyłu. „Mnich spytał pewnego razu mistrza Isana.” - Isan doznał urzeczywistnienia widząc brzoskwinię. Zen jest bardzo dziwaczny – brzoskwinia!. Ale wiecie... historie… gdy zrozumiecie, gdybyście rozumieli, że to jest prawda to inaczej traktowalibyście swoje otoczenie. Dlatego, że możesz doświadczyć oświecenia. Dlatego że wszystko je ma, niezależnie od tego czy jest dobre czy złe. Ma je.

A więc „Mnich spytał pewnego razu mistrza Isana: »Czym jest droga?«” Typowe pytanie. „Isan odpowiedział: »Nie-umysł jest drogą«”. Ten nie-umysł odnosi się do drogocennej przestrzeni, którą masz. To nie znaczy, że nie mamy umysłu. To się odnosi do miejsca, skąd umysł pochodzi. To jest w nas, wewnątrz nas.

„Isan odpowiedział: »Nie-umysł jest drogą« - na co mnich - »Nie rozumiem«.” A więc myślący umysł dotarł do swojej granicy. I to jest bardzo ważne, nie ma gruntu, ja jest niestabilne, dotarło do swoich granic. To jest umysł nie wiem San Sa Nima. Umysł Nie Wiem.

„Isan odparł: »Powinieneś zrozumieć to co nie rozumie«” A w szkole jesteśmy uczeni, że nie rozumienie jest niedobre. Tymczasem w zen stanowi właśnie nagrodę. „Mnich spytał: »Czym jest to, co nie rozumie?«” Właśnie ty jesteś tym. To nie jest ktoś inny. - Isan kontynuował: „Ludzie dzisiejszych czasów powinni bezpośrednio urzeczywistnić to, co nie rozumie.” Ten dialog odbył się dawno temu, ale jest aktualny. To się nie zmieniło. „Isan: »To w istocie jest twój umysł«. To w istocie jest twój Budda. Kiedy przyjmujesz z zewnątrz cząstkę wiedzy, kiedy rozumiesz cząstkę i uważasz, że to droga zen, to już zgubiłeś istotę sprawy. To się nazywa wnoszeniem ekskrementów do wewnątrz, nie nazywa się wynoszenie ekskrementów na zewnątrz. Zanieczyszcza twój umysł – pole, więc mówię, że to nie jest Droga.”

Jeszcze jeden przykład. „Uczeń zapytał adepta Sidzio: »Kiedykolwiek siedzę w nocy, moje myśli kłębią się i nie wiem jak opanować ten tumult. Proszę daj mi jakieś wskazówki.« Sidzio powiedział: »Kiedy siedzisz nieruchomo w nocy i twoje myśli kłębią się, użyj skłębionego umysłu, żeby badać to miejsce skłębienia. Gdy dokładnie je zbadasz, odkryjesz że nie ma miejsca, a więc w jaki sposób kłębienie się myśli mogłoby utrzymać się?«” To jest twój laser, świecący. I gdy świeci, to rozpuszcza. I jeszcze jeden krok – „Wtedy podejmij badanie badającego umysłu - Gdzież jest umysł, który może badać? Ponadto, ten który uświadamia wiedzę jest podstawowo pusty, więc obiekt, na którym się skupia jest również spokojny. ”Spokojny a jednak niespokojny, ponieważ nie ma uspokajającej osoby, Uświadamiający a jednak nie uświadamiający, ponieważ nie ma uświadamianego przedmiotu.” A więc mówimy dokładnie o tym momencie, właśnie o tym momencie, kiedy wszystko jest jednym i z tego miejsca wszystko staje się dwoma. Ale to przez tę takość czy tożsamość, „tęsamość”. To się bardzo różni od tego jak zazwyczaj ludzie żyją. Chodzi mi o to, że ja widzę drzewo, drzewo widzi mnie, ja jestem drzewem, drzewo jest mną. I wtedy – ja jestem sobą, a drzewo jest drzewem.

„A więc kiedy zarówno przedmiot jak i wiedza są spokojne, umysł i myśli pozostają w spoczynku. Zewnętrznie nie podążając za rozgałęzieniami, wewnętrznie nie pozostając w koncentracji, gdy znikną obie drogi jedna natura jest spokojna.” Nawet się nie koncentrujesz, sam jesteś koncentracją, skupieniem. Nie ma wysiłku, żeby być skoncentrowanym. „Obie drogi zniknęły, jedna natura, lub jeden umysł jest wyciszony. To jest istota drogi wracania do źródła.”

Jeszcze jedna historia ilustrująca technikę eko hensho. „Zwracanie światła i świecenie z powrotem. Mistrz Gyozan zapytał mnicha: »Skąd przychodzisz?« Mnich powiedział: »Z Warszawy«. Kyozan spytał: »Czy myślisz o tym miejscu?«” Może jednak jakieś inne miasto. Ładniejsze... Kraków? „»Czy często myślisz o tym miejscu?«, a mnich odparł »Zawsze myślę o Krakowie«. Kyozan powiedział: »To co myśli jest umysłem, to o czym myśli jest przedmiotem. W Krakowie są różne rzeczy, Wawel, budynki, ludzie i zwierzęta itd. Zwróć myśli z powrotem ku umysłowi, który myśli o tym«.” Wracamy znowu do źródła umysłu. „»Czy tam jest dużo rzeczy?« - mnich odparł - »Kiedy się tu znajduję, (on nie mówi, kiedy się tam znajduję, tylko, kiedy się tu znajduję) to w ogóle nie widzę ich istnienia« - Kyozan odrzekł - »To jest właściwe dla fazy wiary, ale jeszcze nie dla fazy osoby.«” Faza wiary i faza osoby. Wiara nie jest czymś konceptualnym. To jest coś spokojnego, coś całkowicie spokojnego, oto interpretacja wiary według zen. To jest to, czego doświadczasz w zazen.

„Kyozan odrzekł: »To jest właściwe dla fazy wiary, ale jeszcze nie dla fazy osoby.« Podstawowo ta technika polega na zaprzestaniu zajmowania czymś swojego umysłu.” Dlatego, że owo zajmowanie czymś umysłu będzie trwało nieustannie, na zawsze. I ono pochłonie twoje życie. Pochłania życie większości ludzi, to bardzo smutne. A więc musisz zaprzestać dostarczania sobie rozrywki. W słowniku amerykańskim jest słowo ”introspekcja”. Czy ci, którzy je wyjaśniają mają pojęcie, że to jest jak wglądanie w swój umysł, czy wiedzą, czym umył jest? Zaledwie dotykają powierzchni umysłu. A to jest patrzenie, wglądanie w źródło umysłu, w to źródło, z którego wszystko się wyłania i do którego wszystko wraca. Możesz to również nazwać nienarodzonym. „Nienarodzony” Bankei’a. Nigdy nie zrodzony, nigdy nie umiera. Nie stworzony.

Ponieważ umysł, albo świadomość, jest przedmiotem samym w sobie, nie może być uchwycony. Praktyka skupiania na nieuchwytnym obiekcie, albo bezprzedmiotowe skupienie (tak jak w zazen) ma szczególny skutek. Bardzo precyzyjny i szczególny skutek. „Nauczyciel mówi, że właściwy mnichom stan odłączenia od przedmiotów i zaabsorbowanie bezprzedmiotowym umysłem, jest odpowiednie dla fazy »wiary«.” Czy możemy to zrozumieć? „Mnisi stan odłączenia od przedmiotów i skupienia na bezprzedmiotowym umyśle…”. W umyśle nie ma przedmiotu, tam nie ma niczego. A jednocześnie jest gotowy na to, żeby przyjąć formę i kolor. To nie ma nic wspólnego z nihilizmem. „W pismach zen wyrażenie »wejście poprze wiarę« pojawia się często w odniesieniu do początkowego urzeczywistnienia.” To niezłe, prawda? A więc wejście przez wiarę nie jest takie trudne. Na przykład, gdy praktykujesz mając tylko książki, bez nauczyciela, bez przekazu, tylko słowny przekaz i pozwolenie, żeby to robić.

„Wiara tutaj nie oznacza wierzenia w jakieś ideały czy koncepcje. Jest to raczej poczucie spokoju. Mistrz zen Rinzai odnosi się do niewystarczającej wiary albo zaufania w siebie jako powodu nieustannego poszukiwania na zewnątrz siebie.” Szukamy na zewnątrz nas samych ponieważ nie wierzymy, że to mamy.

Kiedy czytam Dogena, to co raz bardziej odkrywam, że był niezwykłą osobą. Przez 2 lata nie spał. Spotkałem koreańskiego mnicha, który nie spał przez 10 lat. Wyglądał tak, że myślałem, że potrzebuje snu. Ale Dogen był zupełnie inny. W praktyce tybetańskiej śpi się w pozycji siedzącej i w specjalnych skrzyniach praktyka trwa w czasie snu. A my robimy jedno całonocne siedzenie w ciągu roku. Tak czy owak, Dogen był zdumiewający. Doświadczył oświecenia, kiedy usłyszał słowa swojego nauczyciela - Tendo Njodzio: „zazen to odpadanie ciała i umysłu”. Nie mogłem tego zrozumieć, ‘odpada ciało i umysł’ – jak to zrobić? Oni siedzieli długo wieczorami. Nie było wtedy kija, więc Tendo Njodzio używał swojego kapcia. Pomieszczenie może dwa razy większe od tego, kamienna posadzka... I niewielkie drewniane podwyższenie wzdłuż ścian. Tendo Njodzio podbiegł do drzemiącego mnicha, który siedział obok Dogena krzyknął: „zazen to nie jest spanie, zazen to odpadanie ciała i umysłu” i uderzył go kapciem. I wtedy Dogen doznał urzeczywistnienia. Ale nie spał przez dwa lata, więc zanim się oświecił istniały pewne warunki. Dla kogoś z małej wyspy, jaką jest Japonia przyjechać do Chin, było czymś trudnym. Ale on już w wieku 7-14 lat przeczytał całą Tripitakę. Był bardzo wykształcony w pismach buddyjskich.

Kiedyś spotkałem Roshiego Shimano. To samuraj potężnej postury - mistrz zen – może budzić lęk, gdy idzie, to kurz się unosi. Kiedy zostawał opatem swojego klasztoru w Nowej Anglii, Roshi Soen dał mu imię – Prawdziwy Człowiek Bez Rangi. Łał! Wielkie imię. Ale Dogen mówi „Rindzai ma tylko pół obrazu - a co z Prawdziwym Człowiekiem Z Rangą?”. Czy to nie piękne? Możesz powiedzieć coś takiego o przodku. Bardzo ważne, żebyśmy to zrozumieli.

W jeszcze innym pismach na temat zazen, Dogen powiada: ‘Nawet jeżeli ktoś może szczycić się rozumieniem, bogactwem oświecenia, uzyskać wgląd w przenikającą wiedzę, osiągnąć Drogę, rozjaśnić umysł, stać się wysoce uduchowionym, poruszać się swobodnie w ramach wejścia, jednak może mu brakować żywej drogi manifestowania istnienia.” Wejście, o którym mówi jest powszechnym terminem określającym początek oświecenia. Można to odnieść do tego, co Gyozan mówi o fazie wiary. Następująca faza osoby może być przyrównana do tego, co Dogen opisuje jako ”żywą drogę manifestowania istnienia.” A więc to jest jeszcze jeden krok poza, poza odłączenie od przedmiotów. Możesz kiedyś kogoś takiego spotkać.

Historia toczy się dalej. „Mnich powiedział: »Czy masz jakieś inne szczegółowe wskazówki?« - Gyozan odparł - »Powiedzieć, że jest coś szczególnego, albo że nie ma czegoś szczególnego, nie byłoby właściwe. Opierając się na swoim własnym poglądzie, osiągasz tylko jedną tajemnicę. Dostajesz miejsce do siedzenie i szatę do noszenia. Jeżeli zastosuje się model siedzenia i szaty, i pomieszczenia…«” To pochodzi z sutry Saddharma Pundarika. Więc Gyozan powiedział: „dostałeś siedzenie – to jest pustka - otrzymałeś szatę – to jest dyscyplina, wytrwałość, wysiłek. A więc siedzenie i szata.” To pasuje do tej historii całkiem nieźle.

Efektem praktyki patrzenia w umysł jest odłączenie. Sala Buddy jest współczuciem. I to jest istota bycia w świecie. A więc musisz mieć równowagę – siedzenie, szata i pomieszczenie. Ostatnie zdanie: „Jeżeli nie osiągnąłeś wejścia, to najpierw osiągnij wejście. Jeżeli osiągnąłeś wejście, to jeszcze jest dużo więcej do nauczenia”. To wszystko.

Czas na pytania.

– Co to znaczy osiągnąć wejście?

R. – To znaczy widzieć swoją naturę, że jest pusta, że nic tam nie ma. To znaczy osiągnąć wejście. To jest twoje początkowe urzeczywistnienie. Jak mógłbyś to zrobić, gdyby tego nie było w tobie? To nie jest jakieś założenie, przypuszczenie, to jest rzeczywistość. Jeżeli nie, to dharma umarłaby dawno temu.

– Jak się ma serce do Natury Buddy?

R. – My nie mówimy o sercu, tylko raczej o umyśle. Serce ma bardziej emocjonalne konotacje. Jest współczucie, ale kiedy otwieramy serce, możemy dać się zatruć. Zen ma otwarte serce, które nie może być zatrute, ulegać wpływom. Zanim zacząłem studiować zen słuchałem problemów różnych ludzi, zdarzało się, że do 5 rano. Potem, jak sobie poszli, oni czuli się świetnie, ale ja byłem zatruty. Tkwiłem w ich truciźnie.

Praktyka zazen to ‘recykling’, odzyskiwanie odpadów. Nie podleganie wpływom. To nie znaczy, że nie płaczesz, czy nie dzielisz się emocjami. Ale twoje serce jest cały czas otwarte. Możecie razem płakać. Nie ulegające wpływom serce. Nie bezbronne.

Roshi Maezumi nauczył mnie takiej miary – TAPP – kiedy jesteś z kimś, na przykład z matką, dawno nie widzianą siostrą, T – od time czyli od słowa czas – ile czasu możesz na to wyznaczyć, o której – wcześnie rano czy późno w nocy? Kiedy? Drugie to ilość (amount), tak jak w orioki. Jak długo powinienem zostać z tą osobą zanim mnie zamorduje. Musisz mieć miarę … mogę być z tobą tylko 10 minut. Mam spotkanie, ale mogę przyjść i spędzić 10 minut. Gdy jesteś u rodziców, to nie zostawaj zbyt długo. Tak jak w orioki – ile? Tak, żeby to było dobre dla ciebie i dobre dla nich. Jak za długo zostajesz u rodziców, to zaczynają się kłótnie itd. Następne P od person – osoba – twoi rodzice, znajomi itd. A ostatnie P jest od place – miejsce. Gdzie jesteś, czy to jest w metrze, w samochodzie? Branie tego pod uwagę pomoże ci.

Jeżeli nie rozmawiamy za dużo, możemy praktykować ilość – może mówić troszeczkę więcej. Rozwój technologii komputerowej sprawia, że ludzie coraz mniej rozmawiają ze sobą i traci się związek, relację. Przysyłają ci email. A ci, którzy za dużo mówią, gadatliwi, mogliby trochę się ograniczyć. Oni się identyfikują z tym gadulstwem. Im więcej mówią, tym bezpieczniej się czują, bo się z tym mówieniem identyfikują. A przecież, gdy z kimś rozmawiamy, to chodzi o to, żeby coś powiedzieć. Nie przekazywać tylko informacji.

– W kulturach Bliskiego Wschodu nauczyciele, mędrcy, mają nakrycie głowy i przywiązują do tego duże znaczenie. Natomiast buddyści nie przywiązują takiego znaczenia do nakrycia głowy. Z czego ta różnica wynika?

R. – Kiedy Budda doznał całkowitego oświecenia, przyszły ślimaki i pokryły jego głowę. Mistrzowie zen mają takie kapelusze, Karmapa ma Czarną Koronę, mamy swoje kapelusze. Dlaczego tak cię to interesuje?

– Zastanawia mnie, dlaczego na przykład arabowie noszą turbany, żydzi mycki i taką wagę do tego przywiązują, a tamci nie przywiązują.

R. – Czy nie ma już więcej pytań?

– „Chodzi o zdanie z Sandokai - ”Wewnątrz ciemności jest światło, lecz nie szukaj tego światła.” Co to znaczy?”

R. – To znaczy, że zawsze czegoś szukamy. Ciemność ma sama w sobie światło. Kiedy jesteś w prawdziwej ciemności, to jesteś w pustce. Więc nie musisz szukać światła. Dlatego nie szukaj światła.


                    Tłumaczenie i opracowanie – Jerzy Kuun
teksty: 

Esencja Sutry Serca

Roshi Jakusho Kwong
Esencja Sutry Serca
Mowa wygłoszona 7 września 2002

Dzień dobry. We wszystkich szkołach buddyzmu Sutrę Serca uważa się za tekst zasadniczy. W swoich komentarzach do Sutry Serca Jego Świątobliwość Dalajlama bardzo trafnie wyjaśnił, że pustka nie jest pojęciem nihilistycznym. To bardzo ważne – po prostu wierzyć w nic. Całkiem poważny temat, przeczytam więc fragmenty mowy Dalajlamy.
Dalajlama mówi: „Ważne, byśmy unikali błędnego zrozumienia, według którego pustka to rzeczywistość absolutna czy niezależna prawda. Pustkę trzeba rozumieć jako prawdziwą naturę rzeczy i zdarzeń”.
„Dlatego czytamy w Sutrze Serca: ‘Forma jest pustką, pustka jest formą’. Pustka nie jest różna od formy. Ani forma nie jest różna od pustki. Nie chodzi tu o żadną pustkę gdzieś tam, gdzieś daleko, ale pustkę określonego zjawiska, w tym przypadku – formy czy materii”.
To nowe ujęcie, jeszcze się z takim nie spotkałem. „Pustka powiązana jest z określonym zjawiskiem, w tym przypadku formą czy (uderza w podłogę cztery razy) czy materią”. Czy wiesz? Nie gdzieś tam, nie jako byt absolutny.
Jest takie zdanie: „Poza formą nie ma pustki” – poza każdą z rzeczy (uderza w podłogę), każdym rodzajem materii, każdą formą, jaką widzimy, nie ma pustki, a to wskazuje, że pustka formy to nic innego niż podstawowa natura formy.
Jeszcze nim Budda Siakjamuni stał się Buddą, ta prawda istniała. I niezależnie, czy zdajemy sobie z tego sprawę czy nie, będzie istniała. To ciekawe, że w linii przekazu przed Buddą było jeszcze sześciu Buddów, bo to znaczy, że prawda istniała więcej niż sześć razy. Nie Budda odkrył prawdę. Dharma istnieje przed i po wszystkim innym.
Forma może być formą bezforemną – to też forma. Niebo, ocean, wszystko, co widzisz, wszystko, wszędzie, nawet, gdy zamkniesz oczy, to forma ciemności. Nie uciekniesz formie.
Niektórzy mówią: „Nie przyjmę formy [I’ll do no form]” (śmiech). „Nie-forma” to forma nie-formy! Nie uciekniemy formie, możemy więc się nią równie dobrze cieszyć. Ale nasze zadanie, to poznać jej istotę.
„Poza formą nie ma pustki, a to wskazuje, że pustka formy to nic innego niż podstawowa natura formy”. To jej podstawowa natura. Pewnie to nie tego się spodziewamy (śmiech).
Budda nie powiedział nawet: „Spójrz na gwiazdę poranną” – ponieważ my wtedy powiedzielibyśmy: „No, tak! Gwiazda poranna!”. Ale on tego nie powiedział, gdy stał się Buddą.
To jest podstawowa natura formy. „Formie brak wrodzonego, niezależnego istnienia”. To, co bezforemne [no form], ma wrodzone, niezależne istnienie. „Dlatego jego natura to pustka. Natura, pustka, nie jest niezależna od formy, jest raczej jej charakterystyką. Pustka to sposób formy na istnienie. Trzeba rozumieć formę i jej pustkę jako jedność. Nie stanowią dwóch odrębnych rzeczywistości”.
„Należy wyjaśnić, że nie mówimy o pustce jako o pewnego rodzaju absolutnej sferze rzeczywistości, zbliżonej do – powiedzmy – starohinduskiej koncepcji Brahmana, który miałby być podstawową absolutną rzeczywistością, z której wyłania się złudny świat mnogości”.
„Pustka nie jest rdzeniem rzeczywistości, umiejscowionym gdzieś w centrum wszechświata, z którego pochodzi różnorodność zjawisk”. Zjawiska przychodzą, zjawiska wracają.
„O pustce można myśleć jedynie w odniesieniu do poszczególnych rzeczy i zdarzeń. Na przykład, kiedy mówimy o pustce formy, mówimy o podstawowej rzeczywistości tej właśnie formy. Fakt, że jest ona pozbawiona niezależnego istnienia – wiemy, że nic nie może istnieć niezależnie – że pustka jest podstawową naturą tej formy”. To fakt: „Pustka jest podstawową naturą każdej z form”.
„Pustka istnieje jedynie jako jakość konkretnego zjawiska. Pustka nie istnieje odrębnie i niezależnie od konkretnego zjawiska”. Tak więc – to nie gdzieś tam.
„Skoro pustkę można pojmować wyłącznie jako podstawową rzeczywistość w odniesieniu do pojedynczych rzeczy i zdarzeń, gdy te przestają istnieć, przestaje istnieć także ich pustka”.
„Choć pustka nie jest sama w sobie wytworem przyczyn i uwarunkowań, gdy nie ma już podstawy do określania pustki, przestaje istnieć także pustka tej rzeczy”.
Pustka to natura Buddy. Mówi się: „Dostrzec chwilę, gdy patrzysz, to uwolnić dostrzeganą chwilę”. Ale to nie tymi oczami patrzysz.
Jest też inne powiedzenie: „Skierować światło do wewnątrz”.
Jest taka historia taoistyczna o Chaosie (właściwie to jego imię literuje się jak chaos, ale wymawia jak angielskie mouse). To chińska opowieść pochodząca od Chuang Tzu. Przyjęło się, że uczniowie zen wyśmiewali się z taoistów. Żartowali, że taoiści bez przerwy mówią o naturze, ale nie znają własnej (śmiech). Wiele jest na ten temat sporów historycznych.
Zgodnie z opowieścią bogowie stworzyli świat z pomocą Chaosu. Umniejszał on swe znaczenie i bardzo ciężko pracował, by pomóc w tworzeniu świata. Chaos nie miał oczu, ale bogowie tak. Żeby móc się cieszyć i dzielić tę radość z Chaosem, wyrzeźbili mu dłutem oczy, by widział. Jeśli będzie widział, będzie się cieszył cudownymi rzeczami stworzonymi przez bogów. Gdy skończyli rzeźbić otwory na oczy i odłożyli dłuto, zaczęli skakać z radości, że Chaos będzie się mógł wreszcie cieszyć. Lecz gdy na niego spojrzeli, okazało się, że Chaos umarł.
Chaos jest symbolem „przed rozróżniania”. Zanim dokonasz rozróżnienia, istnieje prawdziwe widzenie. Oślepia nam nasze rozróżnianie, nie możemy więc widzieć.
Mam taki eksperyment: kiedy idziesz do zendo, gdy je opuszczasz, idziesz na obiad, sprawdź, ile razy dokonujesz rozróżniania. Dobrze jest to sobie uświadomić. To nie znaczy, że jesteśmy złymi ludźmi, ale jedynie, że jesteśmy głęboko uwarunkowani: „Tego to nie lubię, a to lubię, a to za gorące, pogoda powinna się zmienić”. Stały dialog rozróżniania.
Zajmijmy się Hakuinem, gdy wyśmiewa się z Sutry Serca. W naszym tłumaczeniu są słowa „łagodzić wszelkie cierpienie”. Łagodzić znaczy „nie kończyć”.** W polskim tłumaczeniu odpowiedni fragment brzmi: „[Sutra Serca jest mantrą] zdolną usuwać wszelkie cierpienie”, co nie pasuje do słów Roshiego – dlatego zdecydowałem się na dosłowne tłumaczenie tekstu angielskiego. Wynika z tego, że pojawia się ulga, ale nie całkowite pokonanie cierpienia. Nie chcemy go pokonać.
Hakuin mówi: „zdolna usuwać wszelkie cierpienie”. Być może tłumacz chciał sprawić, by wyrażenie było bardziej zrozumiałe – niebezpiecznie jednak tak to rozumieć, bo cierpienia nie można rozłączyć z oświeceniem. Jak możemy stać się oświeceni, jeśli nie cierpimy? Innym słowem, którego możemy użyć, jest złudzenie. Bez złudzeń nie mamy i oświecenia. Idą ramię w ramię.
Dalej Hakuin mówi: „dzielić cebulkę lilii w poszukiwaniu jej istoty”. Nigdy tego nie robiłem, ale przypuszczam, że nie ma żadnej istoty cebulki lilii, prawda? Myślę o dzieciach, które to robią. Doświadczają czegoś, ale niczego nie mówią. Mają to. Jest to jednak niewypowiadalne i niewidzialne.
„Golić kwadratowy bambus, by stał się okrągły”. „Pruć nitki perskiego dywanu”. To niemożliwe! „Dziewięć razy dziewięć to teraz i zawsze 81”. To wspaniale! Zapominamy. To jest 81. Jednak dziewięć razy dziewięć – cały ten obiektywny świat, cała panorama – is about now. Dziewięć razy dziewięć to teraz i zawsze 81. „Dziewiętnaście i dwadzieścia dziewięć spotykają się, ale nigdy nie podają sobie rąk” (śmiech).
Te liczby to też ludzie, posiadający swą istotę. Spotykają się, ale nie wyciągają do siebie rąk. Tak? Czy to nie ciekawe?
Przypisy do tej części mówią „cebulka lilii nie ma prawdziwej istoty. To całość powoduje wzrost”. Każda z cebulek to środek. Każdy z nas jest środkiem. W Sutrze Serca Kanjizai mówi, że nirwanę osiąga się usuwając cierpienie. Wszystkie tradycje chciałyby je pokonać, byśmy mogli stać się tymi dobrymi, czystymi i nieskalanymi.
Jednak Hakuin mówi, że pokonywać w ten sposób cierpienie to wylewać dziecko z kąpielą. Ile dzieci już wylano? (śmiech) Zgubiliśmy gdzieś dziecko, a teraz chcemy je odzyskać. „Gdyż cierpienie i nirwana są nierozdzielne” – nie możesz ich rozdzielić.
Nagyaharajuna – wielki uczony i praktykujący – opowiadał taką cudowną historię związaną z tym tematem. Dwaj przyjaciele, towarzysze podróży zgubili drogę i rozdzielili się gdzieś wysoko w górach. Jest taki wiersz „Potwór na zewnątrz”. Przeczytam najpierw wstęp, a potem sam wiersz.
„Jeden z nich błąkał się bez celu, aż spowiły go ciemności. Trafił do samotnej chatki i poprosił gospodarza, by mógł przenocować. Gospodarz z początku odmówił twierdząc, że prześladują go nocne stwory. Jednak podróżny nalegał, aż uzyskał pozwolenie, by zostać. Nagle po kolacji koło drzwi coś zagrzechotało. Och! Podróżny podbiegł do drzwi i przytrzymał je, bo bardzo się przestraszył. Całą noc zza drzwi dobiegało łomotanie i skrobanie. A podróżny nieustępliwie je zapierał. Gdy nadszedł świt wędrowiec zobaczył, że tym domniemanym goblinem okazał się przyjaciel, którego stracił z oczu poprzedniego dnia. Oto złudzenie i oto oświecenie, oba tuż pod drzwiami”.
A teraz wiersz:
Potwór na zewnątrz naciera na drzwi.
Potwór wewnątrz zapiera drzwi.
Shuso opowiedział historię o poddawaniu się, o chorej kobiecie, której było bardzo ciężko tuż przed śmiercią. Odwiedził ją mistrz zen i zostawił instrukcję. Powiedział: „Po prostu poddaj się czy pozwól temu odejść. A ja wrócę za trzy dni”. Trzy dni minęły, mistrz wrócił i od progu zobaczył, że kobiecie się nie udało. Powiedział więc: „Jeśli nie potrafisz pozwolić temu odejść, wpuść to”.
Dobry środek, bo to to samo, tyle że powiedziane na różne sposoby. Ulga.
„Potwór na zewnątrz naciera na drzwi. Potwór wewnątrz zapiera drzwi”. Jesteśmy wewnątrz i na zewnątrz. Jesteśmy oboma potworami. Wszyscy jesteśmy potworami. Jesteśmy wielkim potworem, wielkim głupcem. „Nie chcę być potworem”, ale wszyscy jesteśmy potworami, a ten potwór w środku to podtrzymuje.
„zlani potem od stóp do głów, z lęku toczą bój o życie. I tak noc całą, by gdy w końcu świt nadejdzie śmiech wypełnił ranny brzask. Zawsze byli przyjaciółmi – złudzenie i oświecenie”.
„Potwór wewnątrz” – to jego notatki – jest naszym nieustraszonym sercem, sercem naszego zdecydowania. Oto nasze prawdziwe serce – wierzcie czy nie, to właśnie ono. „Potwór wewnątrz jest naszym nieustraszonym sercem, sercem naszego zdecydowania”, sercem, które się nie poddaje. Potwór na zewnątrz symbolizuje pragnienie i złudzenie. Nie staramy się także pozbyć wszystkich pragnień. „Chcę żyć”. Myślę, że to dobre pragnienie. Nie chcemy pokonać całego cierpienia. „Gdy w końcu świt nadejdzie” – to jest otwarcie oświecenia czy też powrót pustki.
Taki świt nadchodzi, kiedy zdajemy sobie sprawę, że złudzenie nie jest różne od oświecenia. Wszystkie złudzenia nie są różne od przebudzenia. Tak samo nasze złe pragnienia nie są różne od oświecenia. To forma (uderza w podłogę) poza formą. To pustka połączona z urzeczywistnieniem, naszym oświeceniem, naszą naturą Buddy, Shikantaza, naszą pierwotną naturą. To właśnie Budda określał jako Ata dipa. Ty jesteś światłem. To jest to, co ostatecznie jest za formą.
Dziękuję bardzo.

teksty: 

Esencja Umysłu

Jakusho Kwong Roshi

Mowa wygłoszona 14 czerwca 2008 roku w Genjo-ji na Górze Sonoma.

 

Dzisiejsza mowa będzie o umyśle. Nie o tym czy tamtym, czy też jakimś umyśle, ale o twoim umyśle. O wielkim skarbie, który ma każdy z nas niezależnie od tego, czy o tym wiemy czy nie. To bardzo ważne, by zdawać sobie z tego sprawę. Niemniej istnieje wiele powodów, dla których tak nie jest. Kalu Rinpoche mówił o tym w sposób nieuporządkowany, wszystko, co się pojawiało, przekazywał słuchaczom. Ale tak czy inaczej mówimy o tej samej sprawie, o twoim umyśle. Dwa tysiące pięćset siedemdziesiąt trzy lata! Cały buddyjski kanon, Tripitaka, osiemdziesiąt cztery tysiące zwojów napisano po prostu o twoim umyśle. Musimy zdawać sobie sprawę, że iluzje, nieprzebudzony umysł, że ten mały umysł jest równie potężny jak wielki umysł

Nigdy nie zadajemy sobie jednak pytania, skąd to wszystko pochodzi. Skąd pochodzą myśli i jakie jest ich źródło. Dzieje się tak dlatego, że zostaliśmy uwarunkowani przez kulturę i tradycję, by spoglądać na zewnątrz siebie. Jesteśmy uwięzieni wskutek uprzedmiotowiania rzeczy. A gdy tylko zaczynamy coś uprzedniotawiać, tracimy kontakt z rzeczywistością. Ten proces wypierania to naprawdę smutna strona cywilizacji. Wypieranie ludzkiego ducha jest spiskiem przeciwko ludzkiemu duchowi. Tak uważam. Największe kościoły dzisiaj to Tesco. Nawet w Polsce jest MacDonalds. Zdarzyło wam się kiedyś jeść hamburgera w Polsce? Nie jest taki sam jak tutaj, ale sprawia takie same wrażenie.

Zatem mogliście mieć głębokie i znaczące doświadczenia jako dzieci, ale gdy zapytaliście swoją matkę, ona nie wiedziała, co to było. Potem baliście się zapytać ojca, ale w końcu zebraliście się w sobie i zapytaliście: Co to za buczenie, które słyszę cały czas w uchu? A on na to: Jak najszybciej powinieneś się tego pozbyć! A być może to było buczenie wszechświata, pieśń wszechświata. Nie wiem, jak to opisać, ale to buczenie to jest pewna nuta, która jednak nie jest nutą, niemniej przecina wszelkie myślenie. I jest to tylko jedno z wielu zjawisk, które przecinają całe myślenie. Nie ma powodu, by myśleć. A mimo to pozostajesz całkowicie żywy, nawet bardziej żywy niż wtedy, gdy myślisz. Tymczasem wciąż jesteśmy istotami ludzkimi i myślimy, a właściwie posługujemy się dwoma rodzajami myślenia – iluzorycznym, rozproszonym oraz czystym myśleniem. Wydaje mi się, że w historii świata nic się nie wydarza, dopóki sprawy nie zajdą za daleko. Amerykański sen okazuje się nieprawdziwy tak jak te obietnice na studiach - kiedy my szliśmy na studia, mogliśmy po nich dostać pracę. A teraz wzrosły ceny paliwa. Historia jest jak pogoda, czasem jest zimno, czasem gorąco, czasem emocje się podnoszą, czasem opadają, a my cały czas szukamy czegoś, co byłoby stabilne. Trwają wojny, dzieje się tyle rzeczy. Jedyna rzecz, która jest stabilna i niezmienna to jest twój własny umysł.

Mam tu naprzeciw mnie tekst Sogyala Rinpoche, który tyle razy czytałem na mowach, że aż niektórzy mówią, że być może zbyt wiele. Ale to nie jest prawda, bo zrozumienie, zobaczenie, zabiera wiele czasu i musisz to powtarzać, aż to się stanie częścią twojej krwi, aż będziesz czuć to w trzewiach. Nie możemy tego uprzedmiotowić, to nie jest wiedza, tylko to jest coś, co masz i rozpoznajesz to, ponieważ to masz. I nie jest to żadne teoretyczne założenie, tylko rzeczywistość.

Sogyal Rinpoche mówi o czterech przewinieniach, błędach, powodach, dla których nie dostrzegamy własnego umysłu, prawdziwego umysłu, który zawiera myślący umysł. Pierwszy powód polega na tym, że to jest za blisko. Zawsze szukamy prawdy gdzieś tam, na zewnątrz nas, a ona jest tutaj. Tak jak napis na lusterku w nowych samochodach: Obiekty znajdują się bliżej niż się wydają. Czy to jest straszne, że to jest tak blisko? To jest tutaj. Nie tam. W praktyce medytacji nie patrzysz na zewnątrz, tylko puszczasz, aż w końcu możesz wszystko puścić - nie musisz odnosić sukcesów, nie musisz o niczym myśleć. Nie ma o czym myśleć. Nie jesteś zainteresowany zewnętrznym światem. Bodhidharma siedział przed ścianą przez dziewięć lat i nie był niczym zainteresowany, nie podlegał żadnym wpływom – tylko ta ściana. To jest zbyt blisko, a my jesteśmy uwarunkowani, by szukać prawdy na zewnątrz. Może prawda to nie jest najlepsze słowo, ale by szukać na zewnątrz. Tak jak nie możesz zobaczyć własnej twarzy, tak nie znajdziesz tego szukając czegoś na zewnątrz, dlatego musimy patrzeć do środka.

Drugi powód – to jest zbyt doniosłe. Nie mamy pojęcia, jak wspaniały jest ten skarb. Jest większy niż jakikolwiek wynalazek ludzkości! I nikt o tym nie mówi. Myślę, że w Tybecie śpiewa się pieśni o dharmie i tym skarbie, ale nie w Ameryce. Tutaj czasem nazwiemy jakieś perfumy Nirvana, czy Phila Jacksona – Mistrzem Zen NBA. Ale to jest zbyt wspaniałe. Gdybyśmy rozumieli, jakie to jest wspaniałe, szukalibyśmy tego. Jest taka reklama ubrań męskich – Gwarantuję - potęga telewizji. Ale mogę wam zagwarantować – to jest największe.

Trzeci powód – To jest zbyt proste. Jedyne, co musisz zrobić, to uspokoić umysł. Nie jesteśmy zainteresowani niczym. Na tym polega medytacja. To jest jak stara urna na kadzidło w starożytnej świątyni, po prostu tak, po prostu siedząca w głębi ołtarza, przez wieczność, żadnych trosk o gejowskie małżeństwa, żadnych trosk o Irak, żadnych trosk nawet o Zen. To bardzo ważne. Nawet żadnej troski, by się o nic nie troskać. I wtedy naprawdę zapraszasz tą cudowną rzecz, by się pojawiła. Ponieważ już ją masz i, jak mówił Suzuki Roszi, ona jest zawsze z nami, nigdy nas nie opuściła.

I na koniec – to jest zbyt cudowne. To jest zbyt cudowne, żebyśmy byli zdolni zaakceptować tak olbrzymią prawdę, że jesteśmy Buddą. Niezależnie od tego, czy wierzymy w to czy nie, że jesteśmy przebudzoną istotą, wolną od iluzji. Nie cały czas, ale czasami, wolną od samej siebie, nieskrępowaną przez siebie. Sogyal pisze w tym samym tekście, że najbardziej niepokojącą rzeczą we współczesnym świecie jest ignorancja i wypieranie tego, kim jesteśmy.

Przeczytam komentarz dotyczący prawdziwego umysłu. Będzie to dialog między Chinulem, wielkim koreańskim nauczycielem i jego uczniami. Uczeń zadał pytanie, a Czuang-tsy, uczeń Lao-tsy powiedział: Gorąco umysłu jest jak skwierczący ogień. Jego zimno jest jak zamarznięty lód. (Zdarzyło wam się tego doświadczyć?) Jego prędkość pozwala mu pokonać cztery morza świata w mgnieniu oka. W bezruchu, jest jak głębia stawu. W ruchu, wzbija się wysoko w niebo. Doprawdy, tym właśnie jest ludzki umysł. To jest stwierdzenie, że umysł zwykłej osoby nie podlega kontroli ani zniewoleniu. Wciąż jednakże nie mamy jasności, jaką dharmiczną metodę kontroli zaciemnionego umysłu proponuje szkoła Soen. (tak się nazywa Zen w Korei). Zaciemniony umysł może być kontrolowany za pomocą Dharmy nie-umysłu.

To raczej trudno zrozumieć, ale nie-umysł nie oznacza, że nie istnieje esencja umysłu. Nie-umysł oznacza, że świadomośćrozpuszcza myślenie. Twoja świadomość, twoja naturalna świadomość, czy uwaga może rozpuścić myśli, ponieważ nie są one realne. Pewna osoba kiedyś bardzo się rozgniewała. Przyszła do mnie następnego dnia i powiedziała mi o tym, a ja powiedziałem: Pokaż mi swój gniew. Jeśli coś jest prawdziwe, nie musisz nawet się starać, to po prostu istnieje. Jest o tym wiele historii. Eka pokonał prawdopodobnie dwieście tysięcy mil i musiał wspiąć się na górę, żeby odnaleźć jaskinię Bodhidharmy, w której ten medytował od lat. I ostatecznie, po wielu trudnościach, został przez niego przyjęty. Myślę, że Eka musiał długo stać na śniegu. My dostajemy to naprawdę łatwo (śmiech). Bodhidarma spojrzał na niego: Co tam? Eka odpowiedział: Nie mogę uspokoić mojego umysłu. Mój umysł jest bezustannie wzburzony. Bodhidharma: Dobrze, więc przynieś mi swój umysł. Eka odszedł na jakiś czas, potem wrócił i mówi: Nie mogę znaleźć mojego umysłu. Bodhidarma odpowiedział: Zatem twój umysł osiągnął spokój. Mówimy o tym samym.

Świadomość, czy też uwaga, skierowana na myśl, prawie bez żadnego wysiłku, jak motyl, miękko, nie musi być ostra czy nasilona. Twoja świadomość czy uwaga skierowana na myśl, rozpuszcza ją, ponieważ widzi poprzez myśl. I dostrzegasz, że pierwotnie nie ma ona trwałej natury. Więc jest taki moment, miejsce, gdzie nie ma myślenia, jest nie-myślenie... To jest nie-myślenie. Wskazuje na to wielu nauczycieli - nim zaczną mówić, lub w trakcie. Trungpa był jednym z nich. Pamiętam, jak w San Francisco zapalił papierosa naprzeciw kilkuset ludzi, którzy chciwie mu się przyglądali, ale tak naprawdę to on był po prostu tak, po prostu palił papierosa, nic więcej. Ale może palenie to nienajlepszy przykład. (śmiech) Co my robimy? My nie palimy tak po prostu. My planujemy, myślimy. On po prostu palił. Albo Roshi Suzuki czasami siadał naprzeciw nas i odsłaniał esencję umysłu. Gdy nie ma myślenia, można być żywym, jesteś wolny od myśli. A wtedy możemy porzucić mądrość świadomości, ponieważ nie potrzebujemy już nawet jej. To jest tak, jak na dziesiątym obrazie pasterskim. Chłopiec, pasterz i wół, oboje znikają, i gdy znikają pozostaje tylko błyszczący księżyc. Gdzie oni odeszli? Kto zniknął? Mówisz, że wół zniknął!? (śmiech) W Azji woły są niezwykle cenne dla tamtejszej kultury, szczególnie dla rolników, ponieważ oni żyją z nimi dzień i noc. Kiedy pozostawiasz złudzenia oraz świadomość, nazywamy to nie-umysłem.

Posłużę się analogią do pustej butelki. Kiedy mówimy „pusta butelka” to nie znaczy, że nie ma butelki tylko, że wewnątrz butelki nic nie ma. Więc nie-umysł oznacza, że wewnątrz umysłu nie ma już myślenia. Nie oznacza to, że nie ma umysłu. Mamy umysł. To dobrze, prawda? I ten umysł jest nie tylko pusty, jest numinalny i szlachetny, numinalny, spokojny oraz wzniosły. To twój prawdziwy umysł.

Jest jeszcze parę innych rzeczy, które chcę przeczytać. Ten paragraf: Dlaczego omawia się noumenalną świadomość? Chinul mówi: To wszystko są przykłady apofatycznego dyskursu. Innymi słowy dyskurs jest tylko przesłoną tego, co nie może być wypowiedziane. Bo musimy coś powiedzieć, musimy powiedzieć: idź tą drogą, nie, idź tamtą drogą. Dlatego nauczyłem się tego nowego słowa: „apofatyczny”, co oznacza „ukrywanie błędów”. Bo tak naprawdę nic nie możesz o tym powiedzieć. Subhuti, który był jednym z dziesięciu uczniów Buddy i zasłynął z siły swojej medytacji, poproszony o wygłoszenie mowy, powiedział: Nie zostało wypowiedziane ani jedno słowo. To było przemówienie. Nie padło żadne słowo. Czy rozumiecie? Cała Tripitaka wyłania się z tego numinalnego umysłu, a nie z naszego uwarunkowanego umysłu. Więc ten rodzaj apofatycznego dyskursu nie ma na celu ujawnienia esencji umysłu. On tylko na nią wskazuje. Gdybym nie wskazał, że przejrzysta, stała świadomość, która jest obecna teraz, której nic nie przerywa i której nic nie przesłania, to twój własny umysł, o czym miałbym mówić jako o niestworzonym i bez właściwości? Z tego powodu musicie zdać sobie sprawę, że wszystkie nauki wskazują właśnie na tę świadomość, która ani powstaje, ani nie wygasa i tak dalej. Jest stała, na wyciągnięcie ręki, niestworzona, nienarodzona i niezniszczalna. Chinul konkluduje, że istnieje wiele terminów: „niestworzone”, „niespoczywające”, co oznacza, że nie znajduje się ani na zewnątrz, ani wewnątrz, ani pomiędzy. To jest wszędzie! Nie! To nie jest wszędzie. (śmiech) Nawet „niewyrażalne”. Wszyscy mistrzowie Zen uderzali w podłogę (uderzenie, uderzenie). Po prostu można tak mówić o tej pustej i spokojnej świadomości, która asymiluje wszystko.

Mówimy o trzech aspektach. „Pustka oznacza, że jest ona pozbawiona wszelkich właściwości, wszelkich uwarunkowań...” Pustka nie znajduje się w żadnym konkretnym stanie, jest po prostu pusta. „To jest jednakże wciąż termin apofatyczny.” To tylko wyjaśnienie. „Spokojna odnosi się do niezmiennego aspektu twojej prawdziwej natury; to nie jest to samo, co pusta nicość. Termin świadomość odnosi się do manifestacji tej esencji. To nie jest to samo co rozróżnianie.” Świadomość to nie to samo co rozróżnianie. Niemniej można mieć rozróżniającą świadomość. „Te trzy komponenty same w sobie składają się na podstawową Esencję Prawdziwego Umysłu. Stąd od początkowej aktywacji Bodhiczitty aż do osiągnięcia stanu Buddy istnieje tylko ten spokój i ta świadomość, niezmienne i nieprzerwane. Tylko w odniesieniu do poszczególnych etapów (na ścieżce Bodhisattwy) ich dostrzegalne cechy i nazwy nieznacznie się różnią.”

Może jeszcze jedno. Również o tym mówiłem wcześniej. Z tyłu tego rakusu Katagiri Roshi napisał poemat: daigo mutan, kiaku mei mutan. Mutan znajduje się pośrodku kaligrafii i oznacza „nie ma początku ani końca”. Daigo jest po lewej i oznacza wielkie oświecenie, a kiaku mei po prawej oznacza iluzję. Więc zarówno oświecenie, jak i iluzje nie mają początku ani końca, bo pochodzą z tego samego miejsca. Ale my musimy wiedzieć, czym jest to źródło, czym jest źródło naszego życia. Najbardziej interesujące jest to, że znak mei, który oznacza iluzję, jest prawie taki sam jak znak „droga” – do, dao. Po lewej stronie znajdują się kreski, które oznaczają ścieżkę, a dao oznacza głowę lub prowadzącego, czy przywódcę. Jesteś prowadzącym, jesteś jedyną osobą na ścieżce, jesteś prowadzącym na ścieżce, ponieważ istnieje ścieżka do twojego umysłu. Latem chodziłem z zendo do głównego domu i teraz tam jest ścieżka w trawie, ponieważ chodziłem nią tak długo, w te i wewte. Ango ma 30 dni. Z iluzjami jest tak samo. Jest ścieżka. Kto chodzi tą ścieżką? Jest też ryż. Prowadzący i złudzenia to ryż na ścieżce. Co oznacza, że jesteśmy pełni, może nawet zbyt pełni, chociaż oczywiście ryż jest ważny, dobrze jest mieć go trochę w miseczce, żeby nie umrzeć z głodu, może też trochę soli. Ryż na ścieżce to iluzje. To nie odbiega tak bardzo od obrazu dzisiejszego konsumenckiego świata. Ryż na ścieżce (śmiech). „Zakupy z okazji dnia ojca!” Ryż na ścieżce!

Dobrze, że to zapisałem, bo patrząc na to rakusu zrozumienie zajęło mi lata. I to jest cudowne, ponieważ za iluzją jest Bodhi, Budda. Na tym polega wolność. Tak naprawdę można powiedzieć, że iluzje to oświecenie, twoja iluzja to Bodhi. Dla wszystkich stu ośmiu oświeceń jest sto osiem iluzji, które są im przyporządkowane. Czy to nie cudowne? Każda iluzja, którą niesiesz, jest przyporządkowana, przyspawana do ciebie samego, jest jak twój cień. Jeśli słońce świeci z jednej strony, rzuca cień z tej strony, a jak z drugiej strony, to z drugiej. Twój cień zawsze będzie za tobą podążał. Aż się zatrzymasz. Daigo mutan, kiaku mei mutan.

Jeszcze o esencji umysłu. Muszę wam powiedzieć, jakie to jest wspaniałe, bo nie będziecie tego szukać. Muszę wam powiedzieć, jakie to ważne i cenne. (Uczeń: Spójrzcie na ceny ryżu! śmiech) Widzicie? Nie tylko ceny ryżu, ale wszystko rośnie! Pewne państwo na Dalekim Wschodzie demonstrowało, wznieciło rewolucję, ponieważ wszystko podrożało. „Żadnych podatków bez reprezentantów!” (śmiech) Historia powtarza się z powodu naszych złudzeń, nie ma nic nowego, to wszystko to są stare sprawy. Nie jesteśmy zainteresowani tymi sprawami, zawsze tak będzie. Istnieje pewien piękny wiersz – Ogród na wzgórzu zmarniał, a konie i powozy w bezustannym ruchu. Ogród na wzgórzu oznacza, że nie jesteś tym wszystkim zainteresowany, bo to po prostu kręci się w kółko. Konie i powozy w bezustannym ruchu. Byliście kiedyś w Barcelonie? Szinko i ja pojechaliśmy kiedyś do Barcelony. Tam jest taka uliczka, którą ludzie wędrują w górę i w dół, tysiące ludzi każdego dnia. Wyglądasz przez okno, trzecia rano, patrzysz przez okno, ósma, tysiące ludzi. Ale właściwie to nic się nie porusza. Kiedyś, gdy nie miałem nauczyciela, doświadczyłem tego. Chyba była jakaś burza, ale nic się nie poruszało i to jest prawda. Tak naprawdę nic się nie porusza, nawet gdy jest taki ruch. Cyklon, Barcelona, tak naprawdę nic się nie porusza. Nie ma się czym ekscytować. Bardzo nudne życie (śmiech). Dobrze, więc teraz coś na podniesienie nastroju. Ale może już wszystko przeczytałem? Widzicie, to jest po prostu jak stara urna na kadzidło, po prostu siedząca. Ten obraz mnie uderzył – bardzo stara urna na kadzidło, misa, nóżki, ten kształt siedzący w tej starożytnej świątyni, bardzo małej i na uboczu, nieznanej, siedzący tam od bardzo dawna. Nie zainteresowany. Ale w tym samym czasie pełen życia i wdzięku.

Wzniosła esencja twojego prawdziwego umysłu. Esencja prawdziwej takości, oznacza bycie pozbawionym wszelkich właściwości i uwarunkowań, ani nie przybywa ani nie ubywa w żadnym zwykłym człowieku, śrawace, pratjekabuddzie, bodhisattwie ani Buddzie. Nie pojawia się we wcześniejszym czasie, ani nie zniknie w późniejszym czasie. Ostatecznie, jest ona stała i wieczna. Od początku jej natura była kompletna we wszystkich jej szlachetnych właściwościach. (...) Umysł jest pusty, wzniosły i znakomity; jest przejrzysty, błyszczący, numinalny i jasny. Nie przychodzi ani nie odchodzi, ponieważ przenika trzy okresu czasu. Nie znajduje się ani wewnątrz ani na zewnątrz, ponieważ przenika dziesięć kierunków. Ponieważ ani nie powstaje ani się nie kończy, w jaki sposób mogłaby zostać zraniona przez cztery góry? Ponieważ jest odrębna od natury i właściwości, jak mogłaby zostać przesłonięta przez pięć obiektów zmysłów?

 

Spisała z nagrania, przetłumaczyła i opracowała: Agata Sobiecka

 

 

teksty: 

Genjo Koan

ZałącznikWielkość
Microsoft Office document icon Genjo Koan PL.doc39.5 KB
Genjo Koan

Zenji Eihei Dogen


Gdy wszystkie rzeczy są buddyjskimi zjawiskami, mamy oświecenie i niewiedzę, studiowanie, życie, śmierć, buddów i ludzi. Gdy wszystkie rzeczy są bez jaźni, nie ma niewiedzy, nie ma oświecenia, nie ma buddów, nie ma ludzi, nie ma życia i nie ma śmierci. Buddyjska droga jest poza bytem i niebytem, a więc mamy życie i śmierć, niewiedzę i oświecenie, ludzi i buddów.(1) Jednak kwiaty opadają mimo naszego przywiązania a chwasty rosną mimo naszego braku przywiązania.(2)

To, że się poruszamy i rozumiemy wszystkie rzeczy jest niewiedzą. To, że rzeczy postępują naprzód i rozumieją się jest oświeceniem. To buddowie rozumieją niewiedzę. To ludzie są w niewiedzy co do oświecenia. Co więcej są ci, którzy są oświeceni ponad oświeceniem oraz ci, którzy są w niewiedzy co do niewiedzy. Gdy buddowie są prawdziwie buddami, nie są oni koniecznie świadomi siebie samych jako buddów. Ale są oświeceni. Postępują naprzód w oświeceniu.

Gdy widzimy i słyszymy rzeczy całym naszym ciałem i umysłem, nasze zrozumienie nie jest jak lustro z odbiciami, ani jak woda pod księżycem. Jeśli rozumiemy jedną stronę, druga strona jest ciemna.

Studiować buddyzm, to studiować siebie. Studiować siebie, to wykroczyć poza siebie. Wykroczyć poza siebie, to być oświeconym przez wszystkie rzeczy. Być oświeconym przez wszystkie rzeczy, to wyzwolić nasze ciało i umysł oraz wyzwolić ciała i umysły innych. Nie pozostaje żaden ślad oświecenia i ów nie-ślad trwa w nieskończoność.

Gdy po raz pierwszy szukamy prawdy, jesteśmy daleko od miejsca gdzie przebywa. Gdy odkrywamy, że prawda już została nam poprawnie przekazana, w tym momencie jesteśmy sobą. Gdy obserwujemy brzeg z łodzi, wydaje się, że to brzeg się porusza, lecz gdy patrzymy bezpośrednio na łódź, wiemy, że to właśnie ona jest w ruchu. Jeżeli badamy wszystkie rzeczy używając do tego pomieszanego ciała i umysłu, będziemy przypuszczać, że nasza jaźń jest czymś stałym. Lecz gdy praktykujemy ściśle i wracamy do naszego teraźniejszego miejsca, jasne będzie, że w ogóle nic nie jest stałe.

Drewno na opał zamienia się w popiół i nie zamienia się już ponownie w drewno na opał. Nie przypuszczajcie jednak, że popiół jest potem a drewno przedtem. Musimy zrozumieć, że drewno znajduje się na etapie drewna i tam znajdujemy jego przedtem i potem. Jednak wraz z ową przeszłością i przyszłością jego teraźniejszość jest od nich niezależna.(3) Popiół jest na etapie popiołu i tam znajdujemy jego przedtem i potem. Tak samo jak drewno nie staje się ponownie drewnem po tym jak już raz zamieniło się w popiół, tak samo człowiek nie powraca do życia po swej śmierci.(4)

Co więcej, w buddyzmie jest nauczane szczegółowo, że życie nie staje się śmiercią. Z tego powodu życie jest zwane „nie-życiem”. W buddyzmie jest także nauczane, że śmierć nie staje się życiem. Wobec tego śmierć zwana jest „nie-śmiercią”.

Życie jest okresem samym w sobie, śmierć jest okresem samym w sobie. Nie nazywamy zimy przyszłą wiosną, ani wiosny przyszłym latem.

Osiągamy oświecenie jak księżyc odbijający się w wodzie. Księżyc nie ulega zamoczeniu, ani woda nie zostaje wzburzona.(5) Chociaż jego światło jest dalekosiężne i wielkie, księżyc odbija się nawet w kałuży szerokiej na cal. Cały księżyc i całe niebo odbijają się w kropli rosy na trawie.

Oświecenie nie niszczy człowieka tak samo jak kropla rosy nie ogranicza księżyca na niebie. Głębia kropli jest wysokością do księżyca. Czas odbicia krótki lub długi dowiedzie przestrzenności kropli rosy i przestrzenności nieba rozświetlonego księżycem.(6)

Gdy prawda nie wypełnia ani naszego ciała ani naszego umysłu, myślimy, że posiadamy dosyć. Gdy prawda wypełnia nasze ciało i umysł, wiemy że czegoś brakuje. Na przykład gdy oglądamy świat z łodzi płynącej po oceanie, wygląda on na okrągły i nic więcej. Ale ocean nie jest okrągły ani kwadratowy i jego charakterystyka jest w swej różnorodności nieskończona. Jest on jak pałac. Jest jak klejnot. Wydaje się okrągły tak dalece, jak daleko sięgają w danej chwili nasze oczy. Tak samo jest ze wszystkimi rzeczami. Chociaż w życiu zakurzonym i w życiu czystym istnieje wiele charakterystyk, my jesteśmy w stanie pojąć tylko to, co obejmują nasze studia. W naszym studiowaniu wszystkich rzeczy musimy umieć docenić fakt, że choć oceany i góry mogą wyglądać na kwadratowe lub okrągłe, to dalsza charakterystyka oceanów czy gór jest nieskończona w swojej różnorodności, a wszechświaty leżą we wszystkich kierunkach. Nie jest tak wyłącznie dookoła nas, lecz także bezpośrednio tutaj — nawet w kropli wody.

Kiedy ryba płynie w oceanie, nie ma końca wodzie, bez względu na to, jak daleko by popłynęła. Kiedy ptak leci po niebie, nie ma końca powietrzu bez względu na to jak daleko by nie poleciał.(7) A jednak ani ptak ani ryba nie opuszczają swoich żywiołów. Gdy użycie jest duże, używa się dużo. Gdy użycie jest małe, używa się mało.(8) Chociaż ptak lata wszędzie, jeśli opuści powietrze, umrze natychmiast. Woda tworzy życie i powietrze tworzy życie. Ptak tworzy życie i ryba tworzy życie. Życie tworzy ptaka i życie tworzy rybę. Możliwe są dalsze analogie ilustrujące w ten sposób praktykę, oświecenie, śmiertelność i wieczność.

Co więcej, jeżeli ptak czy ryba próbuje dotrzeć do krańca swego żywiołu jeszcze zanim się w nim poruszy — ten ptak czy ta ryba nie znajdzie swojej drogi czy swojego miejsca.(9) Gdy w tej chwili znajdujemy swoje miejsce, praktyka podąża za tym i jest to urzeczywistnienie prawdy. Gdyż miejsce ani droga nie są ani duże ani małe, ani podmiotem ani przedmiotem. One od początku nie istniały i nie ma ich w procesie urzeczywistnienia.(10)

Tak więc w naszej praktyce buddyzmu, gdy osiągamy jedną prawdę, osiągamy mistrzostwo tej jednej prawdy; gdy napotykamy jedną aktywność, dopełniamy tej aktywności. Tu jest to miejsce i tędy prowadzi ta droga. Wobec tego rozumienie nie jest łatwe, gdyż jest równoczesne z całkowitym osiągnięciem nauk Buddy. Nie myślcie, że to co urzeczywistniamy jest wiedzą w sensie konceptów. Choć osiągnęliśmy już najwyższe oświecenie, nie koniecznie musimy to dostrzegać. Jedni to widzą, inni nie.(11)

Kapłan Hotetsu z góry Mayoku wachlował się. Podszedł mnich i powiedział: „Panie, natura wiatru jest stała i nie ma takiego miejsca, do którego on by nie docierał. Dlaczego więc musisz się wachlować?”(12)

„Chociaż rozumiesz, że natura wiatru jest stała” odparł mistrz, „nie rozumiesz znaczenia tego, że dociera on wszędzie.”

„Jakie jest to znaczenie?” zapytał mnich. Mistrz po prostu wachlował się dalej. Mnich pokłonił się z głębokim szacunkiem.

Jest to doświadczenie sprawdzania buddyzmu oraz jego właściwego przekazywania. Ci, którzy mówią, że nie powinniśmy używać wachlarza ponieważ istnieje wiatr, nie znają ani stałości ani natury wiatru. Natura wiatru jest stała — wiatr buddyzmu urzeczywistnił złoto ziemi i sprawił, że dojrzał ser z Długiej Rzeki. (13)

Napisane w środku jesieni pierwszego roku ery Tempuku (1233 AD)

i dane mojemu świeckiemu uczniowi Jo-Koszu z Kjuszu.


(1) Kiedy pogłębiamy naszą praktykę buddyzmu, doceniamy różnice wraz z ich tłem tożsamości.
(2) Tracimy oświecenie gdy jesteśmy do niego przywiązani, niewiedza rośnie gdy jej nienawidzimy.
(3) Teraźniejszość to nasze całkowite doświadczenie i zawiera ono całą naszą przeszłość i przyszłość.
(4) Życie zawiera wszystko, nie jest ono przeciwieństwem śmierci.
(5) Analogia dotycząca odbijania taka sama jak w pkt. 3 odnosząca się raczej do tego jak oświecenie się pojawia, niż do samego oświecenia.
(6) „Nawet jedna chwila zazen osoby początkującej oświeca cały świat.” Bendowa, Shobogenzo
(7) Człowiek praktykuje w prawdzie i nie ma temu końca.
(8) Im więcej praktykujemy, tym bardziej pogłębiamy nasze rozumienie.
(9) Podstawą jest raczej praktykowanie buddyzmu z chwili na chwilę, niż bycie mistrzem.
(10) Prawda nie jest ustalona — jest po prostu urzeczywistniana w teraźniejszej praktyce.
(11) „Prawda jest w posiadaniu każdego człowieka lecz nie jest urzeczywistniana jeżeli się jej nie praktykuje i nie osiągana jeżeli nie sprawdza się jej jakości.”
(12) Jeżeli natura Buddy jest stała i każdy ją posiada, dlaczego musimy praktykować ?
(13) Cytat z sutry Bandavyuha.

Nota wprowadzająca do Genjo Koan napisana przez Roshiego Suzuki:

Pierwotnie koan był oficjalnym rozkazem wydanym przez króla. Tak więc koan oznacza pierwszą zasadę — którą musimy zrozumieć uwzględniając różne aspekty i doświadczyć poprzez praktykę. To, co zwykle nazywamy koanami, to przykłady urzeczywistnienia tej pierwszej zasady przez mistrzów zen. Genjo oznacza wszystko. Koan oznacza pierwszą zasadę. Genjo Koan oznacza nasze przeróżne aktywności jakimi się zajmujemy, gdy nasza praktyka rozciąga się poza zazen. Jest to jedność życia codziennego i praktyki osiągana poprzez czystą praktykę.

          Z japońskiego na angielski przetłumaczył Kazuaki Tanahasi i Roshi Robert Aitken — prowadzący Honolulu Daimond Sangha.
          Na polski przełożyli: Wojciech Gajewicz, Magura, Ewa Orłowska,
teksty: 

Korona Kannon – jeden nieustający błąd

Korona Kannon – jeden nieustający błąd
Roshi Kwong, Sonoma podczas odosobnienia Shambhala Drala 28 X 2006

Wprowadzenie Charity Martina: Dzień dobry. To wielka przyjemność i zaszczyt móc przedstawić wam tego ranka Roshiego Kwonga, założyciela i opata SMZC, spadkobiercę Dharmy Roshiego Suzukiego i wielkiego przyjaciela i mentora naszej społeczności. Przychodzi mi na myśl obraz zbiegających się rzek. Miejsce, w którym dwie rzeki stają się jedną. W tym momencie, taki zbieg okoliczności. W tym momencie i w tym miejscu, właśnie teraz.

Roshi: Takie wspaniałe wprowadzenie, całkowicie niezasłużone. Zbiegające się rzeki. Właściwie, to jest tak prawdziwe, że już w to nie wątpię, ani nie kwestionuję tego. I to jest naprawdę wielka ulga. Nie bać się, gdy wychodzisz na środek i zaczynasz angażować się w Dharmę. To wówczas, gdy oczekujesz czegoś, pojawiają się trudności. Jesteśmy istotami ludzkimi i mamy silne uwarunkowanie, aby oczekiwać czegoś. Ale po trochu, jeśli możesz odpuścić oczekiwanie, to właśnie zaraz za nim jest coś pięknego. W pewnym sensie to jest jak uczucie bezradności. Rzeźba Kannon lub Chenrezig stojąca w naszym zendo ma jedenaście twarzy otaczających jej głowę. Twarze z przodu są dość łagodnie. Ale jeśli spojrzysz na kolejne, są tam wśród nich trzy wyrażające strach, złe przeczucia. Właściwie, to nie tylko trzy, ale wszystkie są takie. To problemy, które spotykamy na ścieżce. Kannon nosi te wszystkie twarze, przerażone, ze złym przeczuciem jako koronę na swojej głowie. Nosi je jako koronę, ponieważ je zna. Każdy z nas, w rzeczywistości, będzie zmuszony do poznania ich, ponieważ jesteśmy istotami ludzkimi, niezależnie od tego, czy praktykujemy. Gdy umieramy, chorujemy, czy napotykamy bezradność.

Tak więc te trzy ostatnie twarze wyrażające przestrach to spustoszenie. Kiedyś byłem silny. Mogłem robić dużo rzeczy, mogłem robić wszystko. Znacie tę historię. Potem stajesz się wolniejszy i słabszy i mówisz: nie mogę tego zrobić. Jestem chory lub coś takiego. Mam raka. Ostatnim etapem jest bezradność. Możesz być poważnie chory i starasz się zrozumieć swoją chorobę. Aż nadchodzi moment, w którym nikt nie jest w stanie powiedzieć ci nic więcej. Ale choroba lub brak równowagi utrzymują się i zaczynasz się poddawać. Musimy się poddać. Chodzi o to, aby zabić część siebie. Brak nadzieji nie oznacza rezygnacji. Nie oznacza naszego końca. Oznacza koniec pracującej bez ustanku myślącej maszyny, która osiągnęła swój kraniec, granicę. Już nic nie możesz zrobić. Musisz zaufać procesowi. Możesz mieć poczucie, że już nie będziesz taki, jak poprzednio. Ale niepokój i martwienie się nie pomogą. Łatwo mi to powiedzieć, ale ja wiem, jak to jest. Musisz się poddać. A gdy się poddasz, to właśnie to, gdzie jesteś. Panuje tu całkowicie nowy krajobraz.

Właśnie wróciłem z Islandii. Całkowicie nowy krajobraz. Ktoś powiedział: „To musi być koniec świata”. Kiedy astronauci po raz pierwszy polecieli na księżyc, wyruszyli do Islandii (śmiech słuchaczy). „Przyzwyczajcie się do tego”. Rzecz, o której nie powiedzieli astronautom, to była przestrzeń. Pustka. Niektórzy z nich jej doświadczyli. Ale ta pustka lub beznadzieja nie brzmi jak coś dobrego, jednak w rzeczywistości to bogate miejsce do bycia.

Mówimy o dwóch strumieniach, które się łączą, ale w rzeczywistości wszystkie strumienie się łączą. Wszystkie tradycje, wszystkie istoty ludzkie, wszystkie wyznania. Ale o tym nie wiedzą. Dlatego obecnie mamy dużo zamieszania na świecie. Nie wiem tego, ale może sytuacja się tak pogarsza, żeby zmusić ludzi do uznania tego faktu. Musi być naprawdę źle, żeby zmusiło to ludzido spojrzenia do wewnątrz. Nie wydaje mi się, aby na zewnątrz coś dobrze funkcjonowało. I myślę o wszystkich nowych twarzach, które widzę. To jest najlepsze miejsce do bycia, właśnie tu gdzie jesteś.

To wielkie wprowadzenie, spadkobierca dharmy, blisko 50 lat praktyki, całe to niezasłużone uznanie. Ja wcale nie jestem większy od was. I pewnego dnia, gdy kontynuujecie praktykę na tej ścieżce, a najważniejszą rzeczą jest kontynuacja praktyki, więc kontynuujecie w indywidualny sposób, ale spotykacie się i praktykujecie wspólnie. To naprawdę działa jak dynamit. A wspólna praktyka z grupą z innej tradycji to jest ekstra dynamit. Tak jak powiedział Rinpoche, gdy dwie tradycje lub kilka tradycji spotyka się, coś iskrzy (wszyscy słuchacze się śmieją). Ponieważ kto gości kogo? Czy jesteśmy gośćmi, czy też jesteśmy gospodarzami? Nie! MY (wszyscy) jesteśmy gospodarzami (śmiech)

W rzeczywistości byłem ze swoim nauczycielem przez bardzo krótki okres czasu, tylko 10 lat. To nie jest bardzo długo. Później Roshi umarł w 1971. Jego śmierć zrobiła dużą wyrwę w tym, co zamierzaliśmy robić. Rzuciła nas z powrotem ku samym sobie. Co zamierzamy robić? Ja miałem bardzo prosty pomysł. Może będziemy siedzieć z grupą ludzi? Ale nie wiedziałem, że musisz mieć pewne formalne potwierdzenie kwalifikacji, aby to zrobić, tak więc bałem krytykowany. Rzeczywiście byłem ignorantem – po prostu nie wiedziałem. Tylko myślałem, że zebranie się w grupie ludzi, aby siedzieć, jest najlepszym sposobem. W tym czasie, gdy dojrzewałem lub innymi słowy - stawałem się człowiekiem, ogoliłem swoją głowę. I musiałem zostać nauczycielem poprzez trening. Zostanie nauczycielem było przerażające, gdyż myślałem, że nie mogę popełnić żadnego błędu. Co to za nauczyciel, który robi błąd za błędem, jeden nieprzerwany błąd?

Tak więc, gdy jesteś po sześćdziesiątce, zrobiłeś już wszystkie możliwe do zrobienia błędy. Wsiadasz do samolotu, ciągniesz na wózku swój bagaż, a tu odpadają kółka od wózka. Rączka się urywa. Wszystko, co mogło się zdarzyć, zdarzyło się. Przeszedłeś przez wszystko. Koreańczycy mówią, że jeśli jesteś po sześćdziesiątce, to przeszedłeś przez wszystkie znaki zodiaku. Przeszedłeś przez wszystko. Prawie przez wszystko. Gdyż wciąż jest coś jeszcze. Możesz zapuścić włosy. Ja tak raz zrobiłem i wyglądałem jak Elvis Presley. Więc je zgoliłem. Zostanie nauczycielem oznacza, że nie mogłem być sobą. Jeśli nie jesteś sobą, to TY nie możesz popełnić żadnego błędu. Na pogrzebie Kobuna Chino byłem mówcą i poproszono mnie, abym ofiarował kadzidło. Ręka mi się trzęsła. Co to za nauczyciel, któremu trzęsą się ręce? To mogło znaczyć, że jesteśmy przewrażliwieni na swoim punkcie, bardzo przestraszeni lub też, że mamy ogromną energię. Ja się trzęsę, a oni to powodują. Tak więc ręka trzęsła mi się bardzo, ale ja nie czułem się źle z tego powodu. Po prostu trzęsła mi się ręka. Jest takie powiedzenie Zen: „Ty śpisz”. Co się dzieje, to to że śnisz. Jesteś w dużym budynku, z wieloma pokojami a osoba w sąsiednim pomieszczeniu tłucze ryż, ty śpisz i masz sen. On rozbija ryż w naczyniu. Gdy śpisz, to dźwięk „bum, bum, bum” oddziałuje na twój sen. Wpływa tak silnie, że możesz nawet śnić o czymś innym. Oddziałuje na twój sen jak ładna muzyka. Ale gdy się budzisz, ty WIESZ, że to tłuczenie ryżu. To jest Zen. Gdy się budzisz, ty WIESZ, że to tłuczenie ryżu. Gdy ręka mi się trzęsła, powiedziałem sobie „Ręka mi się trzęsie”. Właściwie wciąż mi się trzęsie. I myślę, że zawsze będzie się trzęsła i jestem z tego powodu szczęśliwy. Tak więc powiedziałem do mnicha z Japonii: „Możesz wsadzić kadzidło za mnie?” I on to zrobił. I to było w porządku.

Wiele razy działy się różne rzeczy. Po tym jak zostałem wyświęcony, wpadłem na pomysł, że będę wszędzie chodził w szacie – jako mnich - aby sprawdzić, jak to jest. Miałem taki pomysł, to był tylko pomysł, ale spowodował dużo zamieszania. Szedłem przez Chinatown. Szaty są długie i czarne. Wszyscy ustępowali mi z drogi, rozchodzili się jak Morze Czerwone. Później, gdy przyjechałem do domu swojej teściowej, ona zobaczyła mnie i ją sparaliżowało. [bo w chińskiej kulturze na czarno ubierają się kapłani odprawiający ceremonie pogrzebowe – przyp. Sławek] Innym razem, gdy moje motyle rękawy zatrzasnęły się w drzwiach windy. Rozejrzałem się w koło, czy nikt nie widział mojego błędu. Wszystko się zdarza. To wspaniała nauka, gdyż jest naga. Możesz widzieć kim i czym jesteś. Ale wciąż nie chcę być tym (Roshi się śmieje), chcę być bardziej perfekcyjny. Tak więc, po trochu, stałem się nauczycielem z jednej strony i stałem się sobą. Teraz te dwie osoby są jedną i jestem bardzo szczęśliwy.

Synonimem praktyki jest budzenie się, stawanie się przebudzonym. Nie możesz tych dwóch rzeczy odseparować. Więc pomyślcie o tym, co czytacie i uczyńcie to waszą praktyką. Aktywujcie to. Sprawdźcie, czy to prawda. To wasze życie. Sprawdźcie, czy to prawda. Coś słyszycie, a potem to praktykujecie. Praktyka jest właściwie realizacją. Słowo praktyka to starożytny ideogram, który jest jak punkt przecięcia poziomu z pionem. I to jest praktyka, właśnie tam, gdzie względne spotyka się z absolutem. Właśnie tam. W linii Kagyu, w linii Zen – długie lata siedzenia. Bądźcie na to gotowi. Tylko długie, długie, trudne i cudowne Zazen. Ale czasem nienawidzisz, po prostu nienawidzisz zazen. Ja nienawidzę sprawiać wrażenia sensownego. A potem, gdy twoje siedzenie stanie się dobre, coś innego się wydarza. Ale to wciąż się przebija. Musimy się nauczyć zaprzestania (Darma) shoppingu. Co za ulga. Coś znalazłeś. Nie mogę powiedzieć, że coś ukończymy, ale trwamy w tym (tej praktyce). Nie zaprzestawajcie. Idźcie prosto, niezależnie od tego co się dzieje. Nikt nie może tego uczynić za was.

Nauczyciele tacy jak Rinpoche i Roshi Suzuki stali się naszymi przykładami. Wiecie, dla nich to także było dość trudne. Roshi powiedział mi: „Co myślisz o Sandze?” Ledwo potrafiłem odpowiedzieć. Myślałem o tym, że zawiodłem go przez te wszystkie lata. Chciałem być perfekcyjnym uczniem. Przyszedłem na indywidualną rozmowę. My mieliśmy indywidualne spotkania raz w roku. Byliśmy małą grupą. Roshi patrzył przez okno, kto przychodzi na zazen. Byłem bardzo wrażliwy na swoim punkcie i strasznie wycofany. Wielu uczniów praktykujących Zazen jest wycofanych, a nie ekstrawertycznych. Może w tradycji Rinzai jest więcej ekstrawertyków. Ale uczniowie Soto mówią „Dlaczego ludzie nie mogą się spotkać? Ludzie mało do siebie mówią”. Tak więc jednego dnia miałem spotkanie z Roshim Suzuki. Przyszedł czas na rozmowę, zabrzmiał dzwonek i wszedłem do jego pokoju. Popatrzył na mnie i prawdopodobnie starał się mnie nie oceniać i myślał: „o nie, to znowu ten gość”. Usiadłem naprzeciw niego, a w środku drżałem. Obawiałem się, że może zobaczyć mój brak perfekcji. Oczywiście próbowałem to ukryć. Potem upłynął długi czas.Roshi wyciągnął kawałek papieru i długopis i spytał się: „Możesz napisać swoje imię?” A mnie nawet to przyszło z trudem. Roshi wiedział, że mój ojciec był lekarzem medycyny chińskiej i powiedział: „Może wieczorem powinieneś wypić kieliszek wina? Tylko dla rozluźnienia. Myślisz, że twój ojciec by to zaaprobował?”

                  Tłumaczył Wojtek Gajewski
teksty: 

Księga Rinzai

Roshi Jakusho Kwong
Księga Rinzai

Mowa zamieszczona w Mountain Wind (numer styczeń-marzec 2006)

Dzień dobry. Chciałbym dziś rano znów zająć się Księgą Rinzai, którą przysłał mi roszi Shimano. Tu, na początku tłumacz ma do powiedzenia coś dobrego. Przeczytam jeden, dwa akapity. „Oto zapis słów Lin-chi, podstawowego tekstu kanonu Chan, w przekładzie roshiego Shmiano. Roshi podejmuje wyzwanie, jakie stanowi to tłumaczenie, by zachodniemu czytelnikowi przybliżyć Lin-chi, wielkiego chińskiego mistrza Chan, a Lin-chi przybliżyć zachodniego czytelnika. Lin-chi to dosłownie Rinzai. Rinzai to Lin-chi po japońsku, ale to niekoniecznie jest Lin-chi. Podobnie „Chan” dosłownie oznacza „Zen”, ale „Zen” to japońska wersja „Chan” i niekoniecznie „Chan”.

To, czy nasza szkoła nazywa się Chan, Rinzai czy Soto, naprawdę nie ma znaczenia. Rinzai nie założył szkoły – po prostu uczył w sposób, w jaki uczył. A wiele pokoleń później nazwano to „Szkołą Rinzai”. Nie chodziło mu o stworzenie szkoły. Myślę, że to były tak trudne czasy, pełne prześladowań religijnych. Rinzai znalazł się w otoczeniu wojskowym, a jego świątynia przyjęła rolę świątyni wznoszącej się nad rzeką, jakby pilnowała miejsca, w którym spotykają się te trzy strumienie, w środkowowschodnich Chinach, fortecy w strategicznym punkcie. Przeczytam fragment zatytułowany „Nauczanie zgromadzonych”.

Jednym ze słów, które roshi Shimano przywołuje, jest słowo „Buji” – Bu znaczy nie, Ji znaczy wszystko: ty, ja, drzewa, nawet słowo Zen jest „nie-Zen”, nie Budda, nie ty, nie ja, nie zendo. Widzimy wszystko, ale jakie jest znaczenie „buji”?

W skrócie, zaprzeczenie to w świecie Wschodu pełna afirmacja. Ponieważ nasze uwarunkowanie odnosi się do wszystkiego – nasza odpowiedź na pytanie, co to jest drzewo, jest bardzo szybka; już nadaliśmy kształt temu, co to jest drzewo. Ale w Zen to nie jest drzewo, dopóki ty sam nie staniesz się drzewem. Wtedy widzisz drzewo. I drzewo jest tobą. To zupełnie inaczej. Niedawno wygłosiłem mowę w czasie warsztatu dla pracowników Kaiser Permanente [nie nastawiona na dochód instytucja świadcząca usługi medyczne – M.Cz.] w Healdsburgu, po której ktoś z zarządu podszedł do mnie i powiedział: „Wiesz, świat, w którym żyjesz, jest zupełnie inny od świata, z którego my pochodzimy”. Odpowiedziałem po prostu: „Tak, oczywiście – ale to dlatego, że wasze uwarunkowanie jest tak inne”. Lecz prawdziwy świat nie różni się od świata twojej codzienności. To ten sam świat. To świat względny i absolut. Pewnie myślisz sobie: „Ty żyjesz w świecie absolutnym. Czemu nie zjedziesz w dolinę?” Dolina to także absolut. Względne i absolutne – to to samo. Tam właśnie znajdujemy absolut – we względnym. Więc Buji w tym tłumaczeniu – „Zachowałem parę japońskich słów w transkrypcji łacińskiej, jako że nie ma sposobu, by przełożyć je na angielski. Wyjaśnienie większość z nich znaleźć więc można w przypisach. Do tej kategorii należą na przykład zazen, osho, ino, shika, buji. I odkryłem, że nie ma w angielskim słowa, które precyzyjnie oddawałoby znaczenie „buji”. Kiedy buji pojawia się po raz pierwszy, przełożyłem je na tak jak jest”. Bardzo prosto, ale bardzo bezpośrednio. Tak jak jest jest urzeczywistnieniem rzeczywistości. Tak jak jest. Takie proste.

„Mimo to potem zawsze tłumaczyłem „buji” jako „nic-do-zrobienia”, być wolnym od wymyślania, być „już zrobionym” – dobre, prawda? Kiedy coś pieczesz, to jest to „już zrobione”. Dopełnione. „Umieściłem łacińskie transkrypcje japońskiego w nawiasie. W tym zbiorze nauk Rinzaia słowo „buji” pojawia się ponad 20 razy”. Buji jest więc ważnym słowem. I mam nadzieję, że stanie się naszym intymnym słowem. Nie po prostu słowem, ale naszym doświadczeniem. I mam nadzieję, że pobudzi waszą ciekawość. Co to jest buji? Czy ja mam buji?

Barbara M.: Po francusku to znaczy świeca.

No, właśnie. Widzicie? Francuz słyszy „buji” i słyszy „świeca”. Takie jest nasze uwarunkowanie. „To w oczywisty sposób jest główny temat jego nauk. Bu znaczy nie, czy też przeczenie. Ji jest materią, zdarzeniem, działaniem, zjawiskiem, sprawą lub rzeczą”. Buji oznacza dosłownie zaprzeczenie wszelkiego ji. Wszystko jest w zaprzeczeniu. Wszystko, co tu widzicie, cały ten świat i życie, nawet ciemny świat jest zaprzeczeniem. Co to więc znaczy, gdy wszystko jest zaprzeczone? Życie to „ji”. Starzenie się to „ji”. Choroba to „ji”. Umieranie to „ji”. Tak naprawdę od rana do nocy jesteśmy w samym centrum ji. „Zwykliśmy myśleć, że dzięki rozmaitym praktykom” – możesz na przykład stwierdzić, że praktyka medytacji to ji – „możemy osiągnąć punkt, w którym znika iluzja. Jeśli tylko będę praktykował, osiągnę punkt, w którym złudzenia, którym ulegam, znikną. Taki pogląd to całkowite oszustwo, zwodzenie siebie”. Musimy naprawdę spróbować to zrozumieć. „Jak przez praktykę można zmienić rzeczywistość? Rzeczywistość po prostu jest. Jak możemy ją zmienić przez praktykę”. Ale możesz też spytać, skoro z „buji” wynika nicnierobienie, to czemu musimy praktykować? Czy nicnierobienie, w zwykłym, biernym sensie tego wyrażenia, nie wystarczy? A równocześnie czyż samo nasze istnienie nie jest jednym z ji? I czyż samo nasze istnienie nie jest źródłem wszelkich problemów i ciepień? Czy możemy zaprzeczyć czy przekroczyć własne ograniczone istnienie? Kiedy w pełni urzeczywistniamy prawdziwą naturę wszechświata, to, co wydaje się ji, okazuje się niczym innym niż „buji”. Nie ma nic do zrobienia – niezależnie od tego, jak bardzo próbujesz. Z odrobinę innej perspektywy najbliższy angielski termin na „buji” to teraz, tak jak jest”.

To słowo „teraz” jest bardzo dobre. Jest powiedzenie Zen „właśnie teraz, właśnie tutaj”. No, ale to mi za dobrze nie brzmiało, więc zmieniłem na „właśnie tutaj, właśnie teraz”. Jednak właściwie to jest całkowita pomyłka, bo właśnie teraz (uderza w stół) jest właśnie teraz. I wtedy jesteśmy, gdzie jesteśmy – właśnie tu. Ale właśnie tutaj jest ledwie tak krótkie. Właśnie teraz. I cali jesteśmy tu. I to jest buji, i to jest takie, jakie jest, i to jest całkowite. Całkowita ulga, całkowite uwolnienie, całkowite przyjmowanie, całkowicie przyjmować właśnie tę chwilę, bez czczego kontynuowania czegokolwiek. Nie rozglądając się za niczym, nie szukając niczego, nic, co można by zyskać. Opróżniony z twojego uwarunkowania. Wolny. Lepiej niż dobry, nocny sen.

„Buji” oznacza być jednym z takością. Buji to tylko opis, kolejna nazwa na takość, a takość jest wielkim skarbem, który w sobie masz, czy o tym wiesz, czy nie. „Takość, nieuwarunkowana natura „niech-tak-będzie” – niech tak będzie i wszystko zrobione. Co za ulga. Na zakupy mogę jechać jutro, nie muszę dziś (śmiech). Więc roshi Shimano wytyka typowe nastawienie do Zen Rinzai: „W dzisiejszych czasach uczniowie Zen są skłonni wierzyć, że Zen Rinzai to Zen koanów. Jednak pod wpływem lektury tej książki dostrzeżesz, że Mistrz Rinzai nigdy nie powiedział, że musisz przejść taki a taki koan albo że musisz siedzieć z całych sił”. Rinzai nigdy czegoś takiego nie powiedział. Zobaczcie, ile się zmieniło. „Zamiast tego bez ustanku zmuszał nas do prawdziwego wglądu i zaufania potrzebnych, by dostrzec jedynego, który świeci”. Ten ktoś to ty. Ten ty, jedyny, który świeci. To na tym mu zależy. Pozwólcie więc, że wrócę do tak jak jest.

W tradycji wadżrajany umysł Buddy nazywany jest „rigpa”. Usłyszysz, jak różni ludzie z różnych szkół mówią „Wadżrajana jest najlepsza”, Mahajana zwykła określać Therawadę „hinajaną” czyli „mniejszym pojazdem” – świat arhatów i ludzi samourzeczywistnionych to „mniejszy pojazd” – ludzie się specjalnie nie zmieniają, czyż nie? A o Mahajanie mówi się „wielki pojazd”, prawda? I w ten sposób Wadżrajana była „najwyższym pojazdem”. Ludzie będą ci mówić jak wielka jest ich tradycja. Ciekawe. Katolicy też tak powiedzą! (śmiech) Uwierzycie, że kiedyś odwiedzaliśmy klasztor benedyktyński, w którym nie widziano buddysty od 500, może 800 lat. Wchodzimy. Jesteśmy w refektarzu i nikt się do nas słowem nie odzywa. Po prostu dalej jedzą. Kłaniamy się im, a oni dalej – nawet nie patrzą. Byliśmy z koreańskim mistrzem Zen Soen Sa Nimem i myślę, że on był zły. Możecie sobie wyobrazić – jesteście w jakimś miejscu od 800 lat i ktoś z innej tradycji przychodzi w odwiedziny – kłaniacie się, podajecie sobie ręce czy coś podobnego, prawda? Nic. Byliśmy gośćmi, ale potraktowano nas jak duchy. Niewidzialni. Widziałem, że ten mnich tam siedzi i je, ale on nawet nie spojrzał. Był bardzo stary. Z benedyktyńskiego klasztoru się nie wychodzi – żyjesz tam i umierasz. Nawet nie spojrzał. Ja sam się nie złościłem. Miałem duże nadzieje na jakieś ekumeniczne wydarzenie, ale przytrafiło się takie doświadczenie. Soen Sa Nim prowadził naszą grupę, więc czuł się odpowiedzialny za nas wszystkich.
Każda tradycja twierdzi, że to ona jest najlepsza. I może tak powinno być. Ale za tym, że mówisz, że jesteś najlepszy, musi być jakaś mięsistość. I to „najlepszy” powinno obejmować ciebie. A nie wyłączać cię.

A więc tu jest „rigpa”. Umysł Buddy. A umysł Buddy to twój umysł. Nie Buddy historycznego. Ten nie żyje. Rozmawiamy o umyśle Buddy w tobie. „Rigpa to niepodzielna, pusta wiedza. Chwila, w której przekonujemy się, że tak jest i na bieżąco to widzimy, zwana jest niepodzielnym, pustym poznaniem, przesyconym tym, że się wie. Puste znaczy tu pierwotnie nieukształtowane, nie wynikające z żadnej przyczyny czy uwarunkowania. Pozbawione już jakiejkolwiek trwałej substancji. Poznanie oznacza, że gdy jest się pustym, spontanicznie obecna jest zdolność, by wiedzieć”. Czasem żywimy ideę doskonałości – chcemy być bez przerwy spontanicznie obecni. To jest doskonałość! Ale to duży błąd. Bo, jak mówią, kiedy coś wygrywasz, to coś przegrywasz, tak? Czyż to nie ulga? Bo tak właśnie jest. Czy chcesz stworzyć dla siebie więcej cierpienia? (śmiech) Myślę, że dopiero kiedy robisz to na okrągło, tracisz połowę czasu albo może większość czasu (śmiech), to łapiesz, o co chodzi!

„Niepodzielone oznacza, że te dwa aspekty, puste i poznanie, pierwotnie nieukształtowana pustka i spontanicznie obecne poznanie są nierozdzielne”. Są zawsze razem. Nie musimy o tym za dużo myśleć – występują razem. „Zawsze stanowiły nierozdzielną jedność. Tak się rodzimy. I to właśnie o tym mówią wszystkie nauki wszystkich Buddów. Jest takie tybetańskie powiedzenie dotyczące kowalstwa: „Gdy machasz młotkiem, musisz trafiać w czerwony punkt”. Jeśli uderzysz gdziekolwiek indziej, nie uda ci się nadać żelazu kształtu. A przecież o to chodzi w kowalstwie, tak? (śmiech)

„Tak samo w naukach całej Buddadharmy może istnieć niewiarygodna ilość szczegółów. Jednak ostatecznie wiążą się one z jednym – niepodzielnym, pustym poznaniem, przesiąkniętym tym, że się wie. Zrozum, proszę, że pusta istota to Dharmakaja. Natura poznającego to Sambhogakaja”. Oto ten, który urzeczywistnia. Oto Trikaja. Pusta istota, Dharmakaja – to twoja prawdziwa natura, twoja prawdziwa natura Buddy, o której naprawdę nie jesteśmy w stanie mówić. Bo coś musi ją urzeczywistnić. W Zen mówi się „nie możesz tego osiągnąć”, ale ktoś musi to osiągnąć. Ktoś musi to urzeczywistnić. Gdyby to nie było osiągnięte czy urzeczywistnione, już dawno by umarło. To więc jest Sambhogakaja – ta część nas, która urzeczywistnia tę istotę. A niepodzielna jedność Dharmakaji i Sabhogakaji to Nirmanakaja. Uosobienie. I nie tylko uosobienie – możesz powiedzieć „Ji”. Cała reszta to także Nirmanakaja. „Trudno przyjąć, że ’Urzeczywistnienie tego, gdy rozpoznaje się własną istotę, nie stanowi wyniku koncentracji czy medytacji’ – to po co medytuję, prawda? Taka jest tego prawda. Wynik nie pochodzi z koncentracji czy medytacji. Więc gdy odpuszczasz Zen lub ideę medytacji czy koncentracji, wszystkie te słowa w rodzaju samadhi, nirwana, buji – kiedy to wszystko odpuszczasz, to właśnie jest tak jak jest.

„Kiedy odpuszczasz, nie musisz jednoczyć – w tym miejscu nie ma nic do zrobienia, wykonania czy stworzenia. To kluczowy punkt wszelkich nauk buddyzmu”.

tłumaczył – Michał Czernuszczyk
redakcji dokonał – Jerzy Kuun

teksty: 

Kwiat Śliwy - Eihei Dogen Zenji

Eihei Dogen Zenji, BAIGE

"Kwiat Śliwy"

Mój zmarły mistrz Tendo, Starożytny Budda, był trzynastym patriarchą na górze Daibyaku. Pewnego dnia powiedział mnichom: ,,Jest to moja pierwsza mowa zimowej pory. Jednak nawet teraz stara śliwa o wielu splątanych gałęziach zaczyna kwitnąć - jeden, dwa, trzy, cztery, pięć, pojawiają się niezliczone kwiaty. Kwiaty te nie są dumne ze swojej czystości czy zapachu. Płatki opadają i jawi się to jak wiosna, gdy wiatr owiewa kwiaty, drzewa i trawy. Wy mnisi jesteście bez wątpienia zdziwieni słysząc te słowa. Jednakże nagle następuje wielka zwykła zmiana. Zrywa się gwałtowna burza z zacinającym deszczem i uderza o ziemie, następnie przechodzi w zamieć i śnieg pokrywa wszystko. Stara śliwa znosi różne warunki, nawet mroźne zimno, które zdaje się ścinać samo jej życie''.

Wspomniana tutaj stara śliwa znosi wszystkie warunki - czasami kwitnie, czasami rodzi owoce, czasami staje wobec wiosny, czasem zimy, czasami stawia czoło porywistym wiatrom, czasami burzom, czasami zadziwia mnichów, czasami jest oświeconą wizją starożytnych Buddów, czasami jawi się w trawach i drzewach, czasem jest czystym zapachem. Staje ona wobec wszystkich zmian, wszystkich które pojawiają się niepostrzeżenie. Niebo i ziemia, jasne słońce i czysty księżyc - żadnych aspektów starej śliwy nie można od siebie oddzielić.

Gdy stara śliwa kwitnie, kwitnie cały świat. Gdy kwitnie świat nadchodzi wiosna. Wówczas pięć liści rozkwita jako jeden kwiat - trzy, cztery, pięć, sto, tysiąc, kwitną niezliczone kwiaty. Wszystkie one rosną na jednej, dwóch, niezliczonych gałęziach starej śliwy. Kwiat udumbara i błękitny kwiat lotosu również rozkwitają na tej samej gałęzi. Wszystkie te kwitnące kwiaty wyrażają hojność starej śliwy. Właśnie taka stara śliwa pokrywa świat istot ludzkich i niebiańskich. Światy te ukazują się wewnątrz starej śliwy. Setki tysięcy kwiatów są kwiatami ludzkich i niebiańskich istot. Miliony kwiatów są kwiatami Buddów i Patriarchów. Kiedy ten rodzaj śliwy zakwita, wszyscy buddowie pojawiają się na tym świecie i pojawia się Bodhidharma.

Pewnego razu mój zmarły mistrz powiedział do mnichów: ,,Kiedy Siakjamuni stracił swe zwykłe widzenie i osiągnął oświeconą wizję, jedna gałąź śliwy rozkwitła w śniegu. Lecz teraz małe gałązki pojawiły się i piękne kwiaty śmieją się z gwałtownie dmącego wiosennego wiatru''.

,,Teraz” jest czasem dla koła Dharmy starożytnych Buddów, by przetoczyć się przez cały świat i przebudzić wszystkie ludzkie i niebiańskie istoty - nawet obłoki, deszcz, wiatr, wodę. Wszystkie trawy, drzewa i owady będą pod wpływem toczącego się koła Dharmy. Obrót koła ożywi wszystkie kraje na ziemi i w niebie. Posłyszenie po raz pierwszy tej nauki stwarza te cudowne rzeczy. Prawdziwe osiągnięcie to zyskanie rozumienia, którego nam brakuje. Gdy nie ma radości ani cnoty w naszym osiągnięciu, nie jest to kołem Dharmy, które powinniśmy studiować.

Obecnie za panowania dynastii Sung istnieje sto osiemdziesiąt prowincji z niezliczoną ilością górskich i miejskich świątyń. Wielu unsui2 i nowicjuszy nigdy nie spotkało mojego zmarłego mistrza, Starożytnego Buddy i nic o nim nie wie, niewielu słuchało jego słów bezpośrednio, bądź miało z nim spotkanie umysłów.

Tylko kilku zostało przyjętych na uczniów, dopuszczonych do uczynienia przed nim pokłonu i oni mogli otrzymać jego ciało, skórę, kości i szpik czy też ujrzeć jego pierwotną twarz i własną wizję.

Mój zmarły mistrz, Starożytny Budda nie akceptował łatwo uczniów w swoim klasztorze. Jeśli któryś z jego mnichów był ślamazarny lub brakowało mu umysłu poszukującego Buddy, wyrzucał go z klasztoru. Nie ma potrzeby pomagać mnichom, którzy nie są prawdziwymi poszukiwaczami - mawiał, przeszkadzają tylko innym i nie ma tu dla nich miejsca. Widziałem wielu takich ludzi i często dziwiłem się, co uniemożliwiało im pozostanie w klasztorze. Było to dla mnie, cudzoziemca, wielkim szczęściem, że nie tylko zostałem jego uczniem, lecz także pozwolono mi swobodnie go odwiedzać i obserwować w codziennym życiu. Ponieważ jestem głupi i brakuje mi właściwej wiedzy, było wielkim szczęściem, że znalazłem takiego mistrza.

W czasach dynastii Sung wpływ mojego zmarłego mistrza był wielki, wielu ludzi osiągnęło wówczas Drogę. Od czasu jego śmierci dynastia Sung stała się ciemniejsza niż północ; nie istnieje żaden starożytny Budda przeszły lub obecny, który mógłby się z nim równać. Dlatego też uczniowie późniejszych czasów powinni wiedzieć, że takiej nauki Dharmy nie można usłyszeć nigdzie lub studiować w światach ludzi czy bogów.

Kwitnienie śliwy w śniegu jest manifestacją kwiatu udumbara, (który Siakjamuni uniósł przed Mahakaśjapą). Choć mamy sposobność zobaczyć Oko i Skarb Prawdziwego Prawa Tathagaty w naszym codziennym życiu, przez większość czasu tracimy sposobność, by uśmiechnąć się i ukazać nasze rozumienie. Niemniej jednak mój zmarły mistrz przekazał zasadę kwitnącej śliwy w śniegu i jasno ukazał oświecenie Buddy. Mądrość oświecenia jest najwyższą mądrością i jeśli głębiej studiujemy kwiat śliwy, bez wątpienia urzeczywistnimy ją. Kwiat śliwy jest spostrzeżeniem, iż ,,ponad niebiosami i na całej ziemi tylko ja jestem czczony'', a każda rzecz jest najbardziej czczoną rzeczą na świecie.

Zatem wszystkie kwiaty - w niebie, na ziemi, białe lotosy, wielkie białe lotosy, czerwone lotosy, wielkie czerwone lotosy w dziesięciu kierunkach wszechświata są wzajemnie powiązane z kwitnieniem śliwy w śniegu. Wszystkie kwiaty otrzymują hojność kwitnienia śliwy. Miliony gatunków kwiatów są jak odmiana kwiatu śliwy i można je nazwać ,,małymi kwiatami śliwy''. W dodatku kwiaty nieba, kwiaty ziemi, kwiaty samadhi są małą i dużą odmianą kwiatu śliwy. W każdym z tych kwiatów pojawiają się niezliczone kraje. W każdym z tych krajów kwitną różne kwiaty dzięki dobrodziejstwu kwiatów śliwy. Jedynie kwiaty śliwy mogą obdarzać dobrodziejstwem - nie deszcz czy rosa. Ciągły przekaz buddyjskiej Drogi opiera się na tym kwiecie śliwy. Nie studiujcie jedynie śniegu (w którym stał Eka błagając Bodhidharmę, by uczył go w Shorinji na górze Suzan). Śnieg sam jest oświeconym okiem Tathagaty - oświetla niebo nad waszą głową i ziemię pod waszymi stopami. Nie uczucie się tylko o śniegu Himalajów, gdzie praktykował Siakjamuni, śnieg sam jest Okiem i Skarbem Prawdziwego Prawa Siakjamuniego. Pięć oczu oświecenia umożliwia nam zrozumienie naszych studiów, a tysiąc oczu oświecenia pozwala je wypełnić. Boskie Światło ciała i umysłu czcigodnego Siakjamuniego musi pomóc nam wyjaśnić wszystkie aspekty zjawiskowego świata (shoho jisso). Istoty ludzkie i niebiańskie mają różne poglądy, tak jak zwykli ludzie i święci. Jednakże kiedy ziemia pokryta jest śniegiem, wszystkie różnice znikają.

Śnieg musi przykryć ziemię, a ziemia musi być pełna śniegu. Nie ma śniegu, nie ma ziemi. Kiedy śnieg pokrywa ziemię, jest on oświeconym okiem czcigodnego Siakjamuniego.

Powinniśmy wiedzieć, że kwiaty i ziemia przekraczają życie i śmierć. Skoro przekraczają one życie i śmierć, oświecone oko przekracza życie i śmierć. Jest to zwane najwyższym buddyjskim oświeceniem. Właściwy czas, by to zrozumieć nadchodzi, gdy jasna gałąź śliwy rozkwita w śniegu. Kwiaty i ziemia są poza naszym życiem. ,,Pokryta śniegiem'' oznacza całość, przód i tył. Cały świat jest naszym umysłem, umysłem kwiatu. Dzięki temu cały świat jest kwiatem śliwy, tj. okiem Siakjamuniego.

Wieczna teraźniejszość jest górami i rzekami, i ziemią, wszędzie za każdym razem są one manifestacją (kwiatu Bodhidharmy): ,,Pierwotnie przybyłem tutaj, by wyzwolić wszystkie odczuwające istoty cierpiące w ułudzie, jeden kwiat kwitnie, a pięć liści zaczyna rosnąć. Jest to prawdziwy, naturalny czas''. Dawno temu Buddyjskie Prawo przyszło z Zachodu na Wschód, lecz teraz nastał czas, by zakwitł kwiat śliwy.

Gdy małe gałązki pojawiają się, jest to czas, by urzeczywistnić (oświecenie). Pośród dużych i małych gałęzi są stare i nowe. Powinniśmy badać te gałęzie, pokrywają one wszystko w wiecznej teraźniejszości. Pośród czterech, pięciu, lub sześciu kwiatów istnieją niezliczone kwiaty. Każdy kwiat posiada swoją własną głęboką i rozległą cnotę w swojej długości i szerokości. Jeden kwiat śliwy otwiera wewnętrzny i zewnętrzny kwiat.

Kiedy jeden kwiat śliwy jest na gałęzi, zbędne są wszystkie gałęzie i nasiona. Kiedy gałąź sama się odsłania, jest to wieczna teraźniejszość, ta pojedyncza gałąź jest jednym nieprzerwanym Buddyjskim Prawem, nieustannie przekazywanym.

Dlatego Siakjamuni powiedział: ,,Posiadam Oko i Skarb Prawdziwego Prawa i teraz obdarzam nim Mahakaśjapę'', a Bodhidharma zwrócił się do Eka: ,,Ty posiadłeś mój szpik''. Kiedy taki stan zostaje osiągnięty, cały świat wydaje się pełen klejnotów. ,,Jeden kwiat rozkwita, a wyrasta pięć liści''. Te pięć liści jest kwiatem śliwy. Podobnie siedmiu Buddów, dwudziestu ośmiu Patriarchów, sześciu chińskich Patriarchów i dziewiętnastu następnych Patriarchów w Chinach, to pięć liści otwierających się na pojedynczej gałęzi. Jeśli opanujecie jedną gałąź, możecie opanować pięć liści, a wówczas poznacie prawdziwy przekaz kwiatów śliwy i śniegu. Możemy również zgłębić kwiat gałęzi, osiągnąć wyzwolenie i odkryć, że księżyc i obłoki są tym samym, góry i doliny są różne.

Pewnego razu głupiec rzekł: ,,Pięć liści to pięciu chińskich Patriarchów, którzy pojawili się, gdy rozkwitł kwiat Bodhidharmy''. ,,Pięć liści'' odnosi się do punktu w czasie i wiąże się z przeszłością i przyszłością. Takie rozumowanie nie jest warte naszego czasu. Ten rodzaj rozumowania nie opiera się na prawdziwym wysiłku, nie jest to studiowanie Buddów i Patriarchów całym ciałem. Jest to godne pożałowania. Dlaczego ,,jeden kwiat i pięć liści'' miałyby się ograniczać do pięciu Patriarchów. Czy nie jest konieczne policzyć tych, którzy nastali po Szóstym Patriarsze? Nie jest to nawet dobrą bajką. Nie lgnijcie do takiego rozumienia.

Pewnego razu mój zmarły mistrz podczas mowy w nowym roku powiedział: ,,Przyjmijcie życzenia z okazji nowego roku. Wszystkie rzeczy są stworzone na nowo, pokłońcie się, a wówczas zakwitnie śliwa i nadejdzie wiosna''. Jeżeli spokojnie zastanowimy się nad tym, możemy zobaczyć, że jeśli nawet wszyscy mistrzowie zen przeszłości i teraźniejszości przekroczyli wszystkie przywiązania do tego świata, to jeśli nie przebudzili się do wewnętrznego znaczenia ,,śliwy, która rozkwita i wiosny, co nadchodzi'', nie można powiedzieć że wyjaśnili Drogę. Mój zmarły mistrz sam jest prawdziwym Starożytnym Buddą wśród starożytnych Buddów. Istotą jego noworocznych życzeń jest, że kiedy śliwa kwitnie, cały świat pokryty jest wiosną. Cnota tylko jednego lub dwóch kwiatów śliwy wszędzie przynosi wiosnę. Istnieje również kwestia ,,wszystkich rzeczy stworzonych na nowo''. ,,Wszystkie rzeczy'' nie odnoszą się tylko do przeszłości, teraźniejszości lub przyszłości, lecz także do czasu poza czasem. Każda bez wyjątku chwila, niepoliczalna i nieograniczona, odnawia się. Ta ,,nowość'' wychodzi poza zwyczajną nowość. Oto dlaczego wszyscy mnisi muszą zbadać swoje serca - pozwala to odkryć wszystkie rzeczy, jakimi naprawdę są.

Mój zmarły mistrz, Starożytny Budda Tendo powiedział do zgromadzenia mnichów: ,,Jeśli jesteśmy przebudzeni do jednego słowa oświecenia, ten stan nigdy się nie zmienia. Pączki rozwijają się na wierzbie, a stara gałąź jest pełna kwiatów śliwy''.

Powiada się, że w setkach kalp praktyki końcowy cel to stać się całkowicie przebudzonym, od początku do końca, ku jednemu słowu Buddy. Dla krótkiego okresu praktyki cel jest ten sam. Na wiosnę wierzba wypuszcza nowe pączki, są one ,,nowe'', lecz wciąż są w stanie otworzyć oko oświecenia. Oko oświecenia to właśnie my. Powinniśmy wiedzieć, że oko oświecenia jest w starych pączkach, ich ,,nowość'' jest nowością wszystkich rzeczy. ,,Stara gałąź pełna jest kwiatów śliwy'': kwiaty śliwy przenikają gałęzie, a gałęzie utrzymują kwiat śliwy jakimi są, nic ponadto. Kwiaty i gałąź rosną i razem osiągają spełnienie. Kwiaty i gałęzie są jednym istnieniem i kształtem całego drzewa. Stwierdzenie Siakjamuniego ,,Posiadam Oko i Skarb Prawdziwego Prawa i obdarzam nim Mahakaśjapę'' jest uniesieniem kwiatu, a jego uśmiech jest pełnym uśmiechem kwiatu.

Mój zmarły mistrz, Starożytny Budda powiedział do zgromadzenia: ,,Wierzba jest ozdobiona przepięknym pasem, a drzewo śliwy nosi cudowną bransoletę''. Tutaj ,,bransoleta'' nie jest zrobiona z klejnotów lub nefrytu, lecz jest kwitnącymi kwiatami śliwy.

Otwarcie kwiatów śliwy jest przekazem Drogi - szpik przechodzi od jednego do drugiego.

Pewnego razu król Hashinoku zaprosił świętego człowieka Binzaru, by towarzyszył mu przy posiłku. W tym czasie król zapytał go: ,,Słyszałem, o czcigodny, że widziałeś Buddę. Czy to prawda?'' Binzaru uniósł swoje brwi i rozwarł oczy. Mój zmarły mistrz chwalił Binzaru tą gathą:

,,Uniesieniem swoich brwi, odpowiedział na pytanie;
to, że pewnego razu spotkał i widział Buddę, nie było kłamstwem.
Wiosna znajduje się na koniuszkach gałęzi śliwy
Pokrytej zmarzniętym śniegiem''.

Ta historia zdarzyła się z powodu pytania króla Hashinoku. Spotkać Buddę, to działać jak Budda, działać jak Budda, to unieść brwi. Nawet nie można powiedzieć, że arhat, o ile nie jest prawdziwym świętym spotkał Buddę. Jeśli nie spotkał Buddy, nie może działać jak Budda, nie może ukazać swojego rozumienia przez uniesienie brwi. Powinniśmy wiedzieć, że czcigodny człowiek jest tym, który otrzymuje bezpośredni przekaz Siakjamuniego twarzą w twarz. Osiągnął on cztery stopnie praktyki i oczekuje, że stanie się Buddą przyszłości, spotkał on Buddę, czyż nie? Spotkanie Buddy nie oznacza tylko widzenia, lecz także osiągnięcie jego poziomu. To dlatego król uświadomił sobie, że Binzaru był dobrym nauczycielem. Powinniśmy uważnie studiować wyrażenie ,,spotkać Buddę''. Wiosna nie istnieje tylko w ludzkich istotach lub krainach Buddy, lecz także na koniuszkach śliwy. Jakże możemy być tego pewni? Dlatego, że Binzaru unosząc brwi, ukazał nam stan zmarzniętej, pokrytej śniegiem śliwy.

Mój zmarły mistrz, Starożytny Budda powiedział: ,,Nasza pierwotna twarz nie posiada ani życia ani śmierci, wiosna jest w kwiatach śliwy tak piękna jak namalowany pejzaż''. Kiedy malujemy wiosenny pejzaż powinniśmy nie tylko malować wierzby lub czerwone i zielone śliwy i brzoskwinię, musimy malować całą wiosnę. Jeśli malujemy jedynie te rzeczy, nie jest to prawdziwe malarstwo. Musi to być wyłącznie sama wiosna. I nie było nikogo w Indiach ani w Chinach, kto potrafił malować wiosnę jak mój zmarły mistrz. Jego zręczność była niezwykła. ,,Wiosnę'' odnosiliśmy do tej ,,wiosny'' malowanego pejzażu. Wiosna musi pojawiać się bez wysiłku w malarstwie. Kwitnące śliwy są konieczne dla tego rodzaju malarstwa. Wiosna musi wejść w drzewo. Zręczne środki Nyojo są doprawdy wspaniałe.

Mój zmarły mistrz, Starożytny Budda wyjaśnił Oko i Skarb Prawdziwego Prawa i przekazał go Buddom i Patriarchom i wszystkim ludziom we wszystkich kierunkach poprzez przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Oto dlaczego opanował on całkowicie oświeconą wizję i był całkowicie przebudzony do istoty kwitnącej śliwy.

Zostało to wygłoszone do mnichów 6 listopada 1243 roku w Kippoji, kiedy trzy stopy śniegu pokrywały ziemię.

Jeśli jesteśmy w ułudzie i myślimy, że kwitnąca śliwa nie jest oświeconym okiem Siakjamuniego, powinniśmy zapytać siebie, czy istnieje poza tym jakaś inna wizja. Powinniście wiedzieć, że jeśli poszukujecie oświecenia poza kwiatami śliwy, nie osiągniecie go, nawet jeśli już jest w waszych rękach. Nawet jeśli jest ono przed waszym nosem, nie zobaczycie go. Dzień dzisiejszy nie jest waszym dniem, lecz dniem buddyjskiej Drogi. Właśnie teraz musimy otworzyć oświecone oko kwiatów śliwy i zaprzestać poszukiwania innych rzeczy. Mój zmarły mistrz, Starożytny Budda powiedział: ,,Wyraźnie oświetlone kwiaty śliwy nie zwracają się już więcej do cienia. Czasami pada deszcz i czasami jest pochmurnie, lecz kwitnący kwiat śliwy sam stoi w przeszłości i teraźniejszości. Nie brak mu niczego''.

Deszcz i obłoki są formami i działaniami kwitnącej śliwy. Przedstawiają one miriady zmieniających się form kwiatów śliwy. Kwiat śliwy kształtuje przeszłość i teraźniejszość.

Dawno temu mistrz zen Hoen powiedział: ,,Wieje lodowaty północny wiatr i drżą bambusowe drzewa w dolinie. Ziemia jest całkowicie zamarznięta, lecz nie chowa żadnej urazy. Tylko dzikie śliwy w górach są pełne życia; milcząco mówią o zimnych, samotnych dniach zimy''. Znane są nam kwiaty śliwy i dlatego możemy odczuwać zimne, samotne dni grudnia. Moc kwiatów śliwy powoduje lodowaty północny wiatr, opadanie śniegu, przemijanie miesięcy i istnienie bambusowej alei w dolinie.

Starszy Fu z Taigen powiedział ku chwale Drogi oświecenia: ,,Dawno temu nie byłem oświecony, a dźwięk fletu czynił mnie bardzo samotnym. Lecz teraz nie mam czasu na takie bezużyteczne sny, nawet w czasie snu. Pozwalam sobie drżeć na wietrze wraz z kwiatami śliwy''. Starszy Fu pierwotnie był wędrownym głosicielem Dharmy, lecz w końcu osiągnął wielkie oświecenie pod kierunkiem mnicha - kucharza, który mieszkał na górze Kassan. To jest wiosenny wiatr dmący przez kwiaty śliwy.

                    Przekład na język polski: Nyogen Nowak
    Przekład polski został dokonany w Japonii pod kierunkiem Kosena Nishijamy, profesora j.angielskiego i studiów buddyjskich w Collefe of Social Welfare w Sendai, autora pierwszego i całkowitego angielskiego przekładu Shobogenzo. I choć niniejszy tekst jest tłumaczeniem przekładu angielskiego, to w wielu fragmentach różni się od niego. Jest to skutkiem spotkań i konsultacji Kosena Nishiyamy z polskim tłumaczem, podczas których powtórnie sprawdzono japoński oryginał i angielski przekład. Wiele fragmentów zostało zmienionych lub przełożonych na nowo.
    teksty: 

    Listy z Pustki

    ZałącznikWielkość
    Microsoft Office document icon Listy z Pustki.doc47 KB
    Roshi Jakusho Kwong
    Listy z Pustki
    Mowa Dharmy wygłoszona przez Roshiego 10 listopada 2002 roku

    To mowa z książki roshiego Suzukiego Not Always So (Nie zawsze tak). Korzystamy z niej w grupie studiowania tekstów, a ten rozdział nosi tytuł Listy z Pustki (Letters from Emptiness). To jeden z moich ulubionych tytułów. Listy z Pustki? Skąd niby mielibyśmy wziąć listy z pustki? Jak?
    Rozdział rozpoczyna się zdaniem: „Shikantaza to praktyka pustki czy też jej urzeczywistnianie”. Wydaje mi się, że przez lata wyjaśniając znaczenie terminu shikantaza korzystałem z niewłaściwego słownika, a teraz trafiłem na pełniejszy i sprawdziłem słowo shi, o którym sądziłem, że znaczy prawdziwy. Ten drugi słownik mówi, że to znaczy wolny. Znak czy ideogram to pudełko, co oznacza usta, i dwie nogi, osoba. Czyli w zasadzie wolność: usta z dwiema bardzo silnymi nogami. Nogi stoją twardo na ziemi (uderza dłonią w podłogę), nie unoszą się nad nią, ale (znów uderza) twardo stoją. Znaczy to, że człowiek jest wolny.
    Kan tłumaczyłem jako przewód, bo to rzeczywiście oznacza rurę. Ale słowo to wiąże się też z kierowaniem (ang. control), jak w przypadku zarządcy Świątyni Eiheiji, czyli głowy szkoły Zen Soto, którego określa się KanchoGłowa Kierująca (ang. Controlling Head). Nie chodzi jednak o kierowanie w dualistycznym sensie, w jaki zwykliśmy o tym myśleć. To raczej kierowanie wolne od samego siebie, kiedy przejawiasz się w chwili obecnej. Jesteś w rzeczywistości, a nie od niej oddzielony.
    Ta znaczy uderzyć (uderza w podłogę). Za siedzieć. Czyli nie siedzimy po prostu jak kawał mięsa. Shikantaza oznacza też pustka. Manifestujemy pustkę. Wierzcie lub nie – odsłaniamy naszą prawdziwą naturę, a ona jest pusta! Shikantaza to urzeczywistnianie czy też wyrażanie naszej prawdziwej natury, która jest pusta.
    Gdy przyjrzeć się terminowi taza, można dostrzec, że ta, oprócz uderzyć i siedzieć, znaczy też stać się jednym. Małe ja, niczym czapla biała, znika na śniegu. Małe ja znika w dużym ja, w wielkim wszechświecie: Ta-za. Z biegiem lat zdajesz sobie sprawę, że te wszystkie trudne słowa to po prostu kolejne opisy tej samej, dobrze znanej rzeczy. Naszej odwiecznej, nieśmiertelnej twarzy.
    Czytam ten rozdział i myślę, że trochę będę parafrazował, więc to niedokładnie będą słowa Roshiego. Ale mam nadzieję, że uchwycę, co miał na myśli. „Choć dzięki myśleniu możesz jakoś teoretycznie rozumieć pustkę, powinieneś zrozumieć ją przez rzeczywiste doświadczenie”. Żywisz więc jakąś ideę, koncepcję, a potem przeżywasz rzeczywiste doświadczenie, czyli „list z pustki”. To właśnie jest bezpośrednie doświadczenie, które stanowi serce zen.
    „Nie jesteś w stanie w pełni pojąć pustki przy pomocy koncepcji czy idei. Nawet nie przy pomocy uczuć. Dlatego praktykujemy zazen. Jest taki termin shosoku – uczucie, którego doświadczasz, gdy przychodzi do ciebie list z domu. Jesteś gdzieś daleko i ktoś do ciebie pisze. To tak jak kiedy wracam z Polski, jadę w górę Bennett Valley i widzę znak Sonoma Mountain Road (ulica Góry Sonoma) – dodaje mi to niezmiernie otuchy.
    Czujecie, macie jakieś wrażenie pór roku: jesień w północnej Kalifornii, w Nowej Anglii, w Europie. Gdziekolwiek mieszkacie. Czujecie w jakiś sposób dom, ludzi, którzy mieszkają w miasteczku, w mieście, którzy robią zakupy w centrum handlowym bądź na ulicy. Można to jakoś poczuć, wyrobić sobie wrażenie – i to właśnie nazywamy shosoku.
    „Mimo że tak naprawdę nie utrzymujemy żadnej pisanej łączności ze światem pustki (Roshi śmieje się i mówi: „Gdzie ten list?”), znajdujemy wskazówki czy podpowiedzi, co się w tym świecie dzieje. I to jest – można powiedzieć – oświecenie”.
    To jest urzeczywistnienie świata pustki. To nasz list, przesyłka priorytetowa (śmiech). Zupełnie wyjątkowa. Zwłaszcza na początku – potem to już tylko zwykła poczta (śmieje się). Ale na początku – przesyłka priorytetowa.
    W historii zen było wiele przykładów takiej wyjątkowej przesyłki – choćby opowieść o pewnym mnichu czy człowieku, który zobaczył kwitnącą śliwę. Pewnie padał śnieg, ciężki, zimny okres, a ten ktoś, on czy ona, dostrzegł kwitnące śliwy.
    A ktoś inny „usłyszał”. Ten ktoś – on czy ona – szedł ścieżką wysypaną żwirem i przypadkiem kopnął kamień, który uderzył w bambus. Dźwięk bambusa. Dla tej osoby to właśnie był list z pustki. „To jest list z pustki. Poza światem, który możemy opisać, istnieje taki rodzaj świata, którego opisać nie potrafimy”. Więc jedyny świat, jaki znamy, w jakim rośliśmy, którego jesteśmy nauczeni i przez który zostaliśmy uwarunkowani, to świat obiektywny, który możemy zobaczyć, dotknąć, zobiektywizować, nazwać.
    Nie przywiązujemy wagi do świata, którego zobaczyć nie możemy. Nawet za najmniejszą rzeczą leży świat, którego nie jesteśmy w stanie dostrzec ani dotknąć, świat bez nazwy, bez formy, o którym pewnie nawet nie da się rozmawiać, chociaż się staramy. Oto dlaczego tyle napisano o zen, o tradycji, o której nie można nic powiedzieć. Ale spójrzcie na te wszystkie słowa. Przepraszam, że dodaje jeszcze swoje.
    „Mierząc rzeczy możesz dokonać analizy rzeczywistości na poszczególne byty, więc rzeczywistość ta stanie się duża albo mała. Ale gdy tylko dokonamy konceptualizacji, doświadczenie umiera”. Martwe doświadczenie. Nasze życie staje się coraz to bardziej martwe. Nie mamy już życia, ani radości. Ale dzięki praktyce możemy odkryć głęboką radość i pogłębiającą się satysfakcję. To właśnie znaczy nasycić się radością. Wiedzieć, że jest coś, na czym możesz polegać, coś poza tym, czego byliśmy nauczeni, coś, co nas nie zawiedzie.
    „Opróżniamy więc z doświadczenia idee dużego i małego, dobrego i złego, ponieważ pomiary, którymi się posługujemy, odwołują się zwykle do małego ja”. Ja skupione na ja. „Kiedy mówisz dobry lub zły, ty jesteś miarą. Miara nie zawsze jest taka sama. Każdy człowiek przykłada inną. Nie mówię, że nigdy nie jest właściwa, ale że mamy tendencję do posługiwania się miarą skupioną na ja, kiedy analizujemy czy żywimy pogląd na jakiś temat”.
    „Ta samolubna czy może skupiona na sobie część powinna być pusta. Opróżniamy ją praktykując zazen i przyzwyczajając się do przyjmowania rzeczy takimi, jakimi są, bez idei dużego czy małego, dobrego czy złego”. Roshi sprzedaje wodę nad rzeką. Sposób na to, by stać się pustym, to siedzieć zazen. To znaczy sprzedawać wodę nad brzegiem rzeki. Bo wszyscy razem jesteśmy w tej rzece.
    „Artyści czy pisarze, by wyrazić bezpośrednie doświadczenie, mogą malować lub pisać. Jeśli jednak doświadczenie będzie bardzo silne i czyste, mogą poddać się w próbach jego opisu: ‘Ech…’.
    Lubię zajmować się ogródkiem wokół domu” – roshi Suzuki stworzył taki miniaturowy ogród z kamieni i niewielkich roślin otaczający jego dom w Tassajara. Uwielbiał się nim zajmować.
    „Ale kiedy idę nad strumień” – który znajdował się tuż koło jego chatki – „i widzę wspaniałe kamienie i wodę, która wśród nich płynie, rwie – poddaję się. Nigdy nie uda mi się stworzyć ogrodu z kamieni”.
    Wiecie, co zrobił Roshi? Kazał wszystkim uczniom wejść do potoku i układać kamienie w określonym porządku. Nie można było dostrzec różnicy. Nie powiedziałbyś, że roshi Suzuki mówił każdemu – „Przekręć ten tu kamień”. To natura ułożyła kamienie. Pusty umysł.
    Powiedział więc, że zamiast budować czy tworzyć ogród z kamieni, pewnie lepiej będzie oczyścić wąwóz Tassajara Creek z wszelkich śmieci, papierów i połamanych gałęzi. Bo tworzyć efekty naturalne to zbyt trudne (śmiech).
    „W samej naturze jest piękno, które wykracza poza piękno. Gdy dostrzegasz jego część, możesz myśleć: ‘Ten kamień należałoby przełożyć tu, a ten tam. W taki sposób ogród zostałby dokończony’. Ponieważ ograniczasz prawdziwą rzeczywistość posługując się miarą twego małego umysłu, istnieje zły i dobry ogród, a ty chcesz przekładać kamienie. Lecz gdy widzisz rzecz samą w sobie, taką, jaką jest” – to taka, jaką jest to pustka. Widzieć samą rzecz, wykonywać samo działanie to pustka. Bez skupionego na sobie umysłu. Tak, jak jest, shikantaza, rzecz sama w sobie, zazen, które siedzi zazen, dla samego siebie, sama rzecz – to wszystko formy pustki.
    Lecz gdy widzisz rzecz samą w sobie, taką, jaką jest, szerszym umysłem, nie ma potrzeby robić czegokolwiek. Sama ta rzecz to pustka. Ale ponieważ czegoś dokładasz, rujnujesz obecną rzeczywistość. Kiedy unikamy rujnowania rzeczy, opróżniamy je, czynimy je pustymi. Kiedy siedzimy w shikantaza, dźwięki nam nie przeszkadzają, bo nie posługujemy się myślącym umysłem”.
    Wiemy, jak wyłączyć myślący umysł. Czy on w ogóle kiedyś się wyłącza? Bardzo ważne jest wiedzieć, jak go wyłączyć. Po prostu – jeżeli starasz się zatrzymać umysł, nie udaje ci się. Przenosisz punkt skupienia na sposób medytacji, oddech, postawę. Liczysz oddechy.
    Nie możesz zatrzymać umysłu. Posługujesz się nim, ale nie dostarczasz mu rozrywki. Całe życie spędzamy na zabawianiu się (ang. entertaining ourselves). Myślący umysł odbierze ci życie. Zabawianie się to rujnowanie istniejącej rzeczywistości. Nie dostarczamy umysłowi rozrywki, gdy siedzimy. Oznacza to, że nie polegamy na organach zmysłów, na myślącym umyśle, ale po prostu dostajemy, wpuszczamy listy pustki. Po prostu je wpuść, czyli odpuść myślący umysł. A kiedy to robisz, pojawia się list z pustki. Nazywa się to shikantaza, jeśli w ogóle jakoś można to nazwać.
    Dalej Roshi dodaje jeszcze coś na temat pustki. To nie to samo co zaprzeczanie. „Zwykle, kiedy czemuś przeczymy, chcielibyśmy zastąpić to czymś innym”. Jeśli przeczę użyciu tej szklanki, szklanki czworokątnej, może wolę szklankę okrągłą. „Kiedy spierasz się i odrzucasz czyjeś opinie, zmuszasz tę osobę do przyjęcia twoich. Zwykle tak właśnie robimy. Jednak nasza droga jest inna. Gdy sprawiamy, że dodatkowy element, jakim jest idea skupiona na ja, staje się pusty, wówczas oczyszczamy nasze obserwacje. Kiedy widzimy i przyjmujemy rzeczy takimi, jakimi są, nie musimy już zastępować jednej rzeczy inną. O to chodzi, kiedy mówimy o „opróżnianiu” rzeczy. Jeśli to robimy, pozwalając, by były, jakie są, będą spełniały swe zadanie”.
    „Pierwotnie rzeczy są powiązane ze sobą i wszystko stanowi jedność. I jako jedna istota” – jedno ciało, jak cały wszechświat – „będzie się rozwijało”. Nie musisz tego zatrzymywać, nie jesteś przywiązany, to jest bezmierne. „Pierwotnie rzeczy są powiązane ze sobą i wszystkie rzeczy stanowią jedność. I jako jedna istota będą się rozwijały. Żeby to wpuścić, pozwolić na to, rozwinąć się – opróżniamy rzeczy. Przy takim nastawieniu nie żywiąc żadnej idei religii jesteśmy prawdziwą religią”.
    „Jeśli w naszej praktyce brak idei czy rzeczywistości, stanie się ona niczym opium. Oczyścić czy opróżnić nasze doświadczenie, spostrzegać rzeczy takimi, jakimi są, to rozumieć świat pustki i pojmować, czemu Budda pozostawił tak wiele nauk. Zatem w praktyce shikantaza niczego nie szukamy”.
    Trudno to sobie wyobrazić. Dokonujesz wysiłku, a potem ten wysiłek odpuszczasz. Wysil się, odpuść. Wysil się, odpuść. Odpuszczając przyjmujesz, że odpuszczasz cel, który, jak sądzisz, uda ci się uzyskać. I temu musisz pozwolić odejść. Bo kiedy do czegoś zmierzamy, mamy jakieś oczekiwania, więc kiedy coś się nie wydarza, doświadczamy rozczarowania.
    Staramy się coś osiągnąć, by rozwijać ideę ja. Tak właśnie postępujesz, gdy dokonujesz wysiłku. Ale nasz wysiłek polega na tym, by skończyć z działaniami koncentrującymi się wokół ja. W ten oto sposób oczyszczamy doświadczenie”.
    Roshi podaje przykład siebie i swojej żony. „Choćby kiedy czytasz, uczysz się bardzo poważnie, twoja żona albo twój mąż może spytać: ‘Chcesz może filiżankę kawy?’, ‘O nie, za dużo mam pracy. Nie przeszkadzaj mi’. Jeżeli czytasz w ten sposób, myślę, że powinieneś uważać. Bądź gotów powiedzieć: ‘Tak, byłoby cudownie. Proszę cię, zrób mi filiżankę kawy czy herbaty’. Potem przerywasz czytanie i pijesz herbatę. Jak już wypijesz, wracasz do lektury”.
    „W przeciwnym razie twoje nastawienie to: ‘Strasznie jestem teraz zajęty!’. Nie za dobrze, bo tak naprawdę twój umysł nie pracuje w pełni” (śmiech). Myślimy, że pełne działanie to „Odejdź! To nie jest ważna rzecz”. Jednak twój umysł nie pracuje w pełni. Przeważa w którąś stronę. „Część umysłu pracuje ciężko, ale druga nie za bardzo (śmiech). Możesz jednak tracić równowagę, kiedy działasz. Jeśli czytasz, nic się nie stanie, lecz jeżeli tworzysz kaligrafię, a twój umysł nie jest w stanie pustki, praca powie ci: ‘Nie jestem w stanie pustki’. Nie jesteś w stanie pustki, powinieneś więc przerwać”.
    „Jako uczeń zen powinieneś się wstydzić tworzenia takich kaligrafii. Tworzyć kaligrafię to praktykować zazen, więc kiedy nad nią pracujesz i ktoś mówi ‘Napiłbyś się herbaty?’, a ty odpowiadasz ‘Nie, tworzę kaligrafię!”, wówczas i kaligrafia powie ci ‘Nie, nie, nie!’”.
    To ostatni akapit. „Chciałbym, żebyś wiedział, co robisz w ośrodku zen. Czasem dobrze praktykować zazen jako formę ćwiczenia czy treningu. Umacniać praktykę czy też wygładzać oddech i czynić go naturalniejszym. Twoja praktyka może i to obejmować. Ale gdy mówimy shikantaza, nie to mamy na myśli. Kiedy otrzymujemy list ze świata pustki, praktyka shikantaza działa. Dziękuję bardzo”.
    tłumaczył Michał Czernuszczyk
    teksty: 

    Living and dying in zazen

    ZałącznikWielkość
    Microsoft Office document icon LIVING AND DYING IN ZAZEN.doc61 KB

    Zaskanowana mowa Roshieg z Mountain Wind. Mowa wygłoszona 14 maja 2005.
    Po angielsku oczywiście.

    Może ktoś chce przetłumaczyć do Liścia?
    Tylko wstawcie odpowiedź tutaj jak ktoś by się za to zabrał, żeby się nie dublować.

    teksty: 

    Mowa Roshiego - 16 lipca 2004

    ZałącznikWielkość
    Microsoft Office document icon Mowa RoshiegoTrzcinsko.doc66.5 KB
    Mowa Roshiego - 16 lipca 2004, szósty dzień seshin w Trzcińsku,

    Może powiem coś o seshin, ponieważ zmierza ono ku końcowi. Niektórzy zaczynają już rozmawiać, co podważa to, co zrobiliśmy do tej pory. Niszczy ciszę, którą stworzyliśmy. To jest podobne do tansaku - wszystkie krawędzie są gładkie, ale kiedy spojrzeć na koniec, widać, że jest on niewykończony.
    Tomek: Już go poprawiliśmy
    Rosi: A zatem już nie mogę tak powiedzieć...
    Myślę że ważna jest rzeczywistość, w jakiej coś zaczynamy. Niewielu ludzi kończy to, co zaczęli. To jest bardzo poważna sprawa. Możesz myśleć o swoim życiu i swoich doświadczeniach; o tym co zrobiłeś, i czego nie zrobiłeś. Moją intencją nie jest, żeby ludzie czuli się winni, ale żeby zwrócić uwagę na to jak działamy. Zwłaszcza w praktyce zen niewielu jest ludzi, którzy prowadzą ją do końca. Dlaczego tak jest?
    Zbliżamy się do końca seshin i ten ostatni etap powinien się odbyć w taki sam sposób.
    Jest taka stara opowieść; może niektórzy z was już ją słyszeli. Był trzy kobiety, które dużo biegały. Mary spytała Joan: - co zamierzasz robić w te wakacje? Odpowiedziała jej: - Przebiegnę cały stan Illinois, żeby odwiedzić moją babcię. Wszystkie trzy postanowiły przebiec przez całe Stany Zjednoczone. Biegły po trzydzieści mil dziennie - to niewiele mniej niż maraton. Na początku były pełne entuzjazmu. Najgorzej było pod koniec dnia. Musiały moczyć stopy w kubłach z lodem. Kiedy biegły, dużo rzeczy działo się po drodze.
    Nie były zbyt młode, były po czterdziestce i pięćdziesiątce - więc i dla nas jest nadzieja! Syn Ani Maroszek staje się znany ze swoich graffiti, został nawet zaproszony na festiwal graffiti, zapłacili mu za podróż, hotel, dostał pieniądze i sto puszek farby w spray’u. Ponieważ bardzo interesuje mnie graffiti, powiedziałem mu, że chciałbym dołączyć do jego grupy. A on spojrzał na mnie i powiedział: - Jesteś za stary. I Ania i ja poczuliśmy się okropnie.
    A więc seshin powinno być zwarte aż do samego końca. Nie chcemy, żeby to było pod przymusem, jak w wojsku czy policji - to byłby najgorszy scenariusz. Powinniśmy pilnować siebie sami. Starać się, jak tylko każdy może najlepiej kontynuować ducha seshin. To jest pierwsza rzecz, o której chciałem powiedzieć.
    Druga sprawa: Myślimy o Buddzie, że to było 2569 lat temu. Nikt dokładnie nie wie, kiedy napisano Sutrę Serca. Myślę, że nie stało się to za jego życia. Dopiero kilkaset lat po jego śmierci zaczęto spisywać jego nauki. Ananda, kuzyn Buddy miał fotograficzną pamięć. Starsi, wśród nich Mahakasiapa, o którym wspomniała shiuso, że uśmiechnął się na widok kwiatu, zebrali się i zastanawiali, co zrobić z naukami Buddy. W tamtych czasach pewno nie było papieru, tylko pisało się na liściach? To było dawno temu. Powiedzieli: wiemy kto te nauki Buddy ma. Ananda, ze względu na swą niezwykłą pamięć. Ale ponieważ to spotkanie było tylko dla Buddów i Bodhisattów - tych oświeconych, Ananda nie wiedział, czy może tam przyjść. A sprawa była bardzo pilna. Starsi wiedzieli, że dużo zależy od niego, ale że nie jest on oświecony. Historia ta mówi, że tym miejscu, gdzie się spotkali, były wielkie drzwi, z zamkiem i dziurką od klucza. To nie jest całkiem realistyczna historia, co muszę tu przyznać, żeby nie stracić waszego zaufania. Ananda skurczył się do tak małych rozmiarów, że wszedł do tej sali przez dziurkę od klucza, co było dowodem jego kompetencji. I dlatego każda sutra zaczyna się od słów: „Oto co usłyszałem”. Ponieważ, jak już powiedziałem, historyczny Budda już nie żył, nauki zostały spisane przez kolejnych Buddów, którzy przyszli po nim. Tak jak w śpiewach w czasie posiłków: Dharmakaja, Sambogakaja, Nirmanakaja. To są trzy Kaja - trzy ciała.
    Pierwsze Kaja to pusta istota. Drugie - to nierozerwalnie związana z pierwszą pusta esencja wypełniona poznaniem. Nie chodziło tylko o tę fotograficzną pamięć Anandy, ale o jego czysty urzeczywistniony umysł. To jest połączenie ‘empty +ness’ To tak, jak w Sutrze Serca, Budda mówi nam, że nie ma nic do zobaczenia, nie ma niczego, czego warto by szukać. Chodzi tylko o skierowanie światła w twoją stronę. To jest pusta, czysta przestrzeń. Tak, jak kiedy patrzysz na staw i szukasz wzrokiem złotej rybki, pierwszym, co widzisz, jest czysta przestrzeń. To jest ta najważniejsza część, którą gubimy. Tak jak w muzyce - chwile ciszy tworzą muzykę. Nawet w kaligrafii, czy w zwykłym piśmie przestrzeń p o m i ę d z y znakami tworzy pismo. Przestrzeń w tej sali to ta sala. Mamy więc przestrzeń, patrzymy na nią. Kiedy ludzie jeżdżą nad morze, uwielbiają tam oglądać niebo, ale nie wiedzą, na co patrzą. To nie jest przyroda - to jest twój umysł i właśnie dlatego lubimy na to patrzeć... Ale większość widzi to jako świat obiektywny, nazywa to. A więc mówią: las, pustynia, ognisko. Powinniśmy o tym wiedzieć.
    Kiedy idziemy w góry, na to właśnie patrzymy.
    Mamy więc Dharmakaję, Samboghakję. Nirmanakaja jest niepodzielnością. To jest niepodzielne jak dzień i noc. Nirmanakaja jest ucieleśnieniem nieograniczonego potencjału tego, czym jesteśmy. Bo to jest nieograniczony potencjał.
    To nie zostało napisane przez historyka, ani uczonego. Te sutry zostały napisane przez ludzi oświeconych. Przez Nirmanakaję, przez Samboghakaję, przez Dharmakaję. Tak to działa. I gdyby chcieć wyrazić nieograniczoną naturalną świadomość - tak to by wyglądało. (cisza)
    Chcę powiedzieć jeszcze o czymś, choć niektórzy już o tym słyszeli. Zostałem zaproszony na konferencję w Vancouver w Kanadzie z udziałem jego Świątobliwości Dalajlamy. Byli tam także laureaci pokojowej nagrody Nobla. Tytuł tej części konferencji to „Harmonizowanie edukacji umysłu przez rozwijanie serca”. Dalajlama, dzięki swemu rozumowi, nie mówi o aspekcie religijnym, jeśli nie jest o to proszony, ponieważ aspekt religijny wykluczałby tych, którzy nie są buddystami. Trzymając się więc problemów nauki i edukacji. Powiedział, że nawet jeśli medytuje cztery godziny dziennie to wie, że w ten sposób nie pomoże światu, że nie ma to wpływu na ludzi. Nie sądzicie, że to bardzo ciekawe, że tak powiedział? Ale to dociera do ludzi w inny sposób. To jest zbyt subtelne. Więc Dalajlama mówi o nauce i szkolnictwie i współpracuje przy takich konferencjach.
    Spotkałem w Vancouver człowieka, który zajmuje się ich organizowaniem. Nazywają się Konferencjami Umysłu. Naukowcy rozmawiają z Dalajlamą o medytacji, o umyśle i o tym co się z nim wtedy dzieje. To się zaczęło jeszcze przed Dalajlamą, w latach 60-tych w San Francisco w Szpitalu Langley-Porter. Poproszono różnych ludzi związanych z zen, aby medytowali w małych pomieszczeniach. Byłem wśród tych ludzi. Wsadzili mnie do tej małej klatki, przyczepili mi diody, druty, a ja usnąłem. W tym „pudełku” było zbyt ciepło. Nie byłem więc dobrym przedmiotem badania. A jego Świątobliwość Dalajlama ma teraz najlepszych medytujących. Teraz naukowcy ich badają. Mam nadzieję, że neurolodzy wkrótce eksperymentalnie udowodnią, że medytacja jest dla człowieka dobra; dlatego trwa już tyle lat. Chodzi o to, że medytacja powoduje zmiany w naszym mózgu. Sprawia, że będziesz czuł mniej lęku, zachłanności i ignorancji. To tak działa, a my jesteśmy przedmiotem tego doświadczenia. Dalajlama jest bardzo znany, więc powoduje, że to będzie się dalej rozwijało. A my, medytując, jesteśmy częścią tego działania.
    Vaclav Havel, były prezydent Czech, był chory i nie mógł przyjechać, ale oto co do nas napisał: „Zbawienie świata nie leży nigdzie indziej, jak tylko w ludzkim sercu. To jest zbawienie świata. Bez światowej rewolucji w ludzkiej świadomości, nic się na świecie nie zmieni.” To bardzo ważne stwierdzenie. Czy rozumiecie je? Praktyka medytacji to właśnie taka wewnętrzna rewolucja: wtedy widzimy, co się dzieje, jakie są nasze uwarunkowania i likwidujemy te uwarunkowania i na­szą nieświadomość. Wszystkie zamożne państwa starają się tworzyć nieświadome społeczeństwa. Tak długo, jak jesteśmy nieświadomi, będziemy konsumować i konsumować. Będzie MacDonald’s.
    Opowiadano mi, że ktoś przeprowadził taki eksperyment – żywił się wyłącznie hamburgerami, frytkami i colą w MacDonaldzie i już po tygodniu się rozchorował.
    Wracając do Havla - to bardzo wspaniałe, kiedy polityk, prezydent mówi coś takiego. Mam nadzieję, że to zainspiruje również polskiego prezydenta. Na tej konfe­rencji był też arcybiskup Desmond Tutu. On wiele wycierpiał. Był liderem ruchu walczącego z apartheidem w Afryce. Już jako chłopiec lubiłem obserwować ludzi. To jest najlepszy sposób nawiązywanie z nimi kontaktu. Na tej konferencji w Vancouver byli tam psychologowie, biznesmeni, Desmond Tutu, Jego Świą­tobliwość Dalajlama, Maha Gosananda. Różni ludzie z różnych środowisk, różnych miejsc świata.
    Arcybiskup Desmond Tutu ma koło 80 lat i chciałoby się mieć nadzieję, że będzie się kimś takim jak on, gdy się zestarzejemy. Porusza się jak młody mężczyzna. A kiedy się śmiał siedząc przy stole na krześle, jego stopy aż unosiły się w powietrzu. Jest istotą pełną. Powiedział, że Bóg nie jest chrześcijaninem. I bardzo mi się to podobało, bo tak samo jest z Buddą - Budda nie jest buddystą, to jest tak samo. Tacy właśnie ludzie, którzy są w pełni żywi, inspirują nas w życiu i są prawdziwymi przywódcami innych.
    Oto, co powiedział Desmond Tutu o afrykańskiej tradycji: „Człowiek jest człowiekiem poprzez innych. Nie wiedział bym, jak być istotą ludzką, gdybym nie nauczył się tego od innych istot ludzkich. Jesteśmy stwo­rzeni z delikatnej sieci relacji z innymi, z wzajemnej zależności. Istniejemy, aby się na wzajem uzupełniać.”
    To jest bardzo buddyjskie – wzajemna zależność. Bez względu na to, czy nam się to podoba, czy nie – mamy na siebie wpływ. Nie możesz istnieć sam. Wspomniałem już o moim wnuczku. Przyjeżdża mnie odwiedzić co środę. Właśnie nauczył się mówić, więc jak przychodzi, słyszę: - Cześć, dziadku! Ten młody głos ma w sobie tyle życia. Trzeba o tym pamiętać, to takie wzruszające, bo takie czyste. Pewnej środy, gdy przyjechał zrobił tak (Roshi odwraca głowę). Zdziwiło mnie to. Ktoś musiał go tego nauczyć. Istoty ludzkie są jedynymi istotami, które trzeba wszystkiego nauczyć. Owady, zwierzęta, drzewa same dają sobie radę, ale ludzi trzeba wszystkiego nauczyć.
    Kiedyś mój najstarszy syn, Ryokan, ojciec Dylana - miał jakieś 13 lat - jadł ziarna słonecznika i postawił przed sobą kosz na śmieci. Zapytałem: - Ryokan, co ty robisz? A on odpowiedział: - Tak jest wygodniej. Powiedziałem mu, że kosz powinien stać gdzie indziej. Musimy pamiętać, że uczymy się nawzajem. Uczymy innych tego, co w nas najlepsze, przekazujemy innym to, co możemy im dać.
    W Lubiniu miałem ciekawe spotkanie po 10 latach odwiedzania tego klasztoru. Będąc obcokrajowcem, nie wiedziałem, co się tam zdarzy. Nie jestem wprawdzie turystą, ale też nie jestem Polakiem. Pamiętam, że kiedyś, gdy byłem w Korei, zdarzyło się, że pomyślałem, iż znajduje się w podziemnym garażu - bo nie znałem języka - a okazało się, że to nie był garaż, tylko lotnisko! Zdarza się, że gdzieś się wybieram, nie bardzo wiem, gdzie i nagle - jestem w kinie! Coś takiego się dzieje. To bywa przyjemne, bo nasze życie jest tak uporządkowane, że zawsze wiemy, dokąd idziemy i to staje się bardzo nudne. Musimy umyć twarz, spojrzeć w lustro, umyć zęby, zjeść śniadanie, iść do pracy, zjeść lunch - codziennie to samo. I to się w nas zbiera, gromadzi. Spójrzcie, co się dzieje z waszymi rodzicami po czterdziestu, pięćdziesięciu – a jak mamy szczęście - sześćdziesięciu latach takiego uwarunkowania... To im zabiera życie.
    Nie wiedziałem więc, co się wydarzy w Lubiniu. Mnisi zdecydowali, że chcą się ze mną spotkać. Nie wiedziałem gdzie i kiedy. Okazało się, że po obiedzie, kiedy z Mikołajem przenieśliśmy się na drugi koniec stołu, podano słodycze i przyszli mnisi. Był z nimi opat. A więc rozmowa odbyła się przy stole. Bardzo miło mi było ich poznać, bo od dziesięciu lat widywałem te same osoby. Byliśmy wzajemnie bardzo ostrożni i pełni szacunku. W końcu musiałem zadać im to pytanie: „Kiedy się modlicie, skąd wiecie, że się modlicie?” Było tam dziewięciu mnichów, ale żaden z nich nie odpowiedział. Mam nadzieję, że z nami jest inaczej. „Jeśli Bóg do Ciebie mówi, skąd wiesz, że to jest Bóg?”
    Szanuję u Benedyktynów ich poczucie humoru. Humor jest bardzo ważny, bo pozwala się śmiać z siebie samego. Ci mnisi mi powiedzieli, że rzeczywiście potrafią się śmiać z samych siebie. A opat musi mieć dwie cechy: musi być spokojny, wyciszony i musi mieć poczucie humoru. I opat ma poczucie humoru, spokój, wyciszenie. Ale musi też widzieć Boga. Ciekawe, czy w przyszłym roku też mnie zaproszą?
    Pytanie: Roshi, czy powiedziałeś im to?
    Roshi: Jeszcze nie. Poczekam do przyszłego roku.
    Ledwo zacząłem, a już czas kończyć. Jak te wszystkie sprawy połączyć? Może po prostu ja tego nie zrobię, może wy to połączycie...
    Jeszcze słowo o Jacku Kuroniu. Byliśmy bardzo szczęśliwi, że mieliśmy z nim kontakt. Odwiedzanie go budziło pewien lęk, bo on był też bardzo silną osobą i doświadczył wiele cierpienia. Kiedy umieszczaliśmy drogocenną wazę na Cytadeli, zapytałem go czy przyjdzie, ale on był już zbyt chory. Poprosiłem go, aby napisał coś, co byśmy mogli w czasie tej ceremonii przeczytać. Nie pamiętam dokładnie słów, ale sens była taki: „Ludzie o wielkim duchu, wielkie postacie opuszczały nas z tego miejsca” To wszystko, co powiedział. Żadnego gniewu. To jest niezwykłe i mówi coś o człowieku, który tak mówi. Był tym, któremu w więzieniu odmówiono wody pomimo jego kłopotów z nerkami. Tym, komu odmówiono widzenia się z żoną, kiedy była śmiertelnie chora.
    Spotkaliśmy się trzy lata temu. W zeszłym roku go nie widziałem.
    Jurek: Widzieliśmy go w zeszłym roku.
    Roshi: A więc kiedy rozmawialiśmy rok, czy dwa lata temu, uznałem że rozmowa o pustce i formie to nie jest najlepszy temat. Jest – a raczej był – to człowiek bardzo otwarty i pełen zainteresowania. Powiedział wtedy, że trochę się bał przed moi przyjściem, bo myślał, że mogę zadać mu pytania, na które nie będzie umiał odpowiedzieć. Ja powiedziałem, że też się tego bałem. A więc - obaj się baliśmy. To było bardzo miłe. Był mi bliższy niż rodzeni bracia. Rozumieliśmy się w taki właśnie sposób. Zgodziliśmy się obaj, że gdyby nam przyszło wybrać między rolą ofiary i oprawcy, to obaj wybralibyśmy bycie ofiarą - i od razu podaliśmy sobie ręce. To wiele mówi o tym, w co wierzysz i czemu ufasz, jeśli wolisz być ofiarą, niż oprawcą.
    Pamiętacie Ryokana, poetę zen? Był on wielkim mistrzem zen. Ale bawił się z dziećmi. Odbijał z nimi piłkę. Jak dzieci wychodziły ze szkoły, odbijał z nimi piłkę. Wiem, dlaczego on to robił. Bo one mają w sobie życie, ducha. A zawodowi piłkarze nie mają ducha. Oni są profesjonalistami. Dzieci zgłodniały, poszły do domu, a Riokan dalej odbijał piłkę. Bo on naprawdę to lubił. Kompletnie się w tym zatracił.
    Pewnego wieczoru za swoją potrzebą wszedł pole warzyw. Przyłapał go tam rolnik i go pobił. Ryokan nie powiedział mu, że jest mistrzem zen. Potem powiedział: - pobito mnie. I to wszystko. Przyjął to. Ale nie był ofiarą. To jest coś zupełnie innego.
    Jacek Kuroń... Chcę tu opowiedzieć pewną polską historię, którą niektórzy już słyszeli u mnie w czasie lunchu. To jest historia „O dwóch chłopcach, co ukradli księżyc”. Ktoś łapie jednego z nich i wsadza do worka. Jacek jako mały chłopiec oglądał w teatrze tę sztukę i w tym momencie zerwał się z widowni i pobiegł żeby ratować tego chłopca. To, co zrobił w tym momencie, było jedną z najważniejszych rzeczy jakie w życiu zrobił. Bo całe jego późniejsze życie było kontynuacją tego wydarzenia. Mówię o tym, bo to przydarza się także i nam. Oto inny przykład: mała, cztero- albo pięcioletnia dziewczynka mieszkała w domu, gdzie dochodziły dźwięki przejeżdżających pociągów. Tak, jak i my słyszymy pociągi, siedząc tutaj. Powstało w niej wtedy pragnienie, żeby wsiąść do takiego pociągu i pojechać na koniec świata. To piękne pragnienie - pojechać na koniec świata. Oczywiście, była przy niej matka, widziała, jak pakuje ona swą małą walizeczkę i wychodzi. Było już ciemno, a dziewczynka bała się ciemności, więc wkrótce wróciła, ale pragnienie pozostało. Następnego dnia znowu zaczęła pakować walizkę, ale mama powiedziała, ta walizka należy do niej. Dziewczynka zawiązała więc tobołek, i z nim poszła do pociągu, ale nie miała pieniędzy. Ale wciąż miała to pragnienie - nazywamy to wewnętrzną prośbą.
    Dla mnie przyjazd do Polski był bardzo ciekawym wydarzeniem, ponieważ wiedziałem, że powinienem tu być. Kiedy byłem mały, mieszkaliśmy w Palo Alto blisko kina. Będąc dzieckiem widziałem w tym kinie zdjęcia dokumentalne z obozów koncentracyjnych; czułem się bardzo bezradny, nie wiedziałem, co mogę zrobić więc po prostu płakałem. Ale to pozostawiło we mnie głęboki ślad. Dlatego tu jestem i dlatego czuję, że jestem żywy. Chcę przez to powiedzieć, że każdy z nas tutaj w tej sali słyszy dźwięk pociągu, widzi coś, czuje zapach, dotyka czegoś, myśli o czymś. Nie pozwól, aby to odeszło, nie rezygnuj z tego, bo zamienisz się w kamień. A tak się dzieje. Widać to na całym świecie. Ludzie zamieniają się w kamienie, bo nie podążali za tym, co w nich było bardzo głębokie...
    Nie wiem, czy to jest mowa zen. Pani Suzuki była mistrzynią ceremonii herbaty. Mówiłem już o tym. Odbyła się specjalna ceremonia herbaty urządzona dla niej i niektórych uczniów przed jej powrotem do Japonii. Zaproszono mnie tam i siedzieliśmy w seiza. Nie wiedziałem, że to będzie aż tyle bólu, że ceremonia herbaty jest aż tak bolesna. Teraz mam więcej szacunku. Wierciłem się, jak my tutaj w czasie orioki. Ale pani Suzuki była bardzo spokojna, a miała już 75 lat. Kiedy przyszła jej kolej, żeby praktykować ceremonię herbaty, w pokoju było aż tyle energii, że kwiaty na ołtarzu rozkwitły. Ona była całkowicie pozbawiona siebie. Kiedy podnosisz pokrywkę, uchodzi para. To tak, jak kiedy uderzasz w instrument, a twoja ręka jest sztywna, nie ma dźwięku, tylko coś zduszonego, bo w tym jest za dużo napięcia. Kiedy podnosisz tak pokrywkę, to może para też się nie wydobędzie, tylko zostanie w środku...
    Pani Suzuki mówiła potem do tych, którzy praktykują ceremonię herbaty. Większość uczniów robiła z tego przedstawienie. Musimy obserwować naszą praktykę, żeby to nie było przedstawienie. To ma być prawdziwa rzecz. Mówiła do nich o HIV, o raku. Myślałem, że ona będzie mówić o herbacie, ale ona powiedziała: - tym właśnie jest ta ceremonia. Mówi nam, jak żyć, jak umrzeć. Jeśli wiemy jak żyć, to możemy umrzeć. Jak wiemy jak umrzeć, to możemy żyć. To tyle.
    Zamknę tę mowę listem od Ron Dall. Miał raka i przyjechał do Sonomy, żeby z nami praktykować. To duży, silny mężczyzna. Jest przedsiębiorcą. Wprowadził pierwszy w Ameryce podgrzewacz do dłoni. Japońską wersję ze specjalnym płynem w pudełku.
    Krótka ścieżka, którą szedł ze swojego domku w górę do zendo, przypominała mu zbocza Everestu w Nepalu. Jeden krok za drugim, jeden oddech na raz. Wewnętrzne oko skierowane ku celowi. Wstawanie o 4 rano. Nie było to dla niego łatwe, bo w poprzednich dniach miał naświetlanie. Nie ma wątpliwości że głęboki oddech z dna płuc i nerek był najlepszy. W lutym próbował praktykować według naszego rozkładu dnia. A potem w ciągu tygodnia po południu jeździł na naświetlania. Naświetlania są straszne, nie chcielibyście tego przechodzić. Jak idziesz do dentysty i robią zdjęcie to jest tam mała maszyna. Przy naświetlaniach ekran jest ogromny. I musisz się temu poddać. Jeśli jesteś napięty, wymiotujesz. A potem musisz zacząć wszystko od nowa. Ron napisał, że teraz jest wolny od raka. To niesamowite. Ten rak umiejscowił się w jego systemie limfatycznym i w rejonie serca. Więc to uzdrowienie to był cud. Ron pisze, że przeszedł osiem miesięcy chemioterapii i naświetlań, ale pobyt na Sonomie był trudniejszy niż naświetlania. - Niestety – napisał w liście - mój onkolog powiedział mi, że teraz jestem normalny. Niestety. Normalność bowiem to stan, który zagraża życiu. McDonald i tak dalej... To już dotarło do Polski. – „Normalność – pisze dalej Ron - to nowa komplikacja zdrowotna, którą uważam za chorobę zagrażającą życiu. Często prowadzi ona bowiem do zesztywnienia, paraliżu z symptomami takimi jak nadmiar telewizji, fastfoodów, uzależnień, jedzenie w puszkach, przetworzona żywność, plastikowe ubrania i nieustanne kompulsywne zakupy, niekontrolowane plotkowanie, nadużywanie leków i inne nadużycia, ślepa wiara w ekspertów i politykę rządu, niekwestionowana wiara w to, że CNN, MBC, CBS podają prawdę. Proszę, módl się za mnie i za niezliczonych innych, którzy cierpią na tę koszmarną chorobę normalności. Mój telewizor od lat jest odłączony od kabla, jem organiczną żywność, unikam żywności modyfikowanej genetycznie i plastikowych ubrań, regularnie medytuję i całym sercem uczestniczę w przeciwstawianiu się dominacji globalnych korporacji i polityków rodzaju Busha i jego bandy. Po przejściu raka węzłów chłonnych wiem, że dam sobie radę ze wszystkimi zagrożeniami normalności dzięki modlitwom pełnym miłości, uzdrawiającej pomocy przyjaciół i wspaniałemu leczącemu środowisku, które zapewnia nam matka natura i wszystkie niewidzialne siły wyższej świadomości.”

    W czasie mowy tłumaczyła Danusia Golec,
    spisała Ania Mills,
    zredagowała do postaci strawnej w czytaniu Wiesia Grochola.
    teksty: 

    Nie-buddysta zwany Seniką

    Nie-buddysta zwany Seniką
    Mowa Roshiego Kwonga, Ango, Wilga, 11 lipca 2007 roku

    Dzisiejsze nauczanie będzie trudne, takie, które wszyscy powinniśmy starać się więcej niż zrozumieć, ponieważ odnosi się do naszego życia, co obejmuje także naszą śmierć.
    Będę mówił o nie-buddyście, którego Budda spotkał w swoim życiu. Był to Hindus o imieniu Senika. Było to 2500 lat temu. Jest też wielu Seników w tej sali, dokładnie w tej sali, ponieważ macie takie same przekonania jak nie-buddyści. Nie chcę żebyście się czuli winni, ja też mam takie same wyobrażenia, ale te wyobrażenia nie mają nic wspólnego z dharmą. To jest związane z herezją Seniki. Jest o tym mowa w rozdziale, który studiowaliśmy. Początek rozdziału „Soku Shin Ze Butsu” (Właśnie Umysł jest Buddą). Dzisiaj będzie dużo czytania. Mam tutaj Shobogenzo Dogena w tłumaczeniu Normana Waddella i Masao Abe.
    „To, co każdy z Buddów i patriarchów podtrzymywał i na czym się opierał bez wyjątków to „Właśnie Umysł jest Buddą”. Jednak wielu uczniów źle rozumiało lub wcale nie rozumiało tych słów „Umysł tu i teraz jest Buddą”. Sądzili, że po raz pierwszy usłyszano je w Chinach, ale tak naprawdę to zdanie pochodzi z Indii, a nawet z wcześniejszych czasów. W rezultacie, nie rozpoznają swojego błędu jako błędu. Ponieważ nie rozpoznają swojego błędu jako błędu, wielu z nich popada w nie-buddyzm. Gdy ignoranci słyszą słowa „Właśnie Umysł jest Buddą” interpretują je w sposób właściwy zwykłym istotom. Takim, które nigdy nie ustanowiły umysłu bodhi, i które sądzą, że postrzeganie zmysłowe jest buddą. To jest błąd. To się bierze z faktu braku spotkania prawdziwego nauczyciela. Powodem, dla którego mówię, że ludzie ci stają się nie-buddystami jest realna postać nie-buddysty zwanego Seniką żyjącego w Indiach.”
    W mojej książce w wersji angielskiej, chyba na stronie 236, jest określenie podobne do poglądów Seniki. Wasz pogląd jest taki sam, jak na tamtej stronie. Źle się czułem z tym sformułowaniem, zdecydowałem więc, że w następnym wydaniu to zostanie poprawione. (komentarz Jurka: w polskim wydaniu to zostało poprawione).
    Teraz będzie o poglądach Seniki. Brzmią one bardzo dobrze, ale gdy przyjrzymy im się bliżej, to nie jest dharma.
    „Wielka prawda istnieje w naszym ciele i można ją łatwo rozpoznać. Nazywamy to także duchową inteligencją. Rozróżnienie między bólem i przyjemnością, naturalne odczucie zimna i ciepła, rozpoznanie niewygody i rozdrażnienia.”
    Używamy tych rozróżnień na co dzień, ale nie nazywamy ich duchową inteligencją. To nasza Prawdziwa Natura, Natura Buddy, a nie nasz mózg, który rozpoznaje czy jest ciepło czy zimno, czy kochamy czy nie.
    „Duchowa inteligencja nie jest ograniczona przez niezliczone rzeczy, ani powiązana z okolicznościami. Jest to wielka rzecz bez początku i bez końca. Rzeczy przychodzą i odchodzą, sytuacje pojawiają się i znikają, ale duchowa inteligencja zawsze pozostaje.”
    To jest dosyć bliskie jak na razie do tego, co my mamy na myśli.
    „Ta duchowa inteligencja istnieje wszędzie, przenika wszystkich, zwykłych i świętych bez rozróżnienia. W niej iluzoryczne kwiaty przestrzeni istnieją przez jakiś czas, ale gdy chwilowy wgląd się pojawia, a rzeczy znikają i okoliczności znikają, wówczas duchowa inteligencja, jej oryginalna istota sama w sobie jest łatwo rozpoznawalna, spokojna i wieczna. Nawet, jeśli kształt ciała zostaje zniszczony, to duchowa inteligencja pozostaje nienaruszona. Mówimy, że ciało niszczeje, jednak duchowa inteligencja pozostaje niezniszczona. Ta doskonale czysta i prawdziwie duchowa obecność nazywana jest istotą percepcji i inteligencji. Opisuje się ją także jako Buddę i jest nazywana Oświeceniem.”
    To są poglądy Seniki.
    „Obejmuje zarówno podmiot, jak i przedmiot. Przenika zarówno złudzenie, jak i oświecenie. Pozwólmy więc, by niezliczone rzeczy i wszelkie okoliczności pozostały takie jakie są. Duchowa inteligencja nie współistnieje z okolicznościami i nie jest taka sama jak rzeczy.”
    Tu już jest rozdzielenie.
    „Pozostaje stale poprzez przemijające kalpy. Możemy także nazywać okoliczności, które istnieją w teraźniejszości realnymi, w takim sensie, w jakim pojawiają się one w oparciu o istnienie duchowej inteligencji. Ponieważ są warunkami wyrastającymi z tej pierwotnej przyczyny, to są prawdziwymi rzeczami. Chociaż tak właśnie jest, to nie są one wieczne tak jak duchowa inteligencja, ponieważ istnieją, a potem znikają. Duchowa inteligencja nie jest związana z jasnością i ciemnością, gdyż poznaje w sposób duchowy. Nazywamy ją duchową inteligencją, a także prawdziwym self. Nazywamy ją podstawą przebudzenia, nazywamy ją pierwotną przyczyną i także pierwotną substancją. Ktoś, kto urzeczywistni tę pierwotną naturę wraca do wieczności i nazywany jest wielkim człowiekiem, który powraca do prawdy. Po tym nie błąka się już poprzez cykl narodzin i śmierci. Doświadcza i wkracza do pierwotnego oceanu, gdzie nie ma już przychodzenia i odchodzenia. Nie ma żadnej rzeczywistości innej niż ta, ale dopóki ta istota się nie wyłoni, trzy światy i sześć stanów pojawiają się i rywalizują ze sobą.” (Roshi wyjaśnia: Trzy światy to: wola, forma i brak formy. Sześć stanów, sześć nieszczęść to: piekło, głodne duchy, zwierzęta, gniewne demony, istoty ludzkie i dewy, czyli bogowie.)
    To są poglądy nie-buddysty Seniki.
    Wróćmy do Bendowa, części Shobogenzo Dogena. Dogen po swoim powrocie do Japonii odbywał spotkania. To było w czasach, gdy zen w Japonii nie był jeszcze dobrze ustanowiony, czas reformacji religijnych, bardzo niespokojny, ale także bardzo twórczy. Dogen miał mowę, pytał ludzi i stawiał im wyzwania. Zapisane jest to w tekście Bendowa.
    Pytanie dziesiąte, to jest pytanie Seniki: „Ktoś powiedział: nie zajmuj się narodzinami i śmiercią. Jest sposób, żeby się pozbyć narodzin i śmierci.”
    To w ogóle nie może być dharmą, kiedy starasz się czegoś pozbyć, to brzmi tak, jakby można było się czegoś pozbyć. Próbujesz się czegoś pozbyć, a zwłaszcza narodzin i śmierci, a przecież narodziny i śmierć to życie Buddy samo w sobie. Więc nie staramy się pozbyć narodzin i śmierci. Narodziny i śmierć są same w sobie nirwaną. To prawdziwy praktykujący ujawniający swoje myśli. Tak dzieje się, gdy trzymamy się koncepcji duchowej inteligencji. To bardzo trudno zrozumieć. Czujcie się właśnie tak, że to trudno zrozumieć. Tak samo jest ze mną. Można to czytać i czytać bez końca. Słyszeliście, że są cztery rodzaje koni? Pierwszy – wystarczy, że jeździec podniesie bat, bez uderzenia koń rusza. Drugi – jeździec musi podnieść bat i trącić konia. Trzeci – trzeba konia dwa razy uderzyć, bum, bum. Czwarty – bum, bum, bum, bum… I ja jestem tym czwartym. Czwarty jest najlepszy. Dlaczego? Bo chcecie być pierwszym. Ale w zen każdy koń jest dobry, każdy jest jedyny w sobie. Konie są nieporównywalne. Nie można porównywać dharmy, jest ona nieporównywalna. Jeśli studiujemy dharmę, także musimy być nieporównywalni, wyrafinowani, subtelni, bezpośredni, piękni, brzydcy, prości. To my. To naprawdę my.
    Chociaż ciało się rodzi, to postępuje w nieunikniony sposób do śmierci, ale duchowa inteligencja nie umiera.”
    Czy tak właśnie myślicie? Dlatego, że ta duchowa inteligencja nie została stworzona, nie może być zniszczona? Więc jak ona umiera? To jest pytanie. Buddadharma mówi, że gdy ciało umiera, to umysł, który jest w tej określonej formie, także umiera. To ważne, ponieważ większość ludzi myśli, że dusza uchodzi z ciała i żyje dalej.
    Kiedy uświadomimy sobie, że duchowa inteligencja nie przemieszcza się w cyklu narodzin i śmierci, że istnieje w ciele, wówczas uczynimy to naszą podstawową naturą. Ponieważ ciało jest tylko przejściowe, umiera tu i jest odradzane tam, bez końca, jednak umysł jest niezmienny przez przeszłość, teraźniejszość i przyszłość.”
    To jest tak jak powtarzanie się karmy. Może to być karma rodzinna, osobista, karma twojego kraju czy Europy. Karma została odkryta, czy raczej zaobserwowana przez Buddę. A piękno tego polega, że nie jesteśmy tylko ofiarami karmy. Nawet karma musi powrócić do Wielkiej Rzeczywistości. Wiedza ta oznacza uwolnienie od narodzin i śmierci.
    Urzeczywistniając tę prawdę kończysz ostatecznie cykl przemieszczania, w którym się obracałeś do tej pory. Kiedy twoje ciało umiera, ty wkraczasz do oceanu pierwotnej natury. To jest uniwersalne, wszechogarniające. Kiedy powracasz do źródeł tego oceanu, zostajesz obdarzony wspaniałą cechą Buddów i Patriarchów. Ale nawet jeśli jesteś w stanie to pojąć w swoim obecnym życiu, to ponieważ twoje obecne fizyczne istnienie zawiera w sobie błędną karmę z wcześniejszych żywotów, nie jesteś taki sam jak mędrcy. Ci, którym nie uda się pojąć tej prawdy, skazani są na wieczne obracanie się w cyklu narodzin i śmierci.”
    To jest różne od grzechu. Możemy to przepracować.
    Ten tekst to jest cały czas pytanie kogoś takiego jak Senika, skierowane do Dogena. Brzmi znajomo, prawie jak Dogen. Ale nie to nie jest to, wcale nie to.
    To, co jest konieczne, to poznanie natychmiast i bez zawahania znaczenia duchowej inteligencji. Dogen – pytam Cię – co spodziewasz się osiągnąć, spędzając całe życie na poświęceniu się temu bezcelowemu siedzeniu. Co myślisz o tym stwierdzeniu? Czy jest ono zasadniczo w zgodzie z drogą Buddów i Patriarchów?”
    A teraz odpowiedź Dogena.
    „Właśnie przedstawiłeś poglądy herezji Seniki. To na pewno nie jest Buddadharma. Zgodnie z tą herezją w ciele znajduje się duchowa inteligencja. Gdy pojawiają się okoliczności, ta inteligencja bez trudności rozróżnia: lubię i nie lubię, za i przeciw, ból i podrażnienie, przyjemność i nieprzyjemność. Wszystko to dzięki duchowej inteligencji. Gdy ciało umiera, to duchowa inteligencja oddziela się od ciała i na nowo się odradza w innym miejscu. Pozornie ginie tutaj, ale żyje gdzie indziej, a więc jest niezmienna i niezniszczalna. To są poglądy Seniki. Ale uczenie się tego poglądu i przekazywanie go jako Buddadharmy jest większą głupotą niż pocieranie kawałka złamanej dachówki i przekonanie, że powstanie z niego złoty klejnot. Nic nie może równać się z tym głupim, godnym pożałowania złudzeniem. Hiu Zhong (????) z dynastii Tang przestrzegał przed takimi poglądami. Nie jestże bez sensu podejmować ten fałszywy pogląd, który zakłada, że umysł trwa, a ciało znika, i zrównywać to ze wspaniałą dharmą Buddów? Takie myślenie jest główną przyczyną istnienia cyklu narodzin i śmierci, właśnie dlatego, że myślisz, że jesteś wolny od cyklu narodzin i śmierci”.
    Nie można być uwolnionym od narodzin i śmierci, a takie myślenie tworzy jeszcze więcej narodzin i śmierci.
    Dogen mówi: „Jakie to żałosne. Powinniście wiedzieć, że to jest fałszywe, nie-buddyjskie podejście, i nie powinniście polegać na tym. Chcę przekazać wam prawdziwą naturę rzeczy i współczucie skłania mnie do tego, by starać się was odwieść od tych fałszywych poglądów. Musicie wiedzieć, że Buddadharma podkreśla jako istotę nauczania, że umysł i ciało są jednym i tym samym, że esencja i forma są zawsze jednym, a nie dwoma. Co dzieje się z ciałem, dzieje się też z umysłem. Co dzieje się z umysłem, dzieje się też z ciałem. Jest to rozumiane zarówno w Indiach, jak i Chinach, więc nie może być wątpliwości w tej sprawie. Czy muszę dodawać, że doktryna buddyjska o niezmienności uczy, że wszystkie rzeczy są niezmienne bez rozróżniania między ciałem i umysłem.”
    To jest naprawdę trudno zrozumieć. A kolejne zdanie to druga strona tego nauczania.
    Doktryna buddyjska o zmienności uczy, że wszystkie rzeczy się zmieniają bez rozróżniania między ciałem i umysłem. Mówimy tu o narodzinach i śmierci, i że narodziny i śmierć nie są oddzielone od naszej Prawdziwej Natury. Nie tylko naszej Prawdziwej Natury, ale Prawdziwej Natury Wszystkiego. Gdy patrzymy z punktu widzenia niezmienności, wszystko jest niezmienne. Gdy patrzymy z perspektywy przemijania, wszystko przemija. Nie ma w tej kwestii różnicy między umysłem i ciałem, istotą i formą.”
    To jest trudno zrozumieć. Najpierw mówię „żadnych zmian”, a teraz, że wszystko się zmienia.
    „Gdy patrzymy z perspektywy niezmienności to wszystko jest niezmienne. Gdy patrzymy z perspektywy niszczenia, to wszystko niszczeje.”
    To bardzo trudno zrozumieć…
    Czy to was zaciekawia? Mam nadzieję, że to rodzaj takiego haka, który chwyta wasz umysł. Jeśli uda się przygwoździć umysł, złapać na takiego haka, to zrozumiecie to pewnego dnia.
    Pytanie z sali: Jeżeli wszystko znika, to co zostaje?
    Nie wiem… To dobre pytanie. Pytanie, co pozostaje? Jeśli wszystko znika, wszystko umiera, co pozostaje? Nie potrafię powiedzieć. Ale nie powinniśmy mieć w tej sprawie wątpliwości. Moja odpowiedź to pytanie do wszystkich. Co znika tak naprawdę? O czym my mówimy? O całym wszechświecie, o szklance, o self? Co znika? Jeżeli wszystko znika, co pozostaje? A jeśli wszystko nie ginie, co zostaje? To jest ta ostateczna logika. To bardzo piękne. To obejmuje wszystko. Ale my wątpimy, albo nie możemy tego zrozumieć. Albo próbujemy to lekceważyć. Ale to zawiera wszystko. To bardzo miłe. Nic i wszystko. Jeśli patrzysz na świat z perspektywy nic, to wszystko jest nic. Jeśli patrzymy z perspektywy wielu, to każdy z nas jest obecny.
    Pytanie z sali: Być wolnym z perspektywy jednego?
    Roshi: …widzimy wszystko jako jedno, a jak patrzymy z perspektywy wielu, to wszystko jako liczne. Forma jest pustką, pustka jest formą. Forma jest formą, pustka jest pustką. To jednoczy się w tej niesekwencji, jest razem, łączy się ze sobą. Nie możesz wziąć kawałka nieba. Niebo nawet nie jest tam. Niebo jest tu. Myślimy, że tam. Nie możesz tego kawałka wziąć, ponieważ to zawiera wszystko.
    Wracamy do książki. Czy macie jeszcze cierpliwość? Dla mnie to było bardzo trudne. Przez dwadzieścia, trzydzieści lat się z tym zmagałem. Nie czuj się pokonany, ale poczuj, że to początek czegoś wielkiego. Większość ludzi umrze w inny sposób i to będzie mała śmierć, bez połączenia ze wszechświatem. To będzie śmierć w strachu. To bardzo smutne. Zmarnowane życie. To jak umierasz ma wpływ na innych ludzi. Czy jesteś tam, czy nie. Ludzie właśnie w tej chwili umierają, gwałtownie, spokojnie, w różny sposób. Ważne, aby to zrozumieć.
    Dogen kontynuuje: „Ponad tym musimy w pełni zrozumieć, że narodziny i śmierć są same w sobie nirwaną.”
    Narodziny i śmierć. Nie trzeba tego rozumieć dosłownie. Narodziny to może być coś, co się dzieje w tej chwili, jakiś rodzaj zaciekawienia, coś nowego się rodzi, nowy pomysł, inspiracja, duch, energia. Aby to mogło się wydarzyć potrzebna jest śmierć. Coś musi umrzeć. Jesteśmy wypełnieni, pełni po brzegi. Coś musi umrzeć, aby pojawiła się przestrzeń, żeby coś mogło się wyłonić. To tak, jak opróżnianie kubka. Stara przypowieść zen mówi, żeby coś wlać do kubka, to musimy go opróżnić. My tak samo, musimy być opróżnieni, żebyśmy mogli być napełnieni z powrotem życiem. A więc śmierć jest częścią życia.
    „Buddyzm nigdy nie mówi o nirwanie w oderwaniu od narodzin i śmierci. W rzeczywistości, jeśli ktoś myśli, że umysł w oderwaniu od ciała jest niezmienny, to nie tylko myli to z mądrością Buddy, która jest wolna od narodzin i śmierci, ale sam ten umysł, który dokonuje takich rozróżnień, nie jest niezmienny. Tak naprawdę tworzy wtedy narodziny i śmierć.”
    Beznadziejna sytuacja. Czyż nie?
    „Powinniście się głęboko nad tym zastanowić, głęboko to zbadać. Skoro Buddadharma zawsze utrzymywała tezę o jedności ciała i umysłu, dlaczego więc jeśli ciało rodzi się i umiera, dlaczego też umysł oddzielony od ciała i duszy nie miałby się rodzić i umierać. Jeżeli w jakimś momencie ciało i umysł byłyby jednym, a w innym momencie nie byłyby jednym, to wówczas nauki Buddy byłyby puste i nieprawdziwe”.
    Jak można więc mówić, że były jednym, a teraz są dwoma? To jest Senika.
    „Poza tym, gdy myślimy, że narodziny i śmierć to jest coś, od czego powinniśmy się odwracać, popełniasz wielki błąd, polegający na odrzuceniu samej Buddadharmy. Więc powinniśmy się strzec takiego myślenia. Zrozumcie, że to, co buddyści nazywają buddyjską doktryną natury i umysłu, wielki i uniwersalny aspekt obejmujący wszystkie zjawiska, obejmuje cały wszechświat, bez rozróżniania między istotą i formą, bez skupiania się na narodzinach i śmierci. Nie ma niczego włączając w to oświecenie i nirwanę, co nie byłoby istotą umysłu. Wszystkie dharmy, niezliczone formy, zagęszczone i bliskie są jednym umysłem. Wszystko jest włączone bez wyjątku.”
    To dosyć uspakajające. Nic nie zostaje na zewnątrz. Wszystko jest włączone. Na zewnątrz nie zostaje nawet włos ani odrobina kurzu.
    „Wszystkie dharmy, które służą jako bramy wejścia na drogę są tym samym jednym umysłem. Więc buddysta, który uczy, że nie ma żadnej różnicy między bramami dharmy, rozumie naturę umysłu. Jeżeli jest jedna dharma, jeden umysł, jak może być jakiekolwiek rozróżnienie narodzin, śmierci i nirwany? Wszyscy jesteśmy pierwotnie dziećmi Buddy. Nie powinniśmy słuchać szaleńców, którzy propagują nie-buddyjskie poglądy.” (śmiech) Dobry Dogen.
    Uczeń: Codziennie czytamy „żaden lęk nie istnieje, całkowicie poza złudnymi myślami, to jest nirwana.” Nie może być rozróżnienia.
    Roshi: Co to znaczy, że codziennie czytamy? Czy to rozumiesz?
    Uczeń: „Całkowicie poza złudnymi myślami, to jest nirwana.” Nie ma narodzin i śmierci.
    Roshi: Nieprawda. Nirwana jest w narodzinach i śmierci. Nie można mówić, że nie ma narodzin i śmierci. Ludzie rodzą się i umierają codziennie. Nasza droga polega na znalezieniu wolności w tych okolicznościach, w tych warunkach, żeby znaleźć nieuwarunkowane w uwarunkowanym. Kiedy skręciłem sobie stopę, przewracałem się, po prostu się przewracałem. Jak starasz się nie upaść, to jeszcze bardziej możesz się uszkodzić. Po prostu trzeba upadać. Kiedy Ryokan, wielki mistrz zen i wielki poeta, przypadkiem na polu warzywnym poszedł za potrzebą, przyszedł wieśniak, który go za to pobił. Ryokan powiedział: Zostałem pobity. I to wszystko. Nic więcej. To jest podejście zen. Ale to nie znaczy, że jakby ktoś chciał zabić, to nie należy nic robić. Myślę, że starałbym się go powstrzymać. Myślę, że bym próbował. Próbujesz?
    Uczeń: Ja nie skończyłem.
    Roshi: Ty nie skończyłeś? Jesteś na początku…
    Uczeń: Jeżeli dobrze zrozumiem odpowiedź Dogena, to tak w ogóle nie ma wielu buddystów, ale gdyby to dobrze zrozumieli, to byłoby ich jeszcze mniej.
    Roshi: (śmiech) To prawda.
    Uczeń: To wygląda beznadziejnie.
    Roshi: Można tak na to spojrzeć, że wygląda beznadziejnie. Kiedy produkujemy masowo rzeczy i je „marketingujemy”, to zabija ducha ludzkiego. Jest takie złudzenie z telefonem komórkowym, że możemy z każdym rozmawiać o każdej porze. Są jednak dobre rzeczy z tym związane i ludzie mogą używać telefonu w dobry sposób. Ale myślę, że każdy wynalazek coś zabiera i jakiegoś gwałtu dokonuje na naszej godności. Tak jak fotografia cyfrowa. Dziś każdy robi zdjęcia, bo jest to łatwe. Ale brakuje określonych umiejętności. Byłem grafikiem użytkowym. Kaligrafowałem i robiłem napisy np. „hamburger”. Do tego trzeba było używać pędzla, wiedzieć, jak zrobić prostą linię, jak obrócić pędzel przy pisaniu „o”, aby wciąż była zachowana ta sama grubość. Teraz już nikt tego nie robi, bo przyklejają gotowe litery. A co się stało z tymi wszystkimi ludźmi, którzy to robili? Nie mają pracy. Tak jest z masową produkcją. Ma uczynić nasze życie łatwiejszym, wygodniejszym. Mamy dzięki niej czuć się bardziej szczęśliwi. Ale to nieprawda. Wystarczy rozejrzeć się po świecie. Mamy wszystko, aby uczynić ludzi szczęśliwymi, ale nie używamy tego. W ogóle tego nie używamy. Bo jesteśmy chciwi. Są trzy zła: jesteśmy chciwi, zachłanni, jesteśmy ignorantami i gniewnymi ludźmi. Seung Sahn, gdy zobaczył zdjęcie prezydenta Busha powiedział: Ten człowiek jest pełen gniewu.
    Na pogrzebie Jacka Kuronia widziałem prezydenta (A. Kwaśniewskiego) i przyglądałem się jemu. To było interesujące. Można wiele powiedzieć o ludziach na podstawie tego, jak siedzą, jak krzyżują nogi, jak wstają, jak kierują ludźmi dookoła. To bardzo smutne. To są nasi liderzy. W dawnych czasach chińscy wojownicy byli bardzo uprzejmi, łagodni. To była oznaka wojownika – łagodny i uprzejmy. Nie silny, nie złośliwy. To był prawdziwy wojownik…

    Tłumaczenie: Danuta Golec
    Spisała: Ania Lichota
    Opracowanie red. Ewa Kochanowska
    teksty: 

    Gwiezdny ogień

    Gwiezdny ogień. (Nie-buddysta zwany Seniką, część 2)
    Mowa Roshiego Kwonga, Ango w Wildze, 12 lipca 2007 roku

    Wczoraj skończyliśmy dyskusję na temat herezji Seniki Przyp. red. Mowa Roshiego ukazała się w Liściu Sangowym w styczniu: list_2008_01. i pojawiło się pytanie Ewy Kochanowskiej. Myślę, że było ono ważne dla wszystkich. Czy pamiętacie pytanie Ewy?
    Odniosę się do tekstu. Przypomnę krótko, że w czasach Buddy, człowiek, który nazywał się Senika głosił, że kiedy ciało umiera, to umysł, który nazywał „duchową inteligencją” opuszcza ciało i udaje się do swojego pierwotnego źródła. Podstawowa doktryna buddyjska mówi, że nie można oddzielać ciała i umysłu. To, co przydarza się ciału, przydarza się też umysłowi. One stanowią jedność. Nie są rozdzielone.
    Jako przykład przypomnę doświadczenie, o którym już rok czy dwa lata temu wspominałem, które japoński naukowiec robił z wodą. Wyniki jego badań nie były rozpowszechniane, ponieważ zagrażają naszej cywilizacji. Jeśliby je przyjąć, to wiele rzeczy trzeba byłoby zmienić. Kiedyś woda nie była traktowana jako przedmiot, jako rzecz. Z powodu ignorancji nie tylko wodę, ale także czas w ten sposób traktujemy. Zamieniliśmy czas w rzecz. Dogen też o tym pisze w „Shobogenzo”. To jest nie tylko filozofia, ale rzeczywistość, prawdziwe znaczenie istnienia. On to nazywa „bycie czasu”. Gubimy siebie, traktując czas jako rzecz, używając czasu, czekając na czas. Czas mija. Tak jakby to był przedmiot. Ale czas to twoje bycie, to „bycie czasu”, z chwili na chwilę, z chwili na chwilę, z chwili na chwilę... W ten sposób czas cię nie opuszcza dlatego, że ty stajesz się czasem. Woda, czas, prawie wszystko. Zostaliśmy wychowani tak, że zamieniamy wszystko w rzeczy. Tak robiliśmy tworząc cywilizację, która jest wygodna dla naszego małego ego, by mogło przetrwać jeszcze tysiące lat. Może jednak nie będzie to możliwe, może właśnie ego nas zabije. Tak się dzieje na całym świecie. Niewiedza doprowadzi do krańca, właśnie poprzez nadużycie i mylne rozumienie.
    Wracamy do pytania. Herezja Seniki mówi, że jest trwałe ja, coś, co żyje wiecznie. Myślę, że również tak wierzymy. Jednak w rozumieniu Buddadharmy, kiedy to ciało znika, ten umysł też znika. Umysł w tej szczególnej formie. Myślałem, jak to może być, że umysł umiera, skoro nie został stworzony? Ale umysł znika w tej szczególnej formie. Potrzebowałem dużo czasu, aby to zrozumieć. Uczę się powoli, co najmniej czterdzieści lat. (śmiech)
    Wróćmy do doświadczenia z wodą. Jeżeli masz dwie szklanki z wodą, do jednej z nich mówisz złe rzeczy, a drugą cenisz i mówisz jej dobre rzeczy, to w tej pierwszej załamuje się struktura wody, a druga woda zaczyna śpiewać muzykę, staje się oczyszczona. Czy pamiętacie film (Roshi przypomina tytuł What the Bleep Do We Know?1) na temat fizyki kwantowej? Występuje tam kapłan zen, który recytuje mantry, śpiewa do wody. W miarę jak śpiewa, po prostu „tylko śpiewa” – to jest bardzo ważne „bycie czasu” – „tylko śpiewa”. Po prostu śpiewa, nie myśli o niczym, nie myśli o czymś, co zrobił, co będzie robił, o tym, co będzie na obiad, kto przyjdzie, nie, „tylko śpiewa”. W ten sposób oczyszcza wodę, nawet jeśli jest to woda w pierwszej szklance. Przykro powiedzieć, ale cała woda jest wodą z tej szklanki. Również ta, którą kupujemy. Nawet ci, którzy sprzedają zdrową żywność, oni także nas oszukują, z powodu swojej niewiedzy. Nie jest możliwe, aby woda była czysta, jeżeli płynie prostymi rurami. Tak jak my – istoty ludzkie – robimy różne rzeczy, ale nie możemy „ubrać się w rurę” i iść prosto. To jest przeciw naturze. Ponieważ traktujemy wodę jak przedmiot to, aby przeprowadzić ją od A do B, budujemy najkrótszą prostą drogę i wtedy mamy taką wodę, jaką mamy.
    No, więc naukowiec zamroził wodę i ją sfotografował. Miała tak piękną strukturę, jak płatek śniegu, czy jak tęcza, niezwykle piękną. Następnym razem nie mówił do wody tylko napisał coś i przykleił na szklance, potem zamroził i znowu kryształy miały taką wspaniałą strukturę. Woda rozumie wszystkie języki świata: polski, chiński, japoński, angielski, etiopski. Niesłychane! Zwykli ludzie nie myślą w ten sposób. Spowodowałoby to dużo problemów, zaburzyło gospodarkę. Tak jak możecie się spodziewać woda reaguje także na muzykę. Na przykład heavy metal może zniszczyć strukturę, a muzyka Beethovena czy Mozarta buduje kryształy wody na nowo. Kiedy zamieniamy wodę w przedmiot, to sami siebie zamieniamy w przedmiot. My jesteśmy z wody. Nasze ciało składa się w około 70 procentach z wody. Jeśli więc coś do ciebie powiem, to już wiesz, co się stanie. To jest takie potężne. To prawda, rozejrzyjcie się wokół. Zobaczycie ludzi, którzy są nadużyci, zanegowani, odrzuceni. Widać to po ich twarzach, ponieważ są wodą w środku. Więc kiedy siedzimy w zazen, kiedy śpiewamy oczyszczamy siebie, wracamy do naszego źródła.
    Wróćmy do pytania Ewy. Przeczytam teraz tylko pół zdania, ponieważ te pół zdania zawiera w sobie też drugą połowę. Tak jak dzień zawiera noc, a noc zawiera dzień. Czy to prawda? Czy to ma sens? Pierwsze zdanie reprezentuje obie części.
    „Trwałość i nietrwałość nie są oddzielnymi atrybutami prawdziwej natury rzeczy, (to znaczy, że są połączone). W perspektywie Buddadharmy, z punktu widzenia nietrwałości wszystko jest nietrwałe.”
    Wracamy do słowa znikanie, a więc wszystko znika. Takie było pytanie. To bardzo ważne żebyśmy to zrozumieli. Dobrze, nawet, jeżeli będzie to tylko intelektualne czy filozoficzne zrozumienie. To jest mały kawałeczek całości.
    Zawsze się zastanawiałem, dlaczego ludzie przychodzą specjalnie na zachód słońca i patrzą. Jest to piękne samo w sobie, ale zawsze się zastanawiałem, dlaczego tak wielu ludzi czeka na ten zachód. Doszedłem do wniosku, że są oni trochę zwariowani, mają chyzia na punkcie uwielbienia dla przyrody. Nie zdawałem sobie sprawy, że jeżeli kogoś tak oceniasz, to takim się stajesz. Jeśli mówisz o kimś, że jest kłamcą, to sam nim jesteś. Tak to działa.
    Powiedziano mi, że tuż przed momentem całkowitego zachodu słońca przez bardzo krótki moment można zobaczyć szczególny odcień zielonego koloru. Tylko przez ułamek sekundy, tylko tyle, ile trwa pstryknięcie palcami. Czy ktoś to widział? Może osoby z Gdańska? Gae Aulenti, włoska architekt, która zaprojektowała wnętrze słynnego Muzeum D`Orsay w Paryżu, projektując Muzeum Sztuki Azjatyckiej w San Francisco wprowadziła tam ten kolor. Jego nazwa brzmi: gwiezdny ogień. Występuje wszędzie w środku, wszędzie, tak że czujesz, że jesteś wewnątrz tego koloru. Ktoś mi powiedział, że właśnie ten kolor pojawia się w momencie zachodu słońca. To jest zjawisko. Jesteśmy tam, czekamy na zachód słońca, czekamy na to zjawisko, i w jednej chwili (Roshi uderza o podłogę) … już go nie ma, i znowu trzeba czekać 24 godziny. Jedna chwila… i znika. Gdy fizycznie na to patrzysz, mówisz, że widzisz zieleń, ale właściwie to mogłoby być doświadczenie urzeczywistnienia. Ponieważ za kolorem zielonym nie ma nic, nic nie istnieje. Gdzie to słońce się podziało? Nic nie istnieje, znika także całe otoczenie, znika wszystko wokół. Nic nie ma. Jakbyś mógł to widzieć? Co widzi? Kto widzi?
    Wracając do zdania moglibyśmy powiedzieć „Z punktu widzenia zniszczenia wszystko ulega zniszczeniu.” To jest właśnie tak.
    Słowo pustka (ang. emptiness) – „siunjata” w sanskrycie, „jata” w „siunjata” i „ness” w „emptiness” znaczy, że nic tam nie ma. A środek tego słowa oznacza, że jesteś przepełniony świadomością. Ponieważ puste nie może rozpoznać pustego, niebo nie może rozpoznać nieba. Dlatego mówią empti-ness. To jest bardzo ważne. To jest to, co rozpoznaje, co rozpoznaje wszystko. Ponieważ, gdyby nie było tam świadomości rozpoznania, nie moglibyśmy tego rozpoznać, nie moglibyśmy niczego rozpoznać.
    To było dobre pytanie, ono ze mną zostało. Ewo, jak się czujesz z tą odpowiedzią? To trudne. Trudne z powodu naszego uwarunkowanego umysłu, który jest tak wąski i ciasny, że nie widzi wokół. Tak samo, gdy patrzę, co jest za mną, na ołtarzu, muszę się odwrócić, sprawdzić czy on tam dalej jest, kiedy znowu odwrócę się do przodu. Nie mogę go dotknąć. Istniejemy w tego rodzaju rzeczywistości. Ale jednocześnie jest zaufanie i ufność, że kiedy wstaniesz, twoje stopy dotkną ziemi. A kiedy śpisz, tak jak w kołysance, noc troszczy się o ciebie. Gdy masz głęboki sen, to oddajesz się nocy, spoczywasz w ramionach Buddy. Potem się budzisz, masz ufność, przekonanie i wiarę, i dlatego się budzisz. To bardzo dużo. Rzadko jednak myślimy o tym.
    Uczeń pyta czy to pustka rozpoznaje, że umysł i ciało znika.
    Roshi: Umysł umiera. Kiedy ciało umiera, to umysł też umiera. Ciało każdego z nas umrze, to jest wiadomy fakt. Wtedy umysł, który nigdy nie został stworzony, który nie ma początku ani końca, także umiera, w tej szczególnej formie. Umysł znajduje sobie miejsce w tym czasowym mieszkaniu. Słynny mistrz zen Bankei2, którego postać została przysłonięta przez mistrza Hakuina, znany był z tego, że znak koła, który zwykle mistrzowie malują jednym ruchem, malował dwoma ruchami, najpierw jedną połowę, potem drugą. (śmiech) Bankei napisał wiersz: „Nienarodzony, (Bankei zaczął używać słowa ‘nienarodzony’, które jest bardzo piękne) nienarodzony umysł znajduje swoje czasowe schronienie w czterech pierwiastkach.” Umysł umiera. Kiedy ciało znika, to umysł znika. To również oznacza, że mamy tylko jedną szansę, jedną szansę. Nikt nie wie, jak długo będzie żył, nawet ty. Czy to sprawia, że czujecie jakąś presję? Mam nadzieję! (śmiech) I wzbudza determinację.
    Uczeń pyta czy mimo, że umysł znika w określonej formie, to jednak istnieje zawsze, w jakiejkolwiek formie.
    Roshi: Tylko w tym jednym momencie, gdy pojawia się ten „gwiezdny ogień”, to wszystko umiera. Ponieważ wszystko umiera, wszystko pojawia się, wszystko się rodzi. Moment umierania jest momentem narodzin. Kiedy umiera się w tej formie, to się rodzi w innej. Nie pozostaje martwe. Popatrzcie kim jesteśmy, stół, światło. Nieustannie w ten sposób się dzieje. Zmienia się. Nasze istnienie migocze. Migocze, szybciej niż mogę poruszyć dłonią. Ponieważ migocze tak szybko, wygląda jakby było stałe, jakby było przedmiotem. Narodziny i umieranie, narodziny i umieranie… I to jest wielka wolność. Patrzymy na nasze życie, jak się starzejemy lub jak stajemy się młodsi (śmiech). Nieważne jak to czujesz. Nasze życie migocze, w każdym momencie, w każdej kasanie. Jest wolność. Nie wiem jak buddyści to obliczyli, ale w 24. godzinach jest 6 miliardów 500 milionów chwil, kasan. Wszystko migocze tak szybko.
    Uczeń pyta czy jest coś, co przechodzi po śmierci, czy cokolwiek naszego ma kontynuację.
    Roshi: To jest właśnie herezja. Nic nie przechodzi. Chcielibyśmy, żeby tak było. To jest egocentryczne. Wtedy mamy kontrolę. Ale tak naprawdę nie mamy kontroli. To powoduje, że jesteśmy wrażliwi, nadzy, podatni na zranienia. Nie mamy zbroi. Jesteśmy wojownikami bez zbroi. Czyż to nie wspaniałe, nie potrzebujemy żadnej zbroi.
    To ciekawe, kiedy patrzymy na rzeczy. Istoty ludzkie mają tendencję, żeby kategoryzować wszystko. Ale nie mają pojęcia, co jest źródłem tych wszystkich rzeczy, niezależnie od tego czy są one dobre czy złe. Jak coś jest bardzo dobre, mówimy, że jest dobre. Pamiętacie Seung Sahn mówił: „Dobra rzecz to zła rzecz, zła rzecz to dobra rzecz.” Ponieważ wkrótce dobre rzeczy się kończą, dlatego że tak bardzo je lubimy, i zaraz pojawia się coś złego. Droga środka jest poza dobrem i złem. Jesteśmy złapani przez tę polaryzację dobrego i złego, lepszego i gorszego, niebiańskiego i piekielnego. Ale poza tym rozróżnianiem karma sama w sobie musi powrócić do Wielkiej Rzeczywistości. I to jest naprawdę piękne. Nawet demony pochodzą z Wielkiej Rzeczywistości. Poza złudzeniem jest Budda. I to jest wolność.
    Uczeń: Skoro nic nie przechodzi, to skąd mamy o tym wiedzę, że nic nie przechodzi?
    Roshi: Co historia mówi na to? Gdyby tak nie było, bylibyśmy skończeni. Nie byłoby nas. Potwierdza to także tradycja monastyczna.
    Wracamy do tekstu. Podam jeszcze dwa przykłady z Shobogenzo, z Genjo koan. Stąd właśnie pochodzi nazwa ośrodka na Górze Sonoma – Genjo-ji.
    „Kiedy ktoś znajduje się w łodzi na morzu i patrzy wstecz na linię brzegu, to może mu się wydawać, że brzeg się porusza. Jeśli skieruje swój wzrok w dół i popatrzy na łódkę, to zdaje sobie sprawę, że to łódka się porusza, a nie brzeg. Kiedy człowiek stara się potwierdzić istnienie rzeczy swoim pomieszanym umysłem i ciałem, to popełnia błąd, myśląc, że jego własny umysł, jego własna natura jest trwała i niezmienna.”
    Dogen mówi, że jeśli zwrócisz się do środka siebie, do swojego wnętrza, jeśli zwracasz światło umysłu do źródła, skąd te wszystkie myśli się wyłaniają, jeśli kierujesz swoje świecenie do wewnątrz – to jest to praktyka, która ucina myślenie. Kiedy chcesz myśleć, wtedy myślenie będzie krótkie. Ponieważ ciało i umysł będą spełnione, będziesz widział bardzo wyraźnie. Nie w ten sposób: „czy powinienem zrobić to czy to, i znowu czy to czy to”, i tak w nieskończoność. Jako istoty ludzkie myślimy, ale jest to nadmierne myślenie i powoduje chorobę. Kiedy zwracasz się do swojego wnętrza, kierujesz swoje światło do wewnątrz, wtedy czynisz codzienne czynności bezpośrednio własnymi. Dlatego, że wszystkie rzeczy pozostają bez „ja”. Małe „ja” jest nierzeczywiste. To jest najważniejsze do odkrycia. Kiedyś to rozpoznasz. Po pierwsze musisz się zapytać: jak mogę to rozpoznać? To jest ciało mądrości. Nasza prawdziwa natura je rozpoznaje. Gdyby nie było to prawdą, dharma umarłaby dawno temu. To musi być prawdą. Dlatego, że ta wiedza, doświadczenie i praktyka trwają od 2572 lat.
    To jest piękna część Genjo-koanu. Jest też przypis. Abe Masao (?)3 wyjaśnia: „Jeśli utrzymujesz wzrok na łódce...” Jesteśmy wychowani, żeby zawsze patrzeć na zewnątrz, tutaj jednak patrzysz do środka i dopiero stamtąd na zewnątrz. To jest duża różnica. I kiedy patrzysz do środka to widzisz nic, i wtedy patrzysz na zewnątrz i widzisz jak jest cudownie. To jest system nie-przekonań. Świat cierpienia. Jest cierpienie i jest piękno. Kiedy cierpimy, to cierpimy do cna. Gdzieś zawsze istnieje nadzieja, że nie ma bólu, cierpienia, to nazywamy wolnością. Ale to nieprawda. Będziemy mieć dużo cierpienia, dlatego że jesteśmy ludźmi. Takie jest nasze życie, cierpienie i radość. Dopiero kiedy nauczymy się żeglować naszą łodzią „utrzymując wzrok na łodzi i nie postępując za zewnętrznymi dharmami”, czyli rzeczami na zewnątrz, poza sobą... A my zawsze za nimi postępujemy. Nie musisz stale sprawdzać. Sam to odkryłem. Kiedy wkładasz list do skrzynki (teraz już nikt nie pisze listów, wszyscy korzystają z poczty elektronicznej) nie zaglądaj do skrzynki! Nie sprawdzaj! Wiesz, że go tam włożyłeś! Wiesz to! Więc nie sprawdzaj! Nie ma takiej potrzeby. Mówię na serio. Za każdym razem, kiedy sprawdzasz, to podważasz ducha swojej mądrości i tracisz swoją podstawową tożsamość. Czy to rozumiesz? Seung Sahn mówił: „Nie sprawdzaj, bo to jest umysł sprawdzający, to nie jest zen.” To jest głębokie. Widziałem kogoś w trakcie zazen sprawdzającego czas. A przecież jest doan. On odpowiada za czas. Nie musisz się o tym zajmować.
    Jeszcze jeden przykład z Busho. Busho znaczy Natura Buddy. To jest jeden z najdłuższych tekstów w Shobogenzo.
    „Bardzo wielu uczniów buddyzmu, kiedy słyszą słowa Natura Buddy, mylą to z self, które głosił Senika. Tak jest, ponieważ nie napotkali prawdziwej osoby. Musisz napotkać prawdziwą osobę, czyli siebie samego. Oni nie napotkali swojej prawdziwej natury, nie napotkali prawdziwego nauczyciela. Mylą ruchy wiatru i ognia ich świadomego umysłu z oświeceniem i przebudzeniem Natury Buddy. Świadomy umysł zostaje przebudzony do Natury Buddy. Ale kto powiedział, że Natura Buddy jest uzyskiwana przez przebudzenie?” To jest piękne, ponieważ nigdy byśmy o tym nie pomyśleli.
    Zobaczmy w przypisach, co jest na temat „ruchów wiatru i ognia”. Podobnie jak w Genjo-koanie. To jest dla mnie radosne, ponieważ można zobaczyć związki, połączenia. To wszystko się łączy. A więc osoba na łódce, która widzi jak brzeg się porusza to jest właśnie „ruchy wiatru i ognia”. Jesteśmy schwytani przez zewnętrzny świat, jesteśmy w pułapce zewnętrznego świata, ponieważ nie znamy naszego wewnętrznego świata. Jesteśmy schwytani, uwięzieni przez zewnętrzny świat. Ale jest droga wyjścia.
    Zajmiemy się teraz określeniem Natura Buddy. „Ale kto powiedział, że Natura Buddy ma oświecenie i przebudzenie?” Ludzie mogą mówić, ale ten „gwiezdny ogień” jest taki, jaki jest, i taka jest Natura Buddy. Jeśli zostaniemy z tym, co mówi się o przebudzeniu i oświeceniu, jeśli zatrzymamy się tylko przy tych słowach, to będziemy rozumieli tylko intelektualnie. Zen to Soku Shin Ze Butsu – „Właśnie Umysł jest Buddą”. „Kto to jest, kto nadchodzi?” Jeśli pojawia się w obecności innej osoby. Szósty Patriarcha napisał: „Kto to jest, kto nadchodzi?” Nie można tego zintelektualizować. To praktyka, doświadczenie.
    Mistrz Koń spacerował ze swoim uczniem. Przelatywało stado gęsi. Mistrz Koń zapytał ucznia: „Co to jest?” Uczeń: „Gęsi odleciały.” Mistrz pociągnął go za nos i powiedział: „Jak mogły gdziekolwiek odlecieć?”
    Próbujemy uczyć się studiować prawdziwe przebudzenie, ale musimy pamiętać, że prawdziwe przebudzenie to nie jest praca świadomego, myślącego umysłu. Nie ma nic wspólnego ze świadomością czy percepcją, dlatego że ciebie nie ma, nie ma twojego ja w tym doświadczeniu. Nie jesteś w czasie. Jesteś szarpany przez zewnętrzne dharmy. I te słynne strofy z Genjo-koanu: „Studiować Zen to studiować siebie, studiować siebie to zapomnieć o sobie, a zapomnieć o sobie to być jednym ze wszystkim.” To zapomnienie „ja” nie znaczy, że jesteś roztargniony czy zapominalski, ale że pozostawiasz z tyłu to uwarunkowane „ja”. Tak jak Dogen w świątyni Tendo Njodzio. Podczas nocnego siedzenia mnich obok Dogena zasypiał i wtedy Tendo Njodzio uderzył go klapkiem, i powiedział „Zazen to nie spanie, zazen to odpadanie ciała i umysłu.” Ostatnie zdanie z tych kilku strof, żeby: „być oświeconym przez wszystkie rzeczy”. To takie piękne. Cokolwiek, wszystko... Nic nie zostaje, nawet kawałek kupy. Naprawdę. Ktoś bezdomny, szare niebo, krzywe drzewo, cokolwiek. To miał Dogen na myśli.
    Dogen kładzie nacisk na urzeczywistnienie, kiedy wszystko staje się jednością. To ten moment, ten „gwiezdny ogień”. To nie musi być „gwiezdny ogień”. Ludzie udają się nad ocean, na plażę, jadą w góry, do lasu. Coś ich tam ciągnie, ciągnie do tego powrotu. Coś w środku wie, że nie ma początku ani końca, że jest rozległość. Ta zewnętrzna, uwarunkowana rzecz trzyma się tej ich części, że szukają piękna. Co to znaczy piękno? Skąd pochodzi? Coś promieniuje tym pięknem, coś je emituje. Oni chwytają tylko powierzchnię, wracają do domu, czują się zadowoleni. Nie powinniśmy zostawać na powierzchni, ale sięgać do głębi tej ekspresji. Cała woda, którą niesiemy w sobie, wszystkie te kryształy po prostu świecą, iluminują. To cicha iluminacja.
    Jest taki piękny wiersz Seung Sahn’a. Myślę, że to dzięki niemu przyjechałem do Polski. Jestem jego dłużnikiem, jestem mu bardzo wdzięczny. Współczuł mi, ponieważ mój nauczyciel umarł. Starał się mi pomóc. Kiedy zobaczyłem jego książkę, w której mówił: „Jeśli powiesz to, to cię uderzę, jeśli powiesz tamto, to też cię uderzę.” Myślałem, że nie chcę go spotkać. I ponieważ nie chciałem go spotkać, dlatego właśnie on mnie spotkał. To działa w ten sposób. To, czego najbardziej się boisz, dopadnie ciebie.
    Często nas odwiedzał. Byłem bardzo szczęśliwy. Pierwszy raz spotkaliśmy się w Nowym Yorku. Wtedy jego dzisia dał mi jego wizytówkę, a ja zaprosiłem go do naszego ośrodka. Z Berkeley jest około półtorej godziny drogi na Górę Sonoma. Jadąc do nas, jeszcze w dolinie widział trzy tęcze. Ta dolina nazywa się Doliną Księżycową. My na górze, czekając na niego widzieliśmy dwie tęcze. Nasze spotkanie było bardzo piękne. Kiedy mistrzowie japońscy się spotykają, to intensywnie patrzą sobie w oczy, jak dwa koty. Z Seung Sahn’em było bardzo ciekawie. Popatrzył na mnie, ja na niego, a wtedy on odwrócił głowę. Ale uścisnęliśmy sobie dłonie, i to było bardzo miłe. Potem przyszedł do mojego domu, chciałem mu coś dać, coś bezcennego. Mam taką przeszkloną szafkę, witrynkę mojej mamy, moje muzeum. I zapytałem, czy coś mu się podoba, a on podziękował. Mój najmłodszy syn, Demian, znalazł taki papier pomalowany w tęczę, który leżał na podłodze. Seung Sahn Nim pokazał na podłogę i powiedział, że to może wziąć.
    Pewnego roku było dużo trudności w różnych ośrodkach zen. Tak się dzieje we wspólnotach, źli nauczyciele – dobrzy nauczyciele, źli uczniowie – dobrzy uczniowie. Powiedziałem do Seung Sahn’a: „Zawrzyjmy układ. Ty i ja będziemy iść prosto.” I zaproponowałem, że zamienimy się na rok zegarkami: „Ja ci dam mój, a ty mi swój.” Mój był Seiko, jego Rolex. (śmiech). Po powrocie jego uczniowie pytali: „Co się stało się z zegarkiem, który ci podarowaliśmy?” To był prezent od uczniów, składali się na niego. Powiedział: „Nie jestem przywiązany do mojego ciała, jakbym mógł być przywiązany do zegarka?!” Kiedy przyszedł czas na wymianę, Seung Sahn powiedział, że nie ma mojego Seiko, bo „umarł” (śmiech), i zostawił mi swojego Rolexa. (śmiech)
    Uczył mnie, jak prowadzić dokusan i zaprosił mnie na prowadzone przez siebie rozmowy z uczniami. To jest koreański zen rinzai. Uczył mnie tej formy. Było to w Kalifornii, padał śnieg, piękne zendo w jurcie, a pokój dokusan oddalony był od jurty około 25 metrów. Ludzie musieli wyjść na zewnątrz, żeby się tam dostać szli przez śnieg i błoto. Wtedy prosił mnie lub ucznia, aby przeczytać jego wiersz „Człowiecza Droga”:

    Chmury pojawiają się, chmury znikają.
    Chmury zawsze przychodzą, chmury zawsze odchodzą.
    Taka jest droga człowiecza.
    Kiedy się rodzisz, skąd przychodzisz?
    Kiedy umierasz, dokąd odchodzisz?
    Pierwotnie chmura nie istnieje.
    Jest tylko jedna rzecz, która nie pojawia się i nie znika.
    Jest czysta i jasna, przejrzysta przestrzeń.
    Czymże jest ta czysta, jasna, przejrzysta przestrzeń?

    Jedno zdanie „Pierwotnie chmura nie istnieje.” Buddyzm mówi, że wszystko jest złudzeniem. Wszystko i nic jest złudzeniem. Twoje urzeczywistnienie dokonuje się poprzez te rzeczy i nie-rzeczy, bo za nimi nic nie ma. Dlatego mówią, że wszystko jest złudzeniem. Dopiero potem możesz docenić niebo, słońce, księżyc, gwiazdy i ludzi. „Pierwotnie chmura nie istnieje.” Nie istniejemy. Dopiero wtedy możemy zacząć istnieć, kiedy to urzeczywistnimy. W Buddadharmie już mamy urzeczywistnienie. Jakbyś mógł je rozpoznać, gdybyś go nie miał? Każdy je ma.

    Tłumaczenie (na żywo): Jurek Kuun
    Spisała z taśmy: Ania Lichota

    1) Przyp. red. Polski tytuł w wolnym tłumaczeniu: Co my pip właściwie wiemy? W tym filmie pada wiele fundamentalnych pytań o naturę rzeczywistości, o to kim jesteśmy i czym jest ten świat, i na te wszystkie pytania autorzy próbują odpowiedzieć z punktu widzenia fizyki kwantowej.

    2) Przyp. red. Bankei Yotaku (1622-1693)

    3) Przyp. red. Prawdopodobnie chodzi o Masao Abe (1915-2006) filozofa buddyjskiego, autora i tłumacza książek, m.in. Shobogenzo.
    teksty: 

    Praktykowanie Jedności

    Hoitsu Suzuki Roshi
    Mowa Dharmy wygłoszona w czasie sesshin w Wildze w lipcu 2008.

    Konnichiwa! Dzień dobry!
    To moja pierwsza wizyta w Polsce. Jestem zafascynowany przestronnością krajobrazu waszego kraju, bogactwem przyrody - lasów i roślinności. Kiedy praktykuje się zazen to bardzo ważne, żeby mieć błogosławieństwo natury. Dlatego myślę że wielkie macie szczęście, że ta sala do medytacji otoczona jest piękną przyrodą.
    Przedstawiam naszego tłumacza Hakujin Kuroyanagi, który w Eihei-ji jest odpowiedzialny za kontakty zagraniczne. Przedstawiam też dwóch mnichów: Shojo Yamamoto i Koju Nagami, którzy odbyli długoletni trening w świątyni Eihei-ji i planują powrót do praktyki w swoich rodzinnych stronach. Przedstawiam także moją żonę Chitose Suzuki.
    Praktykowanie zazen to praktykowanie jedności ja - inni. To praktykowanie i odkrywanie, że ty i ja to nie są dwie odrębne istoty. Szczególnie w warunkach sesshin pozostawiamy za sobą wszystkie sprawy i po prostu w każdym momencie, robimy tylko jedną rzecz, tylko tę rzecz, oddając się jej całym sercem. Praktyka prowadzi nas do bardzo spokojnego stanu, kiedy ja i inne istoty stajemy się jednym. Nie oczekujmy od zazen żadnych innych korzyści, czy efektów. Jedyne co może nas spotkać, to uczucie spokoju i radości. To spokojny czas. To jest ostateczne. Dlatego właśnie jesteśmy tutaj i praktykujemy tę jedność. Nie ma niczego, co miało by większą moc. Nie ma niczego, co dawałoby większe szczęście. Do kogokolwiek się modlicie, w cokolwiek wierzycie, praktykowanie zazen jest po prostu szczęśliwością. Bez względu na to, jak bardzo chcielibyście dzięki tej praktyce znaleźć inne, lepsze miejsce, nie ma takiego miejsca. Zazen jest tym miejscem. Najszczęśliwsi jesteście, gdy praktykujecie tutaj zazen. Nie możecie oczekiwać, że kiedykolwiek będziecie szczęśliwsi.
    Bodhidharma był pierwszym patriarchą, który sprowadził zen z Indii do Chin. Eko, który był jego pierwszym uczniem, zwrócił się do niego: "Proszę uspokój mój umysł, proszę uwolnij mój umysł." Bodhidharma odpowiedział: "Pokaż mi swój niespokojny umysł, a uspokoję go." Eko odparł: "Nie jestem w stanie pokazać ci mojego umysłu." Mistrz powiedział: "Teraz twój umysł jest spokojny!"
    Wybrałem tę opowieść, ponieważ możemy nie być w stanie uleczyć naszego umysłu, ani go naprawić, ale możemy praktykować zazen, które jest spokojem umysłu. Nasze codzienne życie, życie każdego z nas, zwykłe życie naszego ludzkiego świata nie zawsze jest spokojne, nie zawsze jest szczęśliwe. Jest jak wiatr, który pojawia się, wieje i przestaje wiać, jak wiatr znad oceanu, który wzbudza ruch fal. Pojawiają się szczęcie, smutek, żal, wiele różnych doświadczeń, wszystko się stale zmienia. Tak długo jak żyjemy, tak długo jak mamy umysł, nie możemy zatrzymać tych nieustannych, niekończących się zmian, tego ciągłego wznoszenia się i opadania. Ale jeśli choć na chwilę usadowimy się, aby praktykować zazen, możemy przez moment doświadczyć spokoju, mimo że nasze codzienne życie wciąż wypełnia się wiatrem i falami. Spokój, który pomimo zdarzeń naszego życia odkrywamy siedząc w zazen, był przekazywany przez buddów, patriarchów i nauczycieli nie poprzez słowa ani studiowanie, ale przez praktykowanie własnym ciałem. To jest sposób urzeczywistnienia drogi Buddy.
    Zazen to praktykowanie jedności siebie i wszystkich innych istot. Chcemy, aby ta praktyka urzeczywistniała się również w naszym codziennym życiu, abyśmy byli jednym ze wszystkimi innymi istnieniami. W jaki konkretny sposób możemy odkryć tę jedność? Poprzez uważność naszego ciała, naszej postawy i naszego oddychania. Oddychanie sprawia wrażenie jakby było "twoim oddychaniem", ale nie jest. Powietrze całego wszechświata wchodzi w twoje ciało i wychodzi, wchodzi i wychodzi. W ten sposób odkrywamy, że inne istoty stają się nami, wchodzą i wychodzą. My stajemy się innymi. Odkrywanie tego i oddychanie z takim rozumieniem to jest zazen. To jest stawanie się jednym z niebem i ziemią.
    Dogen Zenji nauczał o oddychaniu. Mówił, że oddech nie ma być ani długi ani krótki. Opisywał oddech jako wiatr, który przechodzi delikatnie przez nos, nie kontrolujemy jego długości ani głębokości, jedynie oddychamy delikatnie. W efekcie takiego oddychania oddech może stać się dłuższy lub głębszy. Dogen uczył odczuwania subtelnego oddechu przechodzącego przez nos. Nasze życie jest cudowne i drogocenne, wdychamy i wydychamy bez przywiązania, tak jak wszystkie inne istoty, bez myślenia o tym, bez starania się. Dane nam jest, tak jak wszystkim innym istotom - choć nie znamy przyczyny - kontynuować oddychanie. To jest cud. Możemy myśleć i myśleć, i myśleć, ale poprzez myśli nie uda nam się uchwycić tego, czym jest nasze życie. Nie ma innego sposobu jak docenić to, czym jest jeden oddech, jaki jest cudowny i drogocenny. Bądźmy w pełni uważni na oddychanie i praktykujmy je świadomie i serdecznie.
    Będąc w Polsce jestem naprawdę zaskoczony, jak rozległy jest to kraj. Tak daleko, jak sięga mój wzrok wszystko jest Polską. Gdziekolwiek się udaję wszędzie jest Polska. W Krakowie, w Warszawie i tutaj - wszędzie jest Polska. Wczoraj Polska i dzisiaj Polska, jutro być może też. Jedzenie w Polsce jest bardzo smaczne, każdy napój bardzo przyjemny. W Niemczech napoje też są bardzo dobre, ale w Polsce bardziej mi smakują: …napoje gazowane... piwo i … ziemniaki... Dobry zestaw! (śmiech) Wiele osób gościło nas w czasie tego pobytu. Byliśmy przez nich karmieni. Dzisiejszy obiad także był świetny, zwłaszcza smażone warzywa, no, może marchewka była trochę za twarda... (śmiech)
    W końcowej części książki Tenzo kyokun (Instrukcje dla tenzo) Dogen Zenji mówi o trzech umysłach prawdziwego kucharza.
    Pierwszy z nich to Radosny Umysł. Czym można się radować pracując w kuchni? Możliwością przygotowywania jedzenia dla innych, jedzenia, które im smakuje i czyni ich radosnymi. To jest radość kucharza. Dlaczego gotowanie dla innych uszczęśliwia? Wszyscy, którzy praktykują są prawdziwymi skarbami, skarbami całego wszechświata. To wielka radość i skarb móc ich nakarmić. Dlatego przed podaniem jedzenia tenzo oddaje wszystkim pokłon, mówiąc w ten sposób: proszę, jedzcie!
    Na świecie żyją różni ludzie, pracują w różnych zawodach. Są wśród nich tacy, którzy, tak jak wy praktykują zazen, aby oczyścić swoje życie i obrać drogę prawdy. Są też ludzie, którzy gotują, aby ich nakarmić. Niewielu potrafi gotować w ten sposób. To daje wielką radość. Narodziliśmy się na tej ziemi - pośród tylu różnych gwiazd i planet - jako istoty ludzkie. Napotkaliśmy nauki Buddy i ludzi, którzy są jak buddowie. Czy coś może dawać większe szczęście niż podtrzymywanie życia tych ludzi?
    Mam nadzieję, że w Polskich rodzinach jest inaczej niż w Japonii, gdzie coraz mniej osób gotuje w domu. W takich domach nie ma noży, desek do krojenia, patelni, garnków! Jest tylko jedna rzecz - kuchenka mikrofalowa. Nie jest jeszcze tak źle, jeśli ktoś kupuje w supermarkecie gotowe jedzenie i podgrzewa je w kuchence mikrofalowej. Często jedzenia nawet się nie podgrzewa, je się na zimno. Ludzie mówią, że gotowanie jest zbyt kłopotliwe, że nie mają na to czasu. Wybierają łatwiejsze sposoby. Jeśli tak się dzieje w jednym pokoleniu, to jeszcze w porządku. Ale jeśli takie zachowania zostaną przekazane kolejnemu pokoleniu i jeszcze następnemu, to w końcu nadejdzie moment, że nie będzie już ludzkich istot.
    Drugi Umysł, który wymienia Dogen to Rodzicielski Umysł, Umysł Seniora. Kiedy byliśmy dziećmi rodzice gotowali dla nas z oddaniem, dlatego mogliśmy wyrosnąć na istoty ludzkie. Urodziłem się w roku 1939, tuż przed wybuchem II wojny światowej. W czasie wojny było bardzo mało żywności, wszyscy w Japonii doświadczaliśmy jej braku. Któregoś wieczoru moja mama ugotowała skromny posiłek - w jednym garnku ryż i warzywa. Mama uważała, że spożywanie tak skromnego posiłku w ciemnym pomieszczeniu świątyni będzie zbyt przygnębiające, dlatego zaproponowała, abyśmy poszli do ogrodu. Zjedliśmy w ogrodzie w ciepłych promieniach słońca. To było bardzo radosne. Matka była ogromnie troskliwa, zależało jej na tym, aby posiłek stał się radośniejszy. Pamiętam dobrze ten wieczór, czułem się szczęśliwy. Było wtedy mnóstwo biednych ludzi, wielu rodziców nie dojadało, żeby przeznaczyć więcej jedzenia dla swoich dzieci. Teraz jedzenia jest dużo, więcej niż potrzebujemy: fastfoody, mrożonki, gotowe potrawy. To prawdziwe przeciwieństwo tamtych czasów. Żyjąc w bogatym świecie jemy jedzenie o wiele niższej jakości, niedobre, pozbawione umysłu. Kiedy jedzenia było mało, było ono lepsze, było przygotowane z umysłem, z sercem. Tego rodzaju przeciwieństwa zawsze występują w ludzkim świecie. Los Polaków w trakcie wojny musiał być o wiele trudniejszy. Wszyscy przeszliśmy przez to cierpienie i teraz cieszymy się światem wokół nas. Musimy coś zrobić z tymi przeciwnościami, z tym porządkiem rzeczy odwróconym do góry nogami.
    Trzeci umysł wymieniony przez Dogena Zenji to Wielkoduszny Umysł. Wielkoduszny Umysł to ten, który wie, że ja nie jestem odrębny od innych istot, że jestem jednym z niebem i ziemią. Ważne jest, według słów Dogena, aby wykonywać swoją pracę, jeść, wymieniać się z innymi ludźmi przedmiotami i myślami, utrzymując ten Wielki Umysł. Jednakże często uświadamiamy sobie, że nasz umysł staje się bardzo mały, bardzo wąski, myślimy wtedy "to jest dobre", "to jest smaczne", "to nie jest smaczne", "ta osoba jest miła, a tamta nie", "posiadam mniej, niż on", "on ma więcej, niż ja". Dogen Zenji nauczał, aby trzymać się z dala od tego małego umysłu, aby pamiętać, że jesteśmy jak niebo i ziemia. "Utrzymuj zawsze Wielki Umysł" - nauczał Dogen.
    Mam znajomego kapłana. Nie jest on naczelnym kapłanem żadnej świątyni, nie ma rodziny, mieszka w małym mieszkaniu. Czasami wykonuje praktykę żebrania na ulicy i to jest jego praca. Od czasu do czasu odwiedza naszą świątynię. Pewnego dnia poszedł z moją żoną do ogrodu i słuchał jej opowieści o kwiatach: ten kwiat jest niezwykły, ten mniejszy niż inne, ten pachnie i tak dalej... Bardzo podobały mu się te objaśnienia i powiedział: "Każdy z tych kwiatów jest bardzo piękny, każdy ma swoje własne piękno, ale dla mnie każdy kwiat jest kwiatem." Widzieć wszystko jako jedno, widzieć wszystko jako jeden kwiat, rozkwitający kwiat, to wspaniałe. Byłem zachwycony tym sformułowaniem. Sądzę, że to właśnie miał na myśli Dogen Zenji, gdy mówił o Wielkodusznym Umyśle. Bo chociaż istotne jest, aby każdą rzecz widzieć z bliska, aby umieć rozróżniać jedną od drugiej, ale widzieć rzeczy jako jedno, to jest naprawdę ważne - to jest Wielkoduszny Umysł (Daishin). A jeśli chcecie dowiedzieć się więcej o trzech Umysłach, zapytajcie roshiego Kwonga.
    Jest taka słynna opowieść o chińskim mistrzu Zen Tozanie. Kiedyś, gdy pracował zbierając konopie, aby zrobić okesę, przyszedł do niego mnich i zapytał: "Co to jest Budda?". Tozan odpowiedział: "Trzy funty konopi!" To również jest Wielki Umysł (Daishin). Cały czas, uświadamiając to sobie lub nie, oczekujemy czegoś specjalnego, bardzo ważnego, ale nie tutaj, gdzie siedzimy, zawsze gdzieś indziej. Jego odpowiedź brzmiała po prostu "Trzy funty konopi!"
    Jeśli mamy czas to proszę o pytania.
    Czy Roshi ma jakieś szczególnie wspomnienie związane z roshim Shunryu Suzukim?
    Shunryu Suzuki jest moim ojcem, zbyt mi bliskim, abym mógł wyszukać w pamięci coś szczególnego, co mogłoby was zainteresować. Jedno pamiętam dobrze - był osobą bardzo roztrzepaną, tak jak ja. Czasami coś gdzieś zostawiał, na przykład datki na rzecz świątyni i wtedy moja mama robiła mu wyrzuty. Kiedy byłem w pierwszej klasie często zapominałem zabrać czegoś ze sobą do szkoły. Pewnego dnia, już w czasie trwania lekcji, nauczyciel kazał mi iść z powrotem do domu i natychmiast przynieść to, czego zapomniałem. Kiedy dotarłem do domu, spotkałem ojca, który spytał mnie: "Co tu robisz?". Wytłumaczyłem, że nauczyciel kazał mi wrócić po rzecz, której zapomniałem. Ojciec bardzo się zdenerwował. Powiedział, że jeśli zawsze będę tak postępował, to nie wyrosnę na dobrego dorosłego, złapał mnie i wrzucił do stawu. (śmiech) W tym momencie moja matka zawołała do ojca: "Co robisz?". Ojciec, który cię topi i matka, która cię ratuje. Oboje współczujący. Ta strona zimna, ta strona ciepła. Ojciec nie mógł zaakceptować, że jest taki roztrzepany i dlatego nie umiał zaakceptować, że jego syn jest tak samo roztrzepany.
    Jest jeszcze inne wspomnienie. Roshi Shunryu ze swoim synem Hoitsu wspólnie przygotowywali się do ważnej ceremonii. Dla obydwóch był to czas dużego napięcia, wypełniony intensywną pracą. Pewnego dnia, w tym właśnie gorącym okresie, przyszła kobieta i poprosiła, czy mogliby nazajutrz odprawić ceremonię pogrzebową jej babci. Roshi Shunryu zgodził się, zapytał o imię, wiek, zapisał godzinę, o której miała odbyć się ceremonia. Rano Roshi Shunryu i Hoitsu, mimo że poprzedniego dnia obydwaj rozmawiali z kobietą, pojechali do zupełnie innej świątyni. Kapłan tej świątyni zaskoczony ich widokiem, zapytał, co tu robią, skoro zobowiązali się poprowadzić ceremonię pogrzebową. Obydwaj całkowicie o tym zapomnieli. (śmiech)
    Mój ojciec ciężko pracował nad tym, aby sprawić, by jego syn nie był tak roztrzepany, ale ja niestety nie zmieniłem się, i wielu osobom sprawiałem mnóstwo kłopotów. Jest mi z tego powodu bardzo przykro. Nawet w Eihei-ji zapomniałem o dniu, w którym trzeba się ogolić i byłem jedynym nieogolonym mnichem, ale... byłem na czas. (śmiech) Nie martwcie się o mnie, wszystko jest w porządku.
    Czy ma znaczenie, ile czasu dziennie siedzimy zazen?
    Nie za długo. Jedna runda, 30-40 minut. Zbyt długo nie jest dobrze. Myślę, że jest bardzo ważne, aby iść śladami naszych poprzedników. Dogen Zenji opisał wiele różnych zasad: zasady dla kapłanów, praktykujących, zasady dotyczące miejsc praktyki czy zasady pracy w kuchni. Zanim stworzysz swój własny sposób dobrze jest korzystać ze wskazówek przodków. Inaczej możesz popełnić błąd. Wielu profesorów i uczonych, którzy studiowali różne szkoły buddyzmu w Japonii, uważali, że nauczanie Dogena Zenji jest zgodne z naukami Buddy Siakjamuniego. Sam Dogen mówił: "Moja droga pochodzi bezpośrednio od Buddy". Uczeni, którzy badają te szkoły zgadzają się z tym.

    Tłumaczenie na żywo z japońskiego: Hakujin
    Tłumaczenie na żywo z angielskiego: Jurek Kuun
    Spisała z nagrania: Ania Lichota
    Opracowanie redakcyjne: Łucja Ochmańska, Jurek Kuun
    Foto: Jacob, Wilga 2008

    teksty: 

    Prawdziwe serce smutku - Chögyam Trunga Rinpocze

    Chögyam Trunga Rinpocze
    Prawdziwe serce smutku
    Mowa pochodzi z książki Rinpocze pt. „Shambala – The Sacred Path of the Warrior”

    Wyobraź sobie, że siedzisz nagi na ziemi i dotykasz do niej nagim ciałem. Nie masz szalika ani czapki, wystawiasz się więc także na niebo nad tobą. Niebo i ziemia ściskają cię niby w kanapce – nagi mężczyzna czy kobieta, siedzący między niebem a ziemią.
    Ziemia zawsze jest ziemią. Ziemia pozwoli każdemu, by na niej siedział i nigdy nie ustąpi. Nie upuści cię – nie spadniesz z ziemi, by latać gdzieś w przestrzeni. Tak samo niebo jest zawsze niebem, zawsze jest niebem nad tobą. Czy pada śnieg czy deszcz, czy też świeci słońce, czy jest dzień czy noc, niebo jest tam zawsze. Wiemy, że w tym sensie możemy ufać niebu i ziemi.
    Logika podstawowej dobroci jest bardzo podobna. Gdy mówimy o podstawowej dobroci, nie chodzi nam o wierność dobru i odrzucanie zła. Podstawowa dobroć jest dobra, ponieważ jest bezwarunkowa czy fundamentalna. Już tu jest, tak jak niebo i ziemia są już na swoich miejscach. Nie odrzucamy atmosfery. Nie odrzucamy słońca ani księżyca, chmur ani nieba. Przyjmujemy je. Przyjmujemy, że niebo jest niebieskie, przyjmujemy ziemię i morze. Przyjmujemy autostrady i budynki, i miasta. Podstawowa dobroć jest tak podstawowa, tak bezwarunkowa. Nie jest „za” lub „przeciw” poglądom, tak jak słońce nie jest ani „za”, ani „przeciw”.
    Naturalne prawo i porządek tego świata nie są „za” lub „przeciw”. Z zasady nie istnieje nic, co zagrażałoby nam, czy wspierało nasz punkt widzenia. Cztery pory roku pojawiają się niezależnie od czyichś żądań bądź głosowania. Nadzieja i strach nie są w stanie odmienić pór roku. Jest dzień, jest noc. Ciemność pojawia się w nocy, a światło za dnia i nikt nie musi przekręcać wyłącznika. Istnieją naturalne prawo i porządek, pozwalające nam przetrwać, i to jest w podstawowy sposób dobre, dobre przez to, że tak jest, że to działa i że działa skutecznie.
    Często przyjmujemy istnienie tego podstawowego prawa i porządku we wszechświecie za oczywiste, ale lepiej poważnie się nad tym zastanówmy. Powinniśmy docenić to, co mamy. Bez tego bylibyśmy w zupełnych tarapatach. Bez słońca nie istniałaby wegetacja, nie mielibyśmy upraw i nie moglibyśmy nic ugotować. Tak więc podstawowa dobroć jest dobra, ponieważ jest tak podstawowa, tak fundamentalna. Jest naturalna i działa, zatem jest dobra – a nie dzięki temu, że stanowi przeciwieństwo zła.
    Ta sama zasada dotyczy tego, jak funkcjonujemy jako ludzie. Mamy namiętność, agresywność i niewiedzę. Czyli kultywujemy przyjaźnie, a unikamy wrogów, czasem pozostajemy obojętni. Takich zachowań nie uważa się za błąd. Stanowią one część naturalnego wdzięku i wyposażenia istot ludzkich. Jesteśmy wyposażeni w paznokcie i zęby, by bronić się przed atakiem, jesteśmy wyposażeni w usta i genitalia, by wchodzić w kontakt z innymi, mamy też sporo szczęścia, że posiadamy układ trawienny i oddechowy, dzięki którym możemy przetwarzać i wydalać to, co przyjmujemy. Istnienie człowieka to sytuacja naturalna i – podobnie jak prawo i porządek świata – pozwala na skuteczne działanie. To naprawdę jest cudowne, to jest idealne.
    Niektórzy mówią, że ten świat jest wytworem boskiej zasady, ale nauki Shambali nie zajmują się zasadami boskimi. W byciu wojownikiem chodzi o to, by osobiście pracować ze swoją sytuacją, która istnieje teraz, taka, jaką jest. Z punktu widzenia Shambali, kiedy mówimy, że ludzie są dobrzy, mamy na myśli fakt, że mają wszystkie umiejętności, jakich potrzebują, więc nie muszą walczyć ze światem. Nasze istnienie jest dobre, ponieważ nie stanowi podstawowego źródła agresji czy powodu do skarg. Nie możemy skarżyć się, że mamy oczy, uszy, nos i usta. Nie możemy przeorganizować układu fizjologicznego i dlatego nie możemy przeorganizować stanu umysłu. Tym, co mamy, jest podstawowa dobroć – w nią jesteśmy wyposażeni. To naturalna sytuacja, nabyta wraz z przyjściem na świat.
    Powinniśmy czuć, że cudownie jest być na świecie. Jak cudownie widzieć czerwone i żółte, niebieskie i zielone, fioletowe i czarne! Wszystkie te kolory są nam dane. Czujemy gorące i zimne, smakujemy słodkie i kwaśne. Doświadczamy takich wrażeń i zasługujemy na nie. Są dobre.
    Tak więc pierwszy krok ku urzeczywistnieniu podstawowej dobroci to docenienie tego, co mamy. Następnie powinniśmy jednak spojrzeć dalej i przyjrzeć się dokładniej temu, czym jesteśmy, gdzie jesteśmy, kim jesteśmy, kiedy jesteśmy i w jaki sposób jesteśmy ludźmi, byśmy mogli wejść w posiadanie podstawowej dobroci. Nie chodzi dokładnie o posiadanie, ale i tak na to zasługujemy.
    Podstawowa dobroć jest bardzo bliska idei bodhicitty w tradycji buddyjskiej. Bodhi znaczy „przebudzony” lub „w pełni przytomny” [ang. wakeful], natomiast citta to „serce”, zatem bodhicitta to „przebudzone serce”. Takie przebudzone serce płynie z woli, by zobaczyć swój stan umysłu. Może to się wydawać dużym wymogiem, ale ten sposób jest nieunikniony. Musisz zbadać siebie i spytać, ile razy próbowałeś szczerze i naprawdę skontaktować się ze swoim sercem. Ile razy odwracałeś się w obawie, że możesz odkryć coś strasznego na swój temat? Jak często zdarza ci się chcieć spojrzeć na własną twarz w lustrze bez wstydu? Ile razy próbowałeś chronić się czytając gazetę, oglądając telewizję czy po prostu odlatując? To pytanie za sześćdziesiąt cztery tysiące dolarów: na ile w ogóle w całym swoim życiu spotykasz się ze sobą?
    Praktyka medytacji w pozycji siedzącej (…) to środek, który pozwala ponownie odkryć podstawową dobroć. Nawet więcej – to środek, dzięki któremu można przebudzić swoje prawdziwe serce. Kiedy siedzisz w pozycji medytacyjnej, jesteś właśnie dokładnie takimi kobietą czy mężczyzną, jakich opisywaliśmy wcześniej – siedzisz między niebem a ziemią. Jeśli się garbisz, starasz się chować swoje serce, chronić je kuląc się. Jeśli jednak siedzisz w medytacji wyprostowany, ale rozluźniony, twoje serce jest nagie. Cała twoja istota jest odsłonięta – przede wszystkim na ciebie samego, ale i na innych. Przez praktykę siedzenia nieruchomo i podążania za oddechem, który wydostaje się na zewnątrz i rozpływa, łączysz się więc ze swoim sercem. Dzięki temu, że po prostu pozwalasz sobie być – takim, jakim jesteś – rozwijasz prawdziwe współczucie dla innych.
    Gdy w ten sposób budzisz swe serce, ku swojemu zaskoczeniu odkrywasz, że twoje serce jest puste. Odkrywasz, że patrzysz w przestrzeń. Czym jesteś, kim jesteś, gdzie jest twoje serce? Jeśli rzeczywiście spojrzysz, nie znajdziesz niczego namacalnego, ani trwałego. Oczywiście możesz trafić na coś bardzo trwałego, jeżeli żywisz do kogoś urazę czy zakochasz się na zabój. To jednak nie jest przebudzone serce. Kiedy szukasz przebudzonego serca, gdy wkładasz rękę w klatkę piersiową, by tam je znaleźć, widzisz, że nie ma tam nic poza delikatnością. Czujesz się wrażliwy i miękki, a gdy otworzysz oczy na resztę świata, poczujesz przejmujący smutek. Taki rodzaj smutku nie bierze się stąd, że ktoś cię źle potraktował. Czujesz się smutny nie dlatego, że ktoś cię znieważył, a ty czujesz się taki biedny. Takie doświadczenie smutku jest bezwarunkowe. Pojawia się, ponieważ twoje serce jest w pełni odsłonięte. Nie ma skóry, tkanki, które by je osłaniały – jest tylko czyste, surowe mięso. Jeśli usiądzie na nim choćby komar, czujesz się tak poruszony. Twoje doświadczenie jest tak surowe, delikatne i tak bardzo osobiste.
    Prawdziwe serce smutku bierze się z poczucia, że twoje nieistniejące serce jest pełne. Chciałbyś wypuścić z niego krew, oddać serce innym. Doświadczenie smutku i delikatności serca jest dla wojownika tym, co pozwala narodzić się nieustraszoności. Zwykle być nieustraszonym oznacza nie bać się albo oddać temu, który cię uderzył. Nie mówimy jednak o nieustraszoności na poziomie ulicy. Prawdziwa nieustraszoność to owoc delikatności. Płynie z tego, że pozwalasz światu łaskotać twe serce, twoje surowe i piękne serce. Pragniesz otworzyć je, bez oporu i wstydu, i stanąć twarzą w twarz ze światem. Pragniesz dzielić swe serce z innymi.

    tłum. Michał Czernuszczyk
    teksty: 

    Soku Shin Ze Butsu – Właśnie Umysł jest Buddą

    Soku Shin Ze Butsu – Właśnie Umysł jest Buddą
    Mowa Roshiego Kwonga, Ango, Wilga, 10 lipca 2007 roku

    Dzień dobry.

    Chciałbym zacząć od podziękowania Jurkowi za to, że podejmuje tak wielki wysiłek w swojej sytuacji. Ważne, abyśmy zrozumieli to, że wyjeżdża nie oznacza, że go tu nie ma. Czy rozumiecie co mam na myśli? Kiedy Roshi Suzuki odchodzi – zawsze jest tutaj. Musimy myśleć w ten sposób. Nie tylko myśleć, ale czuć to na wskroś. To jest bardzo ważne. To jest przekonanie. I to jest owoc waszej Dharmy. Budda nie żyje. Historyczny Budda nie żyje. Ale Budda jest tutaj. I gdyby to nie była prawda, mnie by tu nie było. To jest bardzo proste.

    Pamiętam, kiedy zaczynałem praktykować, byłem na wsi. Była wielka burza. Wiał wiatr, prawie jak na Islandii, gdzie często wieje bardzo silny wiatr. Powiedziałem wtedy do siebie: nic się nie porusza. Nic się nie porusza. To prawda, że wiatr wieje, ale to pierwszy wgląd, że nic się nie porusza. I wtedy dostrzegasz jak wiatr jest ostry. To jest wielka różnica w postawie. Tak jak sposób, w jaki wchodzisz do zendo, jak wychodzisz z zendo. Jak niesiesz samego siebie do swojego domku. I te wszystkie małe podróże, które wydarzają się zanim dotrzesz do domku. Twoja postawa, twoje nastawienie, twoje zachowanie odzwierciedlają głębię twojego zrozumienia. To wszystko jest połączone i to są ważne rzeczy.

    Może zacznę od miejsca, w którym Jurek zaczął mowę. Myślę, że to ważne, abyśmy przeczytali pierwszy, wstępny paragraf. Pamiętajcie, to zostało napisane w XIII wieku. Dawno temu. Jesteśmy w XXI wieku. Czy jesteśmy bardziej nowocześni? Dziś to ma takie samo zastosowanie, to jest to samo.

    Soku Shin Ze Butsu w moim tłumaczeniu znaczy „Właśnie Umysł jest Buddą”. Po tym dodałbym wers „Umysł jest Umysłem, Budda jest Buddą”. Wracając do tłumaczenia „Soku” znaczy „właśnie”, „Shin” znaczy „Umysł”, „Ze” to „jest” i „Butsu” to oczywiście „Budda”. „Właśnie Umysł jest Buddą” to, jak wiecie, bardzo słynne zdanie. Ale wielu ludzi zinterpretowało tę myśl jako podstawę do wspierania wiary w naturalizm. Mówią: jeśli nasz umysł tu i teraz jest właśnie Buddą, to nasze postępowanie musi być zawsze właściwe. W tym wypadku nie musimy wkładać żadnego wysiłku w zrozumienie i urzeczywistnienie Dharmy. Czy to jest naturalizm?... Nie jestem pewien...

    Pamiętacie jak Dogen napotkał tekst o tym, że mamy naturę Buddy? Jego pytanie, które popchnęło go do wielkich poszukiwań brzmiało: „Jeżeli mamy naturę Buddy, to dlaczego mamy praktykować?”. Ciągle ta sama kwestia. To jest przekonanie, system przekonań. Utrzymuje się on do dzisiaj, bo pewni ludzie właśnie w to wierzą. Jednakże ta interpretacja, jak pisze Dogen, jest poważnym błędem. Zasada, że właśnie umysł jest Buddą, musi być zrozumiana nie z perspektywy intelektu, ale z perspektywy praktyki. Innymi słowy, zasada ta nie oznacza wiary w coś duchowego nazywanego umysłem, ale potwierdza czas „teraz” i miejsce „tutaj” jako rzeczywistość samą w sobie.

    „Tu i teraz” to taki hippisowski termin z lat 60. Bądź tu i teraz. Podobno przy pomocy prochów łatwiej jest być „tu i teraz”. Ale ja nie wiem, do jakiego „tu i teraz” ludzie w ten sposób dochodzili (śmiech). Pejotl, meskalina, halucynogeny. W tamtym czasie Roshi Suzuki został zaproszony na małe spotkanie i ktoś dodał czegoś do ciastek. Roshi postanowił wyjść wcześniej z tego przyjęcia. Następnego dnia wygłosił mowę i powiedział, że nie 360 stopni, a nawet nie 180, ale może najwyżej 10 albo 15 co robią te prochy. Wiecie dlaczego to nie działa? Dlatego, że to jest coś z zewnątrz, co jest przyjmowane do środka. Natomiast, jeśli mówimy o naszej praktyce, jest to podstawowy, całkowicie naturalny, organiczny proces.

    To „tu i teraz”, tu (Roshi uderza kijem) dokładnie tu! Jest pionowe. Absolut. A teraz (Roshi uderza kijem) jest względne. Poziome. Miejsce. Czas, bycie czasem, punkt, kiedy te dwie linie się przecinają. Wtedy coś się wydarza. Dokładne w tym momencie. Tak dokładnie, że nikt nie potrafi przewidzieć, kiedy to się stanie. Więc mówią: „kiedy?”. Możesz powiedzieć, że to wynik długiej praktyki. W tej praktyce poddanie się, podporządkowanie się jest bardzo istotne. Kiedy się poddajesz. Dokładnie tutaj, dokładnie teraz. Czas i miejsce muszą zawsze być absolutne i właściwe, abyśmy mogli nazwać je Prawdą albo Buddą.

    Wróćmy do ostatniej części książki. Pamiętacie z wczoraj ten wers? Nie użyłem słowa „świadomość”, ale „urzeczywistnić”. Kiedy urzeczywistniamy umysł całe niebiosa spadają i cała ziemia rozstępuje się. Tak brzmi tłumaczenie, choć moglibyśmy to ująć w inny, bardziej subtelny sposób, jednak znaczenie pozostanie to samo. Kiedy urzeczywistniamy umysł, całe niebiosa znikają i cała ziemia odpada. To jest urzeczywistnienie prawdy. Genjo Koan jest urzeczywistnieniem prawdy. Wszystko znika. I wtedy nagle, wszystko wraca. Ale teraz to jest troszkę inne, rzeczywistość jest inna. Oświecenie jest tylko etapem wędrówki. To nie jest cała podróż. Czeka was wiele doświadczeń. Musi być wiele różnych doświadczeń, bo wszystko się zmienia. To nie jest koniec. Oświecenie oznacza również doskonalenie twojej pierwotnej mądrości, ponowne odkrycie wrodzonej mądrości i współczucia, jako wyrazu tej mądrości. Współczucia dla innych ludzi, ponieważ ci ludzie to ty sam. Te wszystkie rzeczy, wszystkie inne rzeczy to ty sam.

    Dalej, tak jak wczoraj przeczytał Mikołaj, jest napisane: „ziemia rośnie o trzy cale”. (wywiązała się dyskusja na temat polskiego tłumaczenia, w którym zamiast „cale” przetłumaczone są „łokcie”) Pamiętacie, jak poszliśmy na pchli targ, jak mierzyliśmy skarpetki? Każdy ma inny rozmiar stopy. Musisz owinąć skarpetkę wokół pięści – to jest twój rozmiar!

    W Ameryce słowo „patriarcha” tłumaczy się jako „przodek”, dlatego, że „patriarcha” jest słowem rodzaju męskiego. (do kobiet) Macie szansę!

    „Starożytny przodek powiedział: Czym jest głęboki, czysty i jasny Umysł? To góry rzeki i wielka ziemia. To słońce, księżyc i wszystkie gwiazdy. Wyraźnie rozumiał on, iż Umysł to góry, rzeki i ziemia, słońce, księżyc i gwiazdy. A jednak, jeżeli posuniecie się za daleko w tych słowach, czegoś zabraknie. Jeśli cofniecie się o krok, wyrażać będą zbyt wiele.”

    Z jednej strony jest za mało, niewystarczająco. Kiedy jest za dużo? Czy byliście kiedyś w takiej sytuacji, kiedy jest za mało, i kiedy jest za dużo? Co powoduje, że jest za mało? To my idziemy do przodu, samych siebie popychamy naprzód. A kiedy decydujemy, aby się cofnąć, jest za dużo. Za bardzo wybiegamy naprzód, więc za bardzo się cofamy.

    Umysł. Góry, rzeki i ziemia są niczym innym jak górami, rzekami i ziemią. To jest Sutra Serca. Forma jest formą. Ponieważ ziemia jest ziemią, księżyc jest księżycem, kolejne zdanie jest naturalną kontynuacją. Nie ma nic dodatkowego. Żadnych złudzeń. A może jest mnóstwo złudzeń?! To jest świat Buddy. Zaprasza wszystko. Wszystko przyjmuje. Dlatego, że za złudzeniem jest Budda. To jest w tym wszystkim wspaniałe. Za twoimi złudzeniami, za twoim lękiem. Za tym, co w tobie negatywne i pozytywne, jest Budda. Ale musisz to zbadać. Dotrzeć do tego miejsca. W ten sposób nie ma dodatkowego zamglenia. Nie ma mgły. Umysł jest życiem i umieraniem. Przychodzenie i odchodzenie. Niczym innym niż życiem i umieraniem, przychodzeniem i odchodzeniem. Ciekawe, że to się powtarza. I znowu nie ma dodatkowych złudzeń ani nawet urzeczywistnienia. Nie ma nic poza tym. Nie ma Buddów, nie ma zen. Tylko góry są górami. To wszystko.

    W 1975 ktoś zrobił mi zdjęcie takim specjalnym aparatem w naszym Zendo w stodole. Kiedy dostałem to zdjęcie szybko podpisałem je: „siedząc w złudzeniu”. Nie wiedziałem, dlaczego to napisałem. W tamtym roku miałem raka. „Siedząc w złudzeniu”. Mam taki charakter, że nie chcę mieć nic wspólnego z iluzją. Jestem lepszy, nieskazitelny. Chcę być. Ale przecież zen to wszystko. Złudzenie. Musimy przejrzeć nasze złudzenia na wylot. Bezużytecznym jest stwierdzenie, że nie mamy złudzeń. Lepiej powiedzieć, że dajemy się zwieść iluzji, albo „siedząc w złudzeniu”. To było naprawdę dobre, ale wtedy nie wiedziałem, co piszę. Teraz to rozumiem. Moja ręka to napisała. Nie mój mózg. Bo nasz mózg cenzuruje nasze pragnienia.

    Umysł jako żywopłoty, dachówki, kamienie nie jest niczym innym jak żywopłoty, dachówki, kamienie. Miałem bardzo ciekawe doświadczenie w Japonii z dachówkami. Jak się przyjeżdża do świątyni, szczególnie starej, dachówki są porozrzucane wszędzie na ziemi. Roshi Moriyama zaprosił mnie do pewnej świątyni, bo była inna od wszystkich pozostałych. Była przerobiona ze starego wiejskiego domu. Nie było telefonu, elektryczności, telewizora, dvd, wtedy w ogóle nie było takich rzeczy. Teraz jest ich coraz więcej. Przykro mi z tego powodu. Wam nie. Dobrze jest żyć prosto. Ja ciągle nie mam komórki. Było tam bardzo zimno i przeziębiłem się. Nie byłem przygotowany na taka temperaturę, jestem z Kalifornii. Jak przyjeżdżasz do jakiejś świątyni, to chcesz dobrze wyglądać. Ale wszystko przepadło, leciało mi z nosa. Roshi Moriyama przygotował mi kąpiel, narąbał drewna i wsadził mnie do takiego wielkiego gara. Następnego ranka przygotował mi śniadanie. Nadszedł czas, by wyjechać. Jak każdy gość, który tam przyjeżdża, dostałem magiczny flamaster Made in Japan i on powiedział, abym napisał coś na dachówce i zostawił w świątyni. Natychmiast przypomniał mi się koan o Mistrzu Koniu. Kiedy Mistrz Koń medytował, podszedł do niego nauczyciel i zapytał „dlaczego siedzisz?” On odpowiedział „siedzę, aby stać się Buddą”. Wówczas jego nauczyciel, myślę, że to był Nangaku, podniósł dachówkę i zaczął ją trzeć. Mistrz Koń zapytał: „dlaczego ją trzesz?” Nangaku odpowiedział: „staram się z niej zrobić lustro!” To jest jedna z ulubionych opowieści Roshiego Suzukiego. Pamiętam to, bo pomyślałem o tym zanim chciałem napisać, zanim moja ręka napisała: „dachówka jest dachówką”. W tym momencie stare drzewo, które stało tuż obok się przewaliło TRRRACH!!! Byłem zaskoczony. Co się potem stało? Roshi Moriyama pobiegł do zendo i zaczął bić w han BAM! BAM! Wezwanie i odpowiedź. Wezwanie i odpowiedź. To jest dachówka.

    „Umysł jako żywopłoty, dachówki, kamienie, nie jest niczym innym jak żywopłoty, dachówki, kamienie. Nie ma żadnego dodatkowego błota ani wody. Nic dodanego, nic dodatkowego. Umysł jako cztery żywioły w pięciu warunkach, jest niczym innym niż cztery żywioły w pięciu warunkach.” Nie jest to napisane w tym tekście, ale chodzi o to, że wszystko jest tym, czym jest. „I nie ma żadnego dodatkowego konia ani małpy. Koń oznacza naszą wolę, a małpa umysł małpi. Umysł jako krzesło mistrza zen, albo kij mistrza zen, jest niczym innym niż krzesło i kij. Nie ma żadnego dodatkowego bambusa ani drewna. Ponieważ stan jest właśnie taki, właśnie umysł jest Buddą, jest nieskażony, właśnie umysł jest Buddą. Wszyscy Buddowie są nieskażonymi Buddami. Ponieważ tak jest, to właśnie umysł jest Buddą. Jest Buddą samym w sobie. Kto ustanawia wolę, przechodzi trening, urzeczywistnia Bodhi i doświadcza Nirwany. Jeśli ktoś nigdy nie ustanowił woli, nie wzbudził w sobie umysłu początkującego, nie przeszedł treningu, nie urzeczywistnił Bodhi i nie doświadczył Nirwany, to ten stan nie jest „Właśnie umysł jest Buddą”. Jeśli ustanawiamy umysł i praktykujemy choćby tylko przez jedną część chwili (w oryginale: sana - jest to sanskrycki termin określający 1/65 czasu potrzebnego na pstryknięcie palcami. Bardzo krótki czas, krótki, ale ma swoją głębię. Nie możemy zmierzyć – długi czy krótki. Nasz zwykły umysł chce, żeby to było długo, ale to nie ukazuje się w ten sposób. Więc nie czujemy się z tym dobrze. To podtrzymuje złudzenie. Złudzenie, że to już odeszło. Ale to nigdzie nie poszło. Nie ma dokąd iść. Jak wszystko może pójść gdziekolwiek? Jest wszędzie.

    Tak więc w tej pojedynczej cząsteczce... To przypomina mi historię o kimś, kto dostał nagrodę Nobla z fizyki, nazywał się Steven Chu. Był w stanie przy pomocy lasera gazowego w pomieszczeniu wielkości tego zendo, spowolnić ruch atomów z 4000 km/h do 4 cm/h. Ile to mil na godzinę?... Dużo, prawda?... Nie mogłem się powstrzymać i napisałem do niego. Napisałem, że robię takie doświadczenia od pięćdziesięciu lat. Naszym laserem jest nasza świadomość, Pradżnia. Używamy jej, by zwolnić myśli. Co się dzieje z twórczymi ludźmi? Zatrudnili go w laboratorium atomowym w Berkeley. Jest teraz szefem. Odkąd został zaprzęgnięty w całą tę administrację, koniec z jego kreatywnością. Oto, co się dzieje. Bardzo rzadko odmawiasz, kiedy dają ci taką robotę. Gubernator Kalifornii – Jerry Brown, został potem merem w Oakland. Tam jest wysoka przestępczość, dużo zabójstw. Politycy nigdy tego nie robią, nie schodzą stopień niżej. On to zrobił dlatego, że rozumiał system. Złudny system, w którym żyjemy. Nie pniemy się do góry. Im wyżej się wespniesz, tym mniej masz wolności i twórczości. Więc niektórzy schodzą stopień niżej.

    „W przeciwieństwie – podejmowanie treningu, by stać się Buddą przez długie kalpy nie jest „Właśnie Umysł jest Buddą”.” Kiedy praktykujemy, nie robimy tego, by stać się Buddą. Czy to jasne? To byłby pierwszy, wielki błąd. My praktykujemy dla praktyki. Praktykując dla praktyki stajemy się Buddą. Praktykując, aby stać się Buddą, tak jak Mistrz Koń, nie możemy dotrzeć do tego miejsca.

    Dalej Dogen pisze: „Nigdy nie widziano, nigdy nie poznano, nigdy nie nauczono się, że Właśnie Umysł jest Buddą”. Nie spotkał jeszcze prawdziwego Mistrza ten, kto oświadcza, że „Właśnie Umysł jest Buddą”.”

    Dogen był człowiekiem słowa. Był wielkim poetą. Wydaje mi się, że przeczytał Tripitakę dwa razy. Moglibyśmy być z siebie zadowoleni, gdybyśmy przeczytali choć centymetr przez całe życie. Rozpoczął swój trening w bardzo młodym wieku i jego droga wiodła poprzez słowa. Myślę, że dlatego Shobogenzo jest tak wspaniałe. Przez wiele lat było ukryte, pokryte kurzem i zostało wydobyte dopiero dwieście lat temu. Teraz należy do całego świata. To bardzo ciekawa książka. Samo tłumaczenie może nie jest najlepsze. Chciałem się dowiedzieć, kim są tłumacze i okazało się, że jeden z nich praktykował z Roshim Kodo Sawakim. W grudniu 1973 roku został ordynowany przez Roshiego Nimpo, tego samego, który poprowadził pogrzeb Roshiego Suzukiego. Zobaczcie, gdzie ci ludzie pracowali. Był dyrektorem w firmie ubezpieczeniowej. Japończycy są dziwni. Ale ucieszyłem się kiedy zobaczyłem, kim był ten tłumacz.

    Oto ostatnie cztery linijki. „Wszyscy Buddowie, o których była tu mowa, to Budda Siakjamuni. Siakjamuni Budda to „Właśnie Umysł jest Buddą”. Kiedy wszyscy Buddowie, przeszli, obecni i przyszli, stają się Buddami, nieuchronnie stają się Buddą Siakjamunim, który jest „Właśnie Umysł jest Buddą”.” To piękne.

    Gary Snyder, gdy po raz pierwszy przyjechał do Japonii... wiecie, kim był Gary Snyder, poeta? Jeden z pierwszych, którzy w czasach hippisowskich pojechał do Japonii. Był pomostem między czasami bitników i hippisów. Wszyscy eksperymentowali z prochami i wolną miłością. To wyłoniło się z bardzo ciężkich czasów, z makartyzmu. Wtedy ludzie zawsze nosili długie włosy, ewentualnie wąsy. Nie golili głowy i nie wypadało mieć brody. Wszyscy byli podejrzani o komunizm. Niektórzy w Hollywood byli na czarnej liście. Bardzo napięte czasy. Myślę, że Ameryka jest w najsmutniejszym momencie swojej historii. Myślę, że ponieważ czasy są złe i surowe, coś ważnego musi się wydarzyć. Koło się zamyka. Ludzie zaczynają poszukiwać. Bo to już nie działa. Jestem zdziwiony, że nie robią tego impeachmentu Busha. Clinton miał tylko jeden romans i go wyrzucili, a zobaczcie, co Bush robi! Zdumiewające.

    No, i wrócił z Japonii Gary Snyder w sztywnej japońskiej marynarce z guzikami z brązu na piersi. A wszyscy mieli długie włosy, palili papierosy i trawę. To był taki kontrast. On miał dyscyplinę. Kiedy był w klasztorze, znalazł sposób, aby szybciej pracować, by mieć więcej czasu na siedzenie. Mnisi mówili, żeby sobie dał spokój i żeby, broń Boże, nie mówił Roshiemu.

    Czy macie jakieś pytania, komentarze?

    Pytanie: Czy jest różnica między czującymi istotami i świętymi istotami? Czasem te określenia używane są zamiennie.

    Roshi: Czujące istoty to my. Istoty żyjące w złudzeniu. Jednocześnie, ponieważ żyjemy w złudzeniu, nie wiemy, że jesteśmy Buddami. Czy to jest odpowiedź na twoje pytanie?

    Nie zrozumiałem.

    Roshi: Buddowie i Bodhisattwowie są oświeconymi istotami. To nie znaczy, że nie mają złudzeń. Jest bardzo niewielu całkowicie urzeczywistnionych ludzi. Nie potrafiłbym nawet powiedzieć... Seung Sahn Soen Sa Nim był tego przykładem. Jadłem z nim kiedyś śniadanie i wszystkie fusy w mojej herbacie stanęły na baczność. Nigdy w życiu czegoś takiego nie widziałem. Pokazałem mu. A on tylko przeżuwał swoje śniadanie i niespecjalnie coś mówił. Jak Roshi Suzuki jadł śniadanie ze swoją żoną, zakładał strój do samu. Lubił ryż, zupę miso i sadzone jajka. Wstawał od stołu, gdy tylko skończył jedzenie, więc jego żona spytała: „Dlaczego ze mną nie porozmawiasz?”. Roshi mówił: „Muszę iść do pracy, mam samu”. Ona na to: „No dobra, chciałam ci tylko powiedzieć, że mam chłopaka”. Ostra była. Na to Suzuki: „No, to go zaproś na obiad. Nie ma problemu.”

    Dziękuję.


    Tłumaczenie: Jurek Kuun

    Spisała: Julia Mazur

    teksty: 

    Szycie i noszenie buddyjskich szat

    ZałącznikWielkość
    Microsoft Office document icon Szycie i noszenie buddyjskich szat.doc41.5 KB
    Szycie i noszenie buddyjskich szat
    oraz jak to się wiąże z naszą praktyką
    Mowa wygłoszona przez Rosiego Shunryu Suzukiego
    10 czerwca 1971 r. w San Francisco

    W ubiegłą sobotę powiedziałem, że jakąkolwiek religię wyznajecie, nie ma to znaczenia, kiedy przychodzicie tutaj, by siedzieć z nami. Jest tak dlatego, że nasza metoda siedzenia, nasza praktyka ma ci pomóc, abyś stał się sobą. Rosi Katagiri mówi: “osadzić siebie na sobie”. Być sobą. W chwili, gdy stajesz się sobą, twoja praktyka zawiera wszystko. Wszystko stanowi część ciebie. Praktykujesz więc z Buddą, praktykujesz z Bodhidarmą i praktykujesz z Jezusem. Praktykujesz ze wszystkimi w przeszłości i w przyszłości. To jest nasza praktyka. Nie będzie się tak jednak działo, jeśli nie staniesz się sobą.

    Więc kiedy przychodzicie i siedzicie z nami, to siedzicie nie tylko z nami, ale siedzicie ze wszystkimi, zarówno ożywionymi jak i nie ożywionymi istotami. Dogen Zendzi powiedział, że jeśli praktyka nie zawiera wszystkiego, to nie jest to prawdziwa praktyka.

    Nie chodzi wiec o to, że jeśli będziesz długo praktykować osiągniesz oświecenie i twoja praktyka będzie zawierać wszystko. Popełniasz błąd, jeśli myślisz, że za dwa, trzy lata będziesz lepiej praktykować, i że twoja praktyka będzie tak doskonała, że będzie zawierała wszystko. Czegoś brakuje w takiej praktyce. Brakuje szczerości.

    Kiedy rzeczywiście praktykujesz, zapominasz o sobie, o tym, gdzie jesteś i jak długo tu jesteś; wtedy twoja praktyka zawiera wszystko. Jeśli mówisz “ ja praktykuję zazen w ośrodku zen”, to “ja” i “ośrodek zen” są dodatkowe. Ograniczasz praktykę przez idee “ośrodka zen” i “twojej” praktyki. Kiedy mówisz “moja” praktyka, to jest ona bardzo mała. Kiedy mówisz “ośrodek zen” to jest ona bardzo ograniczona. Gdy zapominasz o tego rodzaju ideach i jedynie praktykujesz, to właśnie wtedy praktyka jest doskonała i zawiera wszystko: przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Na tym polega praktyka.

    Praktykując w takim duchu nie będziesz poddawał się lenistwu ani nie będziesz dawał się pochłaniać myślom; “jak długo?” czy też “jaka to praktyka?” Nie będziesz taki szczęśliwy, słysząc słowa buddyzm, zen, rinzaj albo soto - te nazwy zaczną cię niepokoić.

    Możesz mnie zapytać: “Dlaczego cały czas nosisz taką szatę? Dlaczego siedzisz w ten sam sposób przez cały czas?” Jutro zaczniemy sessin szycia, sessin szycia okesy lub rakusu. Szaty, jakie nosimy, nie są jakieś specjalne, chociaż możecie tak myśleć. Budda, jak wiecie, uszył swoją szatę z kawałków materiału, które zebrał na ulicach, czy na cmentarzu; zbierał rzeczy wyrzucane przez ludzi. Były tam małe i duże kawałki materiału. Budda uprał je, oczyścił i pozszywał. Sposób w jaki szyje się szatę buddyjską, pozwała na użycie małych i dużych kawałków materiału. Z małych kawałków szyje się małe części a z dużych - duże. Kolor nie może być jakiś piękny, czy jaskrawy, ponieważ Budda uszył swoją szatę z kawałków starych materiałów. Budda użył wszystkiego, co miał, - i to stało się jego szatą.

    Budda powiedział, że pierwsi ludzie, kiedy pojawili się na ziemi, żyli długo i byli bardzo dużych rozmiarów. Byli dużo więksi od was; bardzo duzi. Stopniowo jednak ludzie stali się mniejsi, jak Japończycy (Rosi śmieje się). Nie myślcie jednak, że szata Buddy Siakjamuniego nie może być duża i jaskrawa. Budda powiedział, że byłoby to niewłaściwe rozumienie. Szata w jaskrawych kolorach też mogła by być szatą dla Buddy Siakjamuniego. To nie od koloru zależy, czy szata jest buddyjska, czy nie. Będzie to nasza szata tylko wtedy, gdy zapomnisz, jakiego jest koloru i z czego jest zrobiona. Może być jedwabna, lniana, bawełniana, ale kiedy jej używamy, to nie jest ani jedwabna, ani lniana, ani bawełniana - to jest buddyjska szata.

    Kiedy mówimy “buddyjska szata”, to jest to tylko szata, tylko ten materiał. Kiedy ten materiał jest jedynie tym materiałem, nie jest żadnym szczególnym materiałem. To jest część wszechświata, nie materiał. Kiedy mówisz że ten materiał służy do nakrywania stołu, czy stołka, to nadajesz mu specjalną cechę. Ale jeśli jest to tylko materiał, to może należeć do mnie, może być dla Buddy i może również być dla ciebie. To jest dokładnie ta sama praktyka, co praktyka zazen. Stań się sobą; to właśnie w taki sposób twoja praktyka będzie zawierać wszystko. Gdy pozwolimy materiałowi być tylko materiałem, nie określając go “twoim” czy “moim” - to będzie on mógł być dla każdego. Nosimy na sobie szatę, która przez sposób, w jaki jest uszyta, wyraża prawdziwą praktykę. Poza wszystkim potrzebujemy jakiegoś ubrania; szczególnie, gdy jest zimno, musimy w coś się ubierać. Lepiej więc chyba ubierać się w szatę, przez którą możemy wyrazić prawdziwe rozumienie, aby inni przyłączyli się do praktyki. Dlatego szyjemy szaty.

    Jeżeli nie rozumiecie tego, to nasze szaty nie będą naszym szatami, nie będą szatą Buddy. Jedynie gdy zrozumiemy to i uszyjemy szatę w takim duchu, to będzie to szata Buddy.

    Słuchacie mnie teraz, ale właściwie chodzi o to, żeby każdy z was żył w duchu, o którym mówię. Właściwie nie powinniście mnie słuchać; powinniście sami zrobić to, o czym mówię, - powinniście być sobą. Powinniście mieć własny sposób życia w tym duchu. Wtedy wszyscy, każdy w was, będziecie buddystami. Kiedy narzucasz swoją drogę innym, kiedy myślisz, że buddyjska droga jest najlepsza, to buddyzm nie może być buddyzmem. Buddyzm nie jest jedną z wielu dróg; raczej jest drogą każdego. To nie jest droga japońska, albo droga amerykańska.

    Ponieważ jestem Japończykiem, postępuję na sposób japoński. To jest jedyny powód, dla którego zachowuję się jak japończyk. Nie mówię, że japoński sposób jest najlepszy. Jeśli myślisz tak, to nie może nawet być japoński sposób. Gdy Japończyk staje się Japończykiem, to jest rzeczywiście Japończykiem. Gdziekolwiek pójdzie, będzie rozumiany. Nie potrzebuje zmieniać sposobu zachowania. Leżeli naprawdę chcesz uszyć okesę lub rakusu, to uszyjesz buddyjską szatę. Jeżeli czujesz, że robisz imitację szaty Buddy, to nie jest to szata Buddy.

    Jeśli naprawdę chcesz być Buddą albo uczniem Buddy, to uszyjesz i będziesz nosił szatę Buddy. Nie znaczy to jednak, że będziesz propagował buddyzm. Znaczy jedynie, że rzeczywiście chcesz być buddystą. To wszystko. Jeżeli szczerze chcesz być buddystą, to w naturalny sposób będziesz mówił i postępował jak Budda czy Bodhidarma.

    Możecie mieć trudności ze zrozumieniem mnie. Przedtem mówiłem, że gdy staniesz się sobą, to będziesz zawierał w sobie wszystko. Teraz twierdzę, że jeśli jesteś buddystą, jeśli rzeczywiście chcesz być buddystą, to w naturalny sposób zechcesz nosić szatę Buddy. Ja noszę szatę, ponieważ symbolizuje ona prawdziwy sens ducha używania materiału takiego, jakim on jest, i ducha bycia mną, bycia sobą. Noszę szatę, ponieważ wyraża tego ducha. Nie ma tutaj sprzeczności. Czy rozumiecie?

     

    Pytanie: - Nie, Rosi. Ja widzę sprzeczność: powiedziałeś, że nosi się szatę po to tylko, żeby zostać uczniem Buddy, a nie żeby propagować buddyzm, ale tuż przedtem wyjaśniałeś, że nosisz szatę, żeby wyrazić twoje rozumienie i, żeby ludzie...

    Rosi: - Jest różnica między propagowaniem buddyzmu, a pomaganiem ludziom zrozumieć, jaka droga jest właściwa dla każdego. Ktoś, kto nie jest buddystą, może myśleć o mnie jako o buddyście, ale ja nie myślę, że jestem buddystą.

    Następne pytanie niezrozumiałe, sformułowane jaśniej przez innego z słuchaczy: - Jeżeli nie myślisz o sobie jako o buddyście, to kim myślisz, że jesteś?

    Rosi: - Potrzebujecie nazw. Dobrze jest mieć imię, ale nie trzeba do niego przywierać. W ośrodku zen istnieją pewne zasady postępowania. Kierują one praktyką, a z drugiej strony wzmacniają ducha praktyki. Często chcemy być wyjątkowi: “jestem buddystą” albo “jestem mistrzem zen” (Rosi śmieje się) . Aby przestać utożsamiać się z etykietkami i nazwami, praktykujemy zazen, mamy zasady i rytuały. Niestety niektórzy myślą, że ponieważ praktykują drogę soto, to droga soto jest dobra. Możemy zacząć się szczycić, że praktykujemy drogę soto. Dlatego mam duży kij!

    Pytanie: - Nie obawiasz się, że można nosić szaty albo jakieś specjalne stroje, żeby być kimsśwyjątkowym? Czy koniecznie trzeba nosić szatę, by być buddystą?

    Rosi: - Jak wdasz w dyskusję o takich sprawach, to pojawią się pytania tego rodzaju. Znajdujemy się teraz w tym budynku, ja wykładam a wy słuchacie. To wszystko. (Śmieje się.) Wyjaśniam teraz, dlaczego mówię i dlaczego wy słuchacie. To wszystko. Zacząłem troszeczkę tłumaczyć, czym jest szata. W każdym razie musimy się w coś ubierać, więc żeby wzmocnić ducha praktyki, nosimy szaty.

    Pytanie: - Jak myślisz, czym jesteśmy?

    Rosi: - Nie wiem. Kiedy mówisz, że jestem Susuki, to skłaniasz mnie do tego, żebym więcej myślał. Coś w rodzaju: “to jest imię Suzukiego” (śmieje się). Może lepiej wcale się nie nazywać? Ale nie czuję się dobrze, jeśli myślisz: “on jest wielki, a ja jestem taki mały”. Mały Suzuki i (śmieje się) Wielki Suzuki. Lepiej chyba nie myśleć o tym tak dużo. Właściwie to jest praktyka. Pytasz mnie: “Kim, jak myślisz, jestem?” Staram się zapomnieć, kim jestem! (Ogólny śmiech). To jest chyba całkiem ciekawa dyskusja. Trafiłeś w sedno. Buddyści zen soto mają bardzo rozbudowana obrzędowość i bardzo wypracowaną praktykę. Ma to dobre strony, ale może też przysparzać wam problemów. Nasz duch musi być silny, abyśmy się nie zgubili. Kiedy twój duch będzie silny, to droga soto pomoże ci, ale jeśli za bardzo zdasz się na tego rodzaju praktykę, to będziesz zgubiony. Musisz być bardzo ostrożny; kiedy będziesz bardzo uważał na takie niebezpieczeństwo, top twoje życie będzie w dobrych rękach. Kiedy duch praktyki będzie mocny, to rozciągnie się ona na twoje codzienne miejskie życie. Budda będzie dbał o ciebie. Zasady mają ochraniać nas przed tym niebezpieczeństwem. Inaczej moglibyśmy zacząć szczyci się tym, co stanowi niebezpieczeństwo; to byłoby okropne.

    Jest to niebezpieczeństwo nie tylko dla uczniów soto ale dla wszystkich ludzkich istot. Cierpimy przez tego rodzaju dumę lub samolubne zadowolenie. Musimy trwać w robieniu jednej rzeczy po drugiej; nie mamy czasu, żeby przywierać do jakiejkolwiek jednej rzeczy.

    Dziękuję bardzo.

     

     

                              • Tłum. J. Kuun
    teksty: 

    Tak jak jest

    Roshi Jakusho Kwong
    Tak jak jest


    Mowa Dharmy wygłoszona w czasie zimowego Ango 2006 w SMZC

    Dzień dobry. Dzisiaj, jak pewnie zauważyliście, spadło trochę śniegu. Tylko trochę, ale dla nas w Kalifornii jest to coś wyjątkowego, bo nie mamy go zwykle aż tyle. Podszedłem do okna. Mogę sobie wyobrazić jak spadają płatki śniegu. Ale to nie były normalne płatki, te były zbyt duże. Zacząłem myśleć o wszystkich tych małych płatkach, które w końcu przykryją ziemię. Tak naprawdę nie mam pojęcia jak wiele płatków potrzeba, żeby przykryć ziemię, to musi być niezliczona ilość. Przypomina mi się powiedzenie zen: „wszystkie płatki śniegu spadają w to samo miejsce”. Pamiętacie taką historię, kiedy świecka osoba, Paj Czang rozmawiał z kimś z klasztoru i wtedy właśnie zaczął padać śnieg. Jeden z nich powiedział: „O, jak wspaniale, płatki śniegu spadają” i zapytał: „Gdzie one spadają?”. A drugi odpowiedział: „Na ziemię”. „Nie, one nie spadają na ziemię”. „A gdzie?” - spytał, a ten uderzył go w twarz i odpowiedział: „Wszystkie spadają w to samo miejsce”. Zen po prostu jest taką wysublimowana, rzadką, unikalną, czystą i błyskotliwą jakością czystego rozumienia.

    Oczywiście, kiedy wiesz, gdzie spada śnieg, możesz rzeczywiście to docenić. To nie jest tylko zjawisko - w Kalifornii pada śnieg, to rzeczywistość, wszystko to dotyczy rzeczywistości i w tym całe piękno.

    Muszę przyznać, że niekiedy w czasie posiłku ślina napływa mi, jak tylko poczuję jedzenie. Tak naprawdę nigdy w całym moim życiu, tak mi nie smakowały ziemniaki jak dziś. Miały najbardziej... tego nie można kupić. Nie możesz iść do restauracji i zamówić tego rodzaju posiłek. To dzięki praktyce stworzyliśmy środowisko dla tych ziemniaków, aby mogły się pojawić. To stało się za sprawą kucharza, ale nie tylko kucharza. To cała ekspresja praktyki, a moja wdzięczność wyraża się tym, że je jem. Możesz zapłacić wiele pieniędzy za dobry posiłek, ale nie za taki jak ten, nigdy za taki jak ten.

    Chcę również pogratulować shiuso jego mowy, bo była bardzo trudna i od kiedy tu jesteśmy, nigdy nie słyszałem nikogo, kto by w taki sposób mówił wobec zgromadzonych o wskazaniach. Ty jesteś pierwszy. I sposób w jaki wszedłeś w ten proces. Myślę, że wiele osób czuje w ten sposób, ale nikt o tym nie mówi. Powiedzieć, to znaczy podzielić się tym z innymi. Nic nie pozostaje ukryte. Nie ukrywasz rzeczy, przeciwnie, pozwalasz im się ukazywać. Odsłaniasz siebie, a to odsłania innych ludzi, pomaga im w tym. Nie jest to łatwe, ale powinniśmy znać tego naturę. To po prostu nie jest łatwe. Gdyby to było łatwe, każdy mógłby to zrobić. Ale to nie jest łatwe, taka jest tego natura, ponieważ nagromadziliśmy tak wiele karmy z przeszłości. Pokolenie po pokoleniu, po pokoleniu. Nauki pomagają to rozwikłać w naprawdę piękny sposób.

    Temat ango dotyczy ciągłości praktyki i chcę jeszcze raz go przeczytać. W wielkiej prawdzie, poprzednicy Buddy zawsze postępowali w sposób czysty i przestrzegali wskazań. Nie ma nic ponadto. To trwa dalej w trwającej bez przerwy ciągłości. Postępowanie i przestrzeganie. Albo możesz powiedzieć, że to dharma trwa w ciągłym, nieprzerwanym, niezahamowanym cyklu, tak, że nie ma nawet najmniejszej przerwy miedzy umysłem, treningiem ciała i nirwaną. Najmniejszej przerwy.

    Nie wiem, czy coś takiego istnieje [jak przerwa]. Czy w przypadku dharmy można w ogóle mówić o czymś takim. To jest jedno nieprzerwane koło i dlatego to jest takie wspaniałe. Nigdy nie zostało stworzone, a ponieważ nigdy nie zostało stworzone, nigdy nie przestanie istnieć. To jest jedno ciągłe koło. Jakkolwiek je nazwiemy, ono przenika cały wszechświat. To jest nieprzerwane koło drogi, czyli tao.

    Shiuso powiedział „pomiędzy ustanowieniem naszego umysłu, który ustanawiamy tutaj poprzez praktykę, a naszym treningiem...” To co trenujemy. Mam nadzieje, że nie trenujemy naszego ego, bo to co praktykujemy, to też otrzymujemy. Musimy więc wiedzieć, co otrzymujemy, a czemu pozwalamy odejść. Co zatrzymujemy i dlaczego to zatrzymujemy. Nie możemy tak nagle... Po prostu robimy coś. Czasami możemy to robić, czasami nie. Szósty Patriarcha powiedział: „Kiedy jesteśmy silni to obracamy koło dharmy, a kiedy jesteśmy słabi, koło dharmy obraca nami”. Tak to się dzieje. W ten sposób.

    I ostatnie zdanie: „Dzięki naszemu własnemu postępowaniu i przestrzeganiu wskazań, istnieje cnota tego cyklu”. To jest prawda i to nie jest prawda. To jest prawda w tym sensie, że to dzięki naszej praktyce, dzięki naszej indywidualnej, osobistej praktyce która musi wyjść poza osobowe ja, w międzyosobowe; powodujemy, że tao się pojawia. Kiedy nasza praktyka jest silna, wtedy obracamy koło dharmy, o to tu chodzi, i sprawiamy, że to się pojawia. A kiedy jesteśmy słabi, nie możemy sprawić, żeby to się pojawiło. Ale to zawsze istnieje, tylko, że nas tam nie ma, to wszystko. „...istnieje cnota tego cyklu.” Cnota może nie jest w dzisiejszych czasach najlepszym słowem, co? Ludzie nie używają go, ale cnota to doskonałość, subtelność, cos przepięknego. Przepiękna doskonałość. W każdym z nas.

    „Dzięki naszemu własnemu postępowaniu i przestrzeganiu wskazań...” Wracają do mnie dwa słowa: wezwanie i odpowiedź. To oznacza właśnie to. Kiedy kłaniamy się, podnosimy ręce w ten sposób (Roshi pokazuje), oczywiście może nie w 108 pokłonach, bo jest ich zbyt wiele, ale w ceremonialnym pokłonie, kiedy podnosisz ręce, przywołujesz Buddę. I nie przekraczamy linii uszu, gdy się kłaniamy w trakcie 9 porannych pokłonów. Tak wysoko (Roshi pokazuje). To Budda stoi na twoich rękach. Kiedy przywołujemy Buddę, przywołujemy go nie siłą naszych ramion, ale tanden (hara). Przywołujemy go, chronimy nasz tanden jako świętość, naszymi mudrami, zawsze przywołujemy go przez praktykę.

    Pomyślałem o tym jako o wezwaniu i odpowiedzi. To otrzymywanie. Praktykujemy to przywołanie w tej pozycji, kiedy nasze czoło dotyka ziemi (Roshi stuka 3x), rzadko kiedy dotyka. W tej pozycji prosimy, przywołujemy naszą gotowość do otrzymywania. Nawet ten mikrofon tutaj ma przycisk, na którym jest napisane „odbiór”. Mikrofon spełnia swoją rolę. My po prostu mamy przeszkody, więc nie spełniamy swojej roli, mamy zbyt wiele przeszkód. Mikrofon jest w porządku, bo ma odpowiedni obwód. Wszystko jasne. Istoty ludzkie nie mają jasności. To naprawdę smutny stan. Wezwanie i odpowiedź. Kiedy przygotowujemy siebie do orioki, kiedy przygotowujemy siebie do zazen.. Nawet, kiedy jesteśmy w pośpiechu, to też przygotowujemy siebie, zakładamy ubranie. Czasami nie spiesząc się, przygotowujemy siebie do wyjścia na zewnątrz. To właśnie jest to wezwanie - przygotowujemy siebie i odpowiedź – wychodzimy do wszechświata.

    To wychodzenie, przychodzenie, powrót do domu. Tak naprawdę to powrót do domu gdziekolwiek jesteś. To ciągła praktyka powracania do domu. Do domu, do następnego domu, do następnego domu. Tak naprawdę nigdy nie opuściliśmy domu. Większość z nas myśli, że opuściliśmy dom, ale dom podąża z tobą. Nawet jeśli jesteś w Ameryce, dom jest tutaj. Również jeżeli jesteś z Polski, dom jest z tobą. To więcej niż Polska, to więcej niż Ameryka. To więcej niż tak naprawdę możemy sobie wyobrazić.

    Te dwa słowa; wezwanie i odpowiedź. W tekście, w którym o tym czytałem, użyte były inne słowa. Ale niech zostanie: wezwanie i odpowiedź. A może pamiętacie, że w dawnych czasach, kiedy Budda dawał mowę dharmy, wyciągali flagę na maszt. I pewnego razu Mahakashyapa kazał Anandzie wciągnąć flagę. To właśnie było wezwanie i odpowiedź – tylko wciągnięcie flagi. A kiedy ją wciągnął, osiągnął urzeczywistnienie. Wołanie i odpowiedź. Cały wszechświat wzywa nas. A my przerywamy naszą własną odpowiedź. „Bo nie jestem wystarczająco dobry”. To znowu ego.

    Kiedy Roshi Suzuki zaproponował mi wyświęcenie na mnicha, ja odpowiedziałem, że sądzę, iż nie jestem wystarczająco dobry - to znowu ego. Wezwanie i odpowiedź. Może lepiej byłoby odpowiedzieć: „Boję się” . „Wystarczająco dobry” a „boje się” to różnica. „Boję się to zrobić, bo nie wiem, co to oznacza”. Wezwanie i odpowiedź. Jestem tutaj, bo ty jesteś tutaj. Ty jesteś tutaj, bo ja jestem tutaj. Wezwanie i odpowiedź. Umpan i han. Uderzamy w instrumenty, ale uderzamy w coś więcej niż instrumenty. Wezwanie i odpowiedź.

    Przy wieczornych śpiewach, kiedy śpiewamy o wyzwalaniu wszystkich czujących istot, chcesz usłyszeć dzwonek - „ding”. On woła nas, a my odpowiadamy poprzez śpiew. Te wszystkie instrumenty, to wołanie i odpowiedź. Serwowany posiłek woła nas, a my odpowiadamy z wdzięcznością przez jedzenie. Takie małe słowa, jak wezwanie i odpowiedź, jak dziecięce słowa. Kiedy obserwujesz dorosłych, kiedy wołasz ich, oni już się nie odwracają. Mówią „później”, „maniana” (jutro). Nie ma już napięcia pomiędzy wołaniem a odpowiedzią. Ego zakłada tak wiele, zakładamy coś z góry. „Zobaczę się z nim jutro”, a może nie? Wezwanie i odpowiedź. Miło jest zobaczyć starszą osobę, która ma ponad 65 lat, mówi ci coś i słyszysz jej podekscytowanie. „Oni są za starzy” Już się nie liczą, bo są za starzy. Ale naprawdę wspaniale jest słyszeć ich podekscytowanie.

    Pewnego dnia, kiedy siedzieliśmy tutaj, przybyły drogą dwie kobiety. „Co to za miejsce?” Jedna była w średnim wieku, a druga starsza. Chyba ta kobieta w średnim wieku prowadziła tę starszą. Zauważyłem, że chętniej rozmawiam z kobietą w średnim wieku, bo dla tej starszej było to trudniejsze. Ona przez coś przechodziła, była w trakcie jakiegoś procesu. Zdałem sobie sprawę, że powinienem więcej rozmawiać że starszą kobietą, bo chociaż młodsza wiele mówiła, to było to wezwanie i odpowiedź innego rodzaju. Ta starsza wołała, a ja nie odpowiedziałem. Tak to się dzieje. I tak samo dzieje się w autobusie, tramwaju, samolocie, pociągu, taksówce. Tak wiele wezwań i odpowiedzi. To jest sposób, w jaki możemy się zaangażować w świecie.

    Mój szwagier, Chaim, który miał wtedy 80 lat zabrał mnie kiedyś metrem, a ponieważ wyrosłem w małym miasteczku, nie byłem przyzwyczajony do autobusów i do metra. On miał już bilet, żeby przejść przez bramkę, to była godzina szczytu. Musiałem kupić bilet, ale nie wiedziałem przez którą z trzech bramek mam przejść. Ustawił się za mną cały rząd ludzi i zaczęli krzyczeć: „pospiesz się”. Ciemnoskóra kobieta w kasie biletowej zaczęła na mnie krzyczeć: „ty w bejsbolowej czapce, przejdź tam”, a ja się obejrzałem szukając osoby w bejsbolowej czapce i zorientowałem się, że to o mnie chodzi. I powiedziałem: „dziękuję”. Wiecie, ona miała ciężki dzień. [śmiechy] Wezwanie i odpowiedź.

    A więc mieliśmy tu te dwa słowa: postępowanie i przestrzeganie. W pewnym sensie traktuję nasze postępowanie jak to, czym jest nasza praktyka. Ideogram (chińskie litery) tego słowa symbolizuje podążanie, a starożytny symbol wygląda jak skrzyżowanie. To wygląda tak, że spotyka się poprzeczne z poziomym, spotyka się tutaj, w obecnej chwili – to praktyka. Teraz. To, co teraz robimy.

    Syn Hoitsu Suzuki, kiedy był mały podszedł do nas, gdy paliliśmy papierosy na schodach z tyłu budynku. Ponieważ coraz mniej osób paliło, więc musieliśmy odchodzić dalej, stawaliśmy na schodach pożarowych... palenie w śniegu, to naprawdę śmieszne. Więc palimy z tyłu budynku, a on spytał: „co robicie?”. Nie wiedzieliśmy, co odpowiedzieć. To dobre pytanie do zadania sobie: „co ja teraz robię?”, „co ja teraz robię?”

    Postępowanie i przestrzeganie, pojmuję to jak praktykę i oświecenie. Czymże innym jest z punktu widzenia zen postępowanie jeżeli nie praktyką? Przed mową chciałem odnaleźć definicję sunjaty - pustki. Nie miałem zbyt wiele czasu, więc w końcu okazało się, że próbuję przejrzeć... no wiecie, ile stron można przejrzeć w krótkim czasie? Tu jest ze 240 stron. Jak mogę to znaleźć? Ale powiedziałem sobie „po prostu się rozluźnij, nie szukaj”. No i oto jest. I tak to działa.

    Mówiąc o postępowaniu i przestrzeganiu. To jest książka z zebranymi mowami, ale nie przeznaczona do publikacji, lecz tylko do użytku dla praktykujących. Bajdzin Dotan, który zebrał kiedyś te teksty, chciał, aby wszystkie drewniane tablice z tymi zapisami zostały zniszczone. Był taki okres w dziejach buddyzmu, kiedy tracił on na znaczeniu, a wskazania nie były niczym więcej niż kawałkiem papieru bez żadnej wartości, były pustymi słowami. Również w zen tak się zdarza. On zebrał te mowy, sto tysięcy razy je przeczytał i w ten sposób zaczął je rozumieć.

    Mówi on tu na temat trzech czystych zbiorczych wskazań. Czysty nie jako przeciwieństwo do brudnego, czy nieczystego. Czyste wskazanie. Ja to po prostu przeczytam i przypomnimy sobie, o czym mówiliśmy wczoraj, kiedy Tensan czytał o tym samym. Pierwsze czyste wskazanie, to wskazanie o wypełnianiu form i rytuałów. A to, co on przeczytał brzmiało: „powstrzymaj się od zła”. Ja interpretuję to wskazanie o wypełnianiu jako rozświetlanie form. Co to znaczy wypełnianie? Co to oznacza dla praktykującego zen? Wypełniać to znaczy rozświetlać. Urzeczywistniać. Formy i rytuały. Rytuały – tu chodzi o nasze ceremonie, o naszą naturę ja, naszą niezniszczalną naturę ja. Większość ze wskazań, jak np. „nie zabijaj”, dotyczy powstrzymywania się od zła. A następne - „czyń dobro”, a dalsze: „czyń dobro dla innych”, ale rzeczywistym znaczeniem poza nimi, jest drugie wskazanie, o wypełnianiu dobrych dharm, dobrych dharm, czyli aby czynić dobro. Ale to również oznacza tę samą rzecz: wskazanie o rozświetlaniu, rozświetlaniu siebie. To jest czynienie dobra, to jest najlepsze co możesz zrobić. Trzecie wskazanie oznacza wypełnianie wszystkich istot i to inaczej oznacza: „czyń dobro dla innych ludzi”, „pomagaj innym ludziom”. A poza tym, pod powierzchnią tego jest przekraczanie sacrum i profanum. Przekraczamy sacrum i profanum i przeprawiamy się wraz z innymi na drugi brzeg. Zwykle przeprawiamy się sami, ale to tak nie działa. Jeżeli bierzesz kogoś ze sobą, to przeprawiasz się razem z nim. Łatwiej jest wziąć kogoś, niż samego siebie. Ale jeżeli kogoś bierzesz, to przeprawiasz się razem z nim. To przykazanie mówi, że przeprawiasz się tylko pod warunkiem, że zabierasz innych ludzi. Tylko pod tym warunkiem – nie możesz być sam.

    Powracając do tematu, przeczytam to, co leży u podłoża. Wskazanie o wypełnianiu form i rytuałów. Rozprawa o nauczaniu i nadawaniu wskazań mówi, że jest ono miejscem zamieszkania praw wszystkich Buddów, dom dharm wszystkich Buddów, źródłem praw wszystkich Buddów. To pierwsze wskazanie o rozświetlaniu form i rytuałów.

    I oczywiście po nim pojawiają się te następne. Wskazanie o rozświetlaniu dobrych dharm. Mówi się, że to jest nauka Annutara Samjak Sambodhi. To jest zawarte w Sutrze Serca, to nasza ostateczna świadomość, wielkie oświecenie, to jest nauka Annutara Samjak Sambodhi. I ścieżka, i praktykujący. Co to jest praktyka? Co robimy? Jeżeli zasypiam, to powinienem wiedzieć, że zasypiam, jeżeli umysł wędruje, to powinienem wiedzieć, że mój umysł wędruje. Powinienem wiedzieć co robię i nie złościć się na siebie, bo złoszczenie się na siebie to już jest coś zbytecznego, to kolejna przeszkoda. To jest nauczanie Annuntara Samjak Sambodhi – i ścieżka praktykującego, i co to jest praktyką.

    I trzecie wskazanie o wypełnianiu czy rozświetlaniu wszystkich istot; tutaj jest również napisane, że to jest przekraczanie sacrum i profanum. Zabranie siebie i innych na drugi brzeg. To jest komentarz Kjogo, i on powiada, że trzy zbiorcze, czyste wskazania wszystkie są Annuntara Samjak Sambodhi. Mówi on także, można to rozumieć tak, że pełna cnoty funkcja jednego prawdziwego umysłu rozprzestrzenia się na trzy sposoby.

    Prawdziwa cecha wszystkich rzeczy zwana jest ujrzeniem Buddy. Czym jest prawdziwa cecha wszystkich rzeczy? Tym, że wszystkie rzeczy są ostatecznie pustką. Nie zawierają nic do posiadania. Tutaj jest błąd, który chcę na koniec wskazać. Mówi się tu, że wszystkie rzeczy są ostatecznie puste. Chcę tym zakończyć, że wszystkie rzeczy są ostatecznie puste. To jest różnica pomiędzy pustką a pustym. Między pustym i pustką jest różnica. Nic do posiadania. Prawdziwą cechą wszystkich rzeczy jest to, że są one ostatecznie pustką nie zawierając niczego, co można by posiąść.

    Książka ta ma tytuł: „Tak jak jest”. Pozwólcie, że przejdę do zawartego w niej objaśnienia, czym jest pustka. Myślę, że to dla nas bardzo ważne. Autorem tej książki jest sławny tulku Urgen Rinpoche z tradycji Dzogczen z buddyzmu tybetańskiego. To jest jego ostatnia nauka, której udzielił przed śmiercią. Czyż Budda nie uczył, że umysł sam w sobie nie ma formy, nie ma dźwięku, zapachu, smaku, dotyku, nie jest również obiektem umysłowym. On nazwał to pustką. Nie tak jak przestrzeń, którą nazwał pustą i próżną. To „ness” w słowie „emptiness” (pustka) odnosi się do świadomości, podobnie jak „ta” w „sunjata”. „Ta” i „ness” odnoszą się do świadomości. To bardzo ważne, ponieważ jak mógłbyś urzeczywistnić coś, gdybyś nie miał świadomości? Pusty nie może nic urzeczywistnić, bo jest pusty, pozbawiony emocji, jest jak niebo. Niebo nie posiada świadomości. Budda powiedział: „umysł jest pustą świadomością”. To jest sposób, w jaki możemy odróżnić puste od pustki. Przestrzeń jest pusta, a umysł jest pustką. To „ness” (jak „ka” w słowie pustka) zawsze odnosi się do jakości świadomego przebudzenia. Nigdy nie mów, że świadomość jest pusta, zawsze mów, że jest pustką (emptiness). Jest pusta, ale zdolna, żeby wiedzieć.

    Otrzymałem maila od Sotshu – przez wiele lat chciałem zadać mu wiele pytań, dowiedzieć się więcej na temat śpiewów np. „Om Makurasai Swaha”. Czy wiecie co to znaczy? Nie możesz ufać do końca niczemu, co czytasz. Ktoś napisał coś na temat przyjmowania schronienia w dharmakaja, samboghakaja, nirmanakaja – zwykle one idą w tym porządku. „Te trzy przebudzają siebie” - i to jest błąd, bo one nie przebudzają siebie. Z tego powodu nazywa się je tu trójcą, ale nie powinniśmy wiązać tego z katolickim pojęciem trójcy. Za to inne wyjaśnienie tu zawarte jest trafne, i jeszcze do niego wrócimy. Makura to smok, bóg smok, który jest wielkim dobroczyńcą zapewniającym pożywienie wspólnocie. Bogaty bóg smok, który zaopatruje w pieniądze, pożywienie i wszystkie dobra. Pożywienie dla sanghi. Więc to jest Makurasai. Om - może oznaczać przyjęcie schronienia, jak adoracja, lub stanie się jednym, ponieważ w sanskrycie jest to chyba pierwsza litera alfabetu, zawierająca w sobie wszystkie pozostałe słowa i litery – to jest święte, tajemne słowo. Sai – to nasiono, bardzo pomyślne nasiono, które wykiełkuje. Swaha – oznacza „niech się stanie”.

    Wracając do trikai przeczytam jeszcze dwie strony o przebudzonym stanie rigpa. To jest powrót do trikaja. Z tego powodu nauka Dzogczen kładzie nacisk na rozwiązanie kwestii nie istnienia ego. Musimy wiedzieć, że ego nie istnieje. Tak jest nie tylko w Dzogczen, ale i w zen. Dzogczen opisuje aktywność ego jako powstawanie, zamieszkiwanie i zaprzestanie. To nas oddziela od rzeczywistości. Te trzy rzeczy: powstawanie, zamieszkiwanie i zaprzestanie - pojawianie się, zostawanie i znikanie. Zrozumienie, że ego nie istnieje, ma dla nas kluczowe znaczenie. Uważa się, że jest to ogromnie ważne przygotowanie, ponieważ urzeczywistnienie braku pochodzenia ego jest spotkaniem dharmakai, jest jakością wszystkich Buddów i bodhisattwów. Urzeczywistnienie nieobecności stałego miejsca [przebywania ego] jest spotkaniem sambghogakaja. Urzeczywistnienie, że myślenie podąża do nikąd, jest spotkaniem nirmanakaja.

    „W skrócie: pojmij te trzy jakości swojego umysłu jako nieograniczoną, pustą świadomość.

    Twój umysł jest nieograniczoną pustą świadomością: pustą w istocie, świadomą w naturze, nieograniczoną w swej pojemności. Kiedy rozpoznajesz tę nieograniczoną pustą świadomość jako swą własna naturę, w tej chwili stajesz twarzą w twarz z trikaja.”

    Czy ktoś ma na ten temat jakieś pytania?

    Pyt. Czyli pustka to jest coś więcej, niż bycie pustym, oddzielonym od ja?

    Odp. Tak, bo pustka zawiera świadomość. Może to wprowadza zamieszanie, kiedy jest mowa o tym, że ona jest pusta w istocie. Czy to bardzo utrudnia wam zrozumienie? „W skrócie pojmij te trzy jakości swojego umysłu jako nieograniczoną pustą świadomość.” Nie mówimy tutaj o sunjacie, ale o pustej świadomości. Pustej w istocie, świadomej w naturze i nieograniczonej w swej pojemności.

    Przeczytam jeszcze raz to, co już wcześniej czytałem. „Rigpa to przebudzony stan, nie jest on w żaden sposób uformowany, nie powstaje, ani nie rodzi się. Jest jak istota przestrzeni, ale znajduje się w zasięgu naszego doświadczenia, doświadczenia każdego z nas. Możemy tego doświadczyć, leży to w naszym zasięgu. Nie można rozpoznać natury umysłu innej osoby, tylko swojego własnego. To istnieje właśnie tutaj. Nie w innym miejscu. To jest obszar twojej samoświadomości, czujności. Ta samoświadomość, czujność, znajduje się w zasięgu twojego własnego doświadczenia. Możesz to sam poznać. Możesz tego osobiście doświadczyć. Jeżeli masz wątpliwości z tym związane, rozpoznaj to, co jest poza myślą, poza słowem lub opisem. Mogą najść cię wątpliwości. W końcu tak wiele razy w przeszłości wątpiliśmy, więc możemy wątpić dalej. Dlaczego nie? Podrażnię się z wami trochę. Byłoby łatwiej gdyby natura Buddy przemówiła do ciebie słowami: „to jest to, czym jestem właśnie tutaj, nie miej wątpliwości co do mnie” - ale natura Buddy nie mówi do ciebie. Musisz sam być pewien. ‘Teraz widzisz mnie. Ja jestem naturą Buddy. Nie wątp teraz.’ - natura Buddy nie mówi w ten sposób. Twoja natura Buddy nie powstaje ani nie przestaje istnieć. Nie rozważaj więc tego w terminach groźby lub obietnicy. Wyobraź sobie rzecz, która nie zaczęła, ani nie przestaje istnieć, nie zostaje nigdzie, jest całkowicie otwarta, jak przestrzeń. Czy w przestrzeni cokolwiek jest zablokowane? Rigpa yeshi jest jak przestrzeń, jak istota przestrzeni. Ta otwartość, lub rigpa jest cenna w najwyższym stopniu. Myślenie wydaje się nieprzerwane, ale jest to strumień o chwilowej naturze. W miarę jak formułuje się nowa myśl, stara myśl znika. Myśli znikają - kiedy przenosisz uwagę na kolejne, zapominasz poprzednie. Rigpa, z drugiej strony, jest całkowicie nieuchwytna, nie zablokowana przez cokolwiek. Co więcej, odkryj skąd się bierze myślenie – nie znajdziesz żadnego miejsca gdzie powstaje myślenie. Ono nie powstaje. Jest nie-powstające. Czy myślenie gdziekolwiek znika? Czy gdzieś podąża? Jeżeli ktoś cię znokautuje, to możesz powiedzieć, że twój umysł został zablokowany, zdolność myślenia zanika. Zamieszkiwanie jest jak umieszczenie obiektu w jakimś miejscu i pozostawienie go tam, ale czy trwająca w chwili obecnej myśl gdzieś mieszka? Gdzie jest myślenie z wczoraj lub jutro? Spróbuj odszukać, gdzie znajdują się wszystkie myśli. Dokąd one poszły? Po pierwsze, odkryj ich powstawanie – skąd przychodzą? Wróć do ich źródła. Skąd pochodzą? Kontynuuj to badanie, aż odkryjesz, że nie ma źródła. Nie ma pochodzenia. To ważny punkt dla tradycji Dzogczen. Spoglądaj w źródło myślenia, aż zobaczysz, że nie ma źródła. W rzeczywistości nie ma źródła. Odkrycie, że myślenie nie ma pochodzenia, jest nazywane spotkaniem dharmakai. Poszukuj dalej, gdzie pozostaje myślenie. Odkryj, gdzie się ono znajduje, czy pozostaje na zewnątrz, czy wewnątrz tego ciała? Czy jest gdziekolwiek na świecie? Gdzie na świecie znajduje się miejsce, w którym przebywa umysł? Zdanie sobie sprawy, że myślenie jest nie-zamieszkiwaniem, nie-przebywaniem, zwane jest spotkaniem samboghakaja. I w końcu, dokąd podąża myślenie? Kiedy dokonasz takiej analizy, nie znajdziesz żadnego miejsca. Osiągnięcie całkowitej pewności, że myślenie nie podąża do nikąd, nazwane jest spotkaniem nirmanakaja.”

    Przeczytam jeszcze raz to, co czytałem na temat trikaji. „To jest powód dla którego tradycja Dzogczen kładzie nacisk na rozwiązanie kwestii nieistnienia ego. Uważa się, że jest to ogromnie ważne przygotowanie, ponieważ urzeczywistnienie braku pochodzenia ego jest spotkaniem dharmakai wszystkich Buddów. Urzeczywistnienie nieobecności stałego miejsca [przebywania ego] jest spotkaniem samboghakaja. Urzeczywistnienie, że myślenie podąża do nikąd, jest spotkaniem nirmanakaja. W skrócie: pojmij te trzy jakości swojego umysłu jako nieograniczoną pustą świadomość: pustą w istocie, świadomą w naturze, nieograniczoną w swej pojemności. Kiedy rozpoznajesz tę nieograniczoną pustą świadomość jako swą własna naturę, w tej chwili stajesz twarzą w twarz z trikają.”

    Pustka oznacza coś w pełni nieokreślonego, wolnego od wszelkiej materialności – wszystko co widzimy tutaj ma jakiś zapach, smak, dotyk – wszystko jest konkretne, ma jakąś cechę materialną. Umysł nie ma żadnej z tych cech – czyż to nie prawda? Czyż nie jest prawdą, że umysł nie ma żadnej widzialnej formy, nie jest dźwiękiem, nie pachnie? Spróbuj zjeść umysł – jaki ma smak? Spróbuj go dotknąć – czy jest szorstki, czy gładki? Czy jest pusty jak przestrzeń? – możemy użyć przestrzeni jako analogii, ale nie do końca. Umysł może czuć się szczęśliwy lub smutny, a przestrzeń nie ma uczuć. Potraktuj przestrzeń jako przybliżony przykład, ale, i to jest ALE pisane wielkimi literami, by poznać prawdziwe znaczenie, rozpoznaj istotę swojego umysłu. Spójrz na przestrzeń, na niebo, jako na przybliżony przykład, ale by poznać prawdziwe znaczenie, rozpoznaj istotę swojego umysłu. Gdzie są dokładnie twoje wątpliwości? Znajdź mi miejsce twoich wątpliwości. Czy masz jakąkolwiek wątpliwość, że umysł jest pusty? Czy masz jakąkolwiek wątpliwość, że umysł jest świadomy? Czy masz jakąkolwiek wątpliwość, że ta pusta świadomość jest, lub nie jest, niepodzieloną jednością? Możesz pomyśleć ‘coś jest nie w porządku, powinna być jakaś istota zwana umysłem, może jakaś okrągła bryłka, której nie dostrzegłem’.

    Umysł jest jednocześnie pusty i świadomy. Część ludzi porównuje to poznanie do czegoś promiennego, świecącego, jak jasne, czyste światło. To oznacza poczucie bycia czujnym, jakość bycia żywo, szeroko obudzonym, wolna od jakiejkolwiek tożsamości i naturalnie czujna, nie ograniczona do bycia tym, czy innym, tym lub tamtym. Ta niepodzielona jedność jest zwana zdolnością (capacity). To jest nasza naturalna zdolność, nasza wrodzona zdolność do mądrości, współczucia, i możliwości pomagania ludziom. Rigpa to nie stan bez umysłu, ponieważ zniknęły dualistyczne fiksacje. Rigpa to samoistniejące, nieprzerwane obudzenie, a nie taki stan, który czasem się traci a czasem odzyskuje. Jest tak nieprzerwany, jak bieg rzeki, jak świecenie słońca.


              Tłumaczenie i opracowanie – Kasia Tomczuk, Maja Katarzyńska
    teksty: 

    Widok z Wysokiej Góry

    Widok z Wysokiej Góry

    Mowa Dharmy wygłoszona przez Roshiego Jakusho Kwonga
    4 grudnia 2004 w Sonoma Mountain Zen Center

    Chciałbym dziś podzielić się z wami wspomnieniami o Dae Soen Sa Nimie. Otrzymaliśmy email z jego sanghi. Wiadomość z Korei: „Drodzy przyjaciele, mistrz Zen Dae Soen Sa zmarł na serce w Hwa Gye Sah, swojej świątyni w Seulu w Korei (gdzie wielokrotnie przyjeżdżaliśmy na jego zaproszenie) o 5:15 popołudniu we wtorek 30 listopada”.

    Sprawdziłem w słowniku, co znaczy Soen Sa. Sa to po koreańsku góra. Soen znaczy coś bardzo wysokiego, coś, co ze względu na swoją obecność czy nieskazitelność, czy uwielbienie. Właściwie kiedy myślisz o tej nieskazitelności, gdy dostrzegasz ją w czymś, uznajesz także tę nieskazitelność w sobie samym. Jak mógłbyś to poczuć, jeśli byś tego nie miał? Soen oznacza tę budzącą szacunek i cześć górę, która jest w tobie. O to mu zawsze chodziło. Zawsze mówił, że trzeba mieć zaufanie do siebie – zaufanie nie do ja egoicznego, ale do wielkiego ja.

    Soen Sa Nim podróżował po całym świecie i założył wiele ośrodków Zen Kwan Um, choć miał cukrzycę i to zdumiewające, że w ogóle był w stanie podróżować. Wywarł wpływ na tysiące ludzi. W Korei uważa się go za Bodhidharmę tego kraju. Było widać, jak znika powoli z powodu stanu swojego serca. Tuż nad drzwiami, przez które wchodzisz do naszego Zendo, wisi kaligrafia, która mówi: „Cały świat jest jednym kwiatem”. Było to jedno z wyrażeń, jakich używał ojciec nauczyciela Soen Sa Nima, jego arcymistrz. Kaligrafia powstała pod koniec wojny koreańskiej. Mistrz Mang Gong wykonał ją przy pomocy róży Szaronu.

    Soen Sa Nim często przewodził wieloosobowym pielgrzymkom. Miałem szczęście być zaproszony na jedną z nich, wraz z roshim Maezumim i Maha Ghosanandą, który był prymasem Kambodży. Przybyło wielu uczniów z Ameryki i Europy. Wsiedliśmy do wspaniałych autobusów i zwiedziliśmy całą Koreę. Soen Sa Nim organizował podobną pielgrzymkę co trzy lata. Ten druk na ścianie za moimi plecami pochodzi z Haein Sah, Świątyni Oceanicznej Pieczęci. Uznaje się ją za jeden z trzech czy czterech skarbów narodowych Korei i to właśnie tam przechowuje się Tripitakę, nauki buddyjskie. Zdobycie potrzebnego drewna, jego przygotowanie i pocięcie zajęło koło 50 lat. W tym czasie poddawano je działaniu słonej wody, powietrza, słońca, gwiazd, księżyca, a na końcu wycięto chińskie znaki w lustrzanym odbiciu.

    To był jeden z najważniejszych punktów naszej wyprawy, bo mieliśmy okazję naprawdę wejść w tę strukturę. Świątynia ma ażurową konstrukcję, to znaczy powietrze swobodnie przez nią przepływa. Budynek znajduje się na stoku zbocza. Nie wiem, ile tysięcy tabliczek tam się przechowuje – może osiemdziesiąt. Dzięki swobodnemu ruchowi powietrza drewno nie gnije i nie ulega spaczeniu. To było wyjątkowe doświadczenie. Pozwolono nam wejść do środka ze względu na Dae Soen Sa Nima, a zależało nam, by dotknąć takiej tabliczki. Dla roshiego Maezumiego najważniejszym momentem wyprawy była chwila, gdy trzymał Sutrę Serca. Zrobiliśmy mu z nią zdjęcie. Dla niego i dla nas wiele to znaczyło, że mogliśmy wejść do środka i stanąć wśród tych ręcznie wyrytych nauk.

    Pamiętam którąś z wycieczek – byliśmy w Hong Kongu. Szedłem z nim. Zapytałem: „Soen Sa Nim, jak twoje zdrowie?”, a on spojrzał na mnie i powiedział: „Już jestem martwy”. To naprawdę cudowne. Bo wiesz – buddyjska postawa dharmiczna różni się od spojrzenia zwykłych ludzi, gdyż traktuje życie i śmierć za jedno. Musimy starać się i to pojąć. Życie i śmierć tak naprawdę uważa się za nirwanę. Widzimy rzeczy w kategoriach przeciwieństw, dlatego cierpimy, a one w istocie są jednym. Mówimy o czymś nietrwałym – wszystko jest nietrwałe, wszystko podlega zmianie. Nawet słońce zniknie. To bardzo głęboki temat w Buddhadharmie. Dzięki medytacji możesz go nie tylko zrozumieć, ale i doświadczyć w życiu. W ten sposób staje się to życiodajne.

    Pięć czy sześć lat później Soen Sa Nim trafił do szpitala, gdzie podłączyli mu wszystkie te kroplówki. Myślę, że trwało to niemal rok, a on nie umarł. Ludzie jakby czekali. Gdy przyjechał tu Lind Rhodes, by odbyć kido, koreańskie odosobnienie ze śpiewami, powiedział, że Soen Sa Nim opuścił szpital. Spacerował, zajmował się różnymi rzeczami i rozmawiał z ludźmi. Trudno było w to uwierzyć. I wtedy, w czerwcu 2004 Soen Sa Nim został odznaczony Dae Jang Sa, co jest jednym z najwyższych odznaczeń duchowych w Korei. Nadano mu przez to tytuł „Wielkiego Mistrza” w Zakonie Chogye buddyzmu koreańskiego. Kilka miesięcy później zmarł. Może czekał na tę nagrodę. Należał do tego typu ludzi (śmiech).

    Dokładnie dziś odprawiają ceremonię, właśnie dziś, 4 grudnia, w dniu, w którym w 1971 roku zmarł roshi Suzuki. Email kończy się słowami: „Prosimy, rodzino w dharmie, zachęćcie wszystkich do uczestnictwa. Sobota będzie dobrym dniem, by w waszych ośrodkach odprawić posługę pogrzebową. Jesteśmy bardzo wdzięczni za dar jego życia i nauki”.

    Wczoraj wieczorem przygotowywałem się do tej mowy dharmy i przyszedł mi do głowy pomysł: „Powinieneś powiedzieć wszystkim coś o Soen Sa Nimie”. Myślę, że to bardzo właściwe.

    Sangha Soen Sa Nima wydała na jego 60. urodziny książkę „Only doing it”. Wielu ludzi, którzy przyczynili się do jej powstania, pisało o nim ku jego czci. Myślę, że jeśli chodzi o nauczycieli z Azji, którzy przyjechali z Dalekiego Wschodu, został już chyba tylko roshi Sasaki. Mamy wielkie szczęście, że przyjęliśmy wszystkich tych, którzy opuścili swój kraj, bo nie udawało się w nim utrzymać dharmy lub tępiono ją – a którzy podzielili się z nami swym bogactwem, byśmy mogli je przyjąć.

    Ten fragment „Only Doing It” to mój wkład do książki.

    „W sprzyjającym okresie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych w naszym kraju pojawiło się wielu dobrych nauczycieli z Azji. Mieliśmy wielkie szczęście. Pamiętam między innymi lekturę nauk Soen Sa Nima. Zapadającą w pamięć i nieuchronną frazę: „Czy to jest takie samo, czy inne?” To pytanie, które zawsze zadawał. „Czy to jest takie samo, czy inne?” I znów – znasz kolejną frazę: „Jeżeli powiesz, że takie samo, uderzę cię, a jeśli powiesz, że inne, uderzę cię”. Więc co możesz powiedzieć? Tak naprawdę to pytanie, tak jak 108 pokłonów, było czymś, czego chciało by się uniknąć. I pewnie właśnie dlatego nasze ścieżki się przecięły. Im bardziej starasz się czegoś uniknąć, tym pewniej się z tym spotkasz.

    W czasie pierwszej wizyty Soen Sa Nima na Górze Sonoma, kiedy jechał z Doliny Księżycowej, zobaczył trzy tęcze. My w tym czasie z góry widzieliśmy dwie. Powiedziałem sobie: „To musi być wyjątkowy dzień”.

    Tradycyjnie kiedy spotykają się nauczyciele Zen, zazwyczaj kłaniają się sobie do ziemi w geście wzajemnego uznania. Gdy to zrobiliśmy, obaj tryskaliśmy radością! Podaliśmy sobie spontanicznie dłonie! To jedyny mistrz Zen, z jakim kiedykolwiek wymieniłem uścisk dłoni. W innych tradycjach, włącznie z naszą, jest to zwykle dość intensywne – intensywne spojrzenie. Myślę, że to było coś wspaniałego. Nie staliśmy twarzą w twarz. Tak naprawdę to staliśmy ramię w ramię i patrzyliśmy na siebie. Ten prosty gest dotykających się palców, mruczenie, sprawił, że czas się jakby zatrzymał.

    Chciałem dać Soen Sa Nimowi prezent, coś, co byłoby bardzo dla mnie wartościowe. Ale kiedy nasze oczy wędrowały po rozmaitych buddyjskich przedmiotach, on wszystkiego odmawiał. Dzień wcześniej mój syn Demian znalazł na parkingu w Santa Rosie papierową tęczę. Teraz leżała ona na środku naszego salonu. Gdy Soen Sa Nim zobaczył ją, powiedział z wielkim uśmiechem „To. Mogę wziąć”.

    W 1983 zdecydowaliśmy, że nasze sanghi mogą praktykować razem”. Tak może być chyba tylko w Ameryce. Grupy różnych tradycji na ogół ze sobą nie praktykują. „Postanowiliśmy to zrobić i zorganizowaliśmy czterodniowe odosobnienie na Górze Sonoma. Dwa dni sessin w stylu Zen Soto i dwa dni ścieżki energetycznej Kido bez siedzenia. Z ciszy siedzenia do ruchu i dźwięku, wraz z chodzeniem po okręgu i śpiewem (przez jedną, dwie godziny) Kwam Seum Bosal (Kandzeon Bosatsu), i z zapraszaniem, by instrumenty muzyczne wydawały dźwięki – to robiło największe wrażenie. W miarę, jak praktykowaliśmy, moja uważność dokładnie dopasowała się do mojego dźwięku, do dźwięku osoby obok mnie i do wszystkich pozostałych uczestników, także poza czterema rogami zendo. Ta energia i uważność były niczym kamień wrzucony do nieruchomego stawu, kiedy widać, jak zmarszczki delikatnie i w nieznany sposób rozbiegają się w nieskończone kręgi. Staje się to dźwiękiem uniwersalnym.

    Sessin kido spaja przeciwieństwa czy skrajności jednej rzeczy. Co to za rzecz? Nic innego niż my sami, my wszyscy z zaróżowionymi policzkami, dużo czystszymi umysłami i bez bólu gardła w upale zimy. Połączenie praktyk zmusza do odpuszczenia przywiązania do własnej formy i przeżycia, jak rozwija się dharma, która nie jest ani japońska, ani koreańska, ani amerykańska. Wspólne działanie było dla mnie bardzo inspirujące i pomyślałem, że to właśnie jest pokój światowy!

    Zgodnie z kalendarzem chińskim rok 1983 był dolnym punktem trzystusześćdziesięcioletniego cyklu. Wiele ośrodków Zen doświadczało przemian karmicznych, tak jak to się dzieje w procesie życia. Zaproponowałem Soen Sa Nimowi, byśmy na rok zamienili się zegarkami jako znak ślubowania, że będziemy szli prosto na tym zakręcie. Jego Rolex (ja miałem tylko Seiko) był drogim prezentem od sanghi. Gdy nadeszła pora, wspomniałem, że powiniśmy odzyskać zegarki. A on powiedział: „Nie ma sprawy. Po prostu zatrzymaj go”. Uczniowie zastanawiali się, czemu Soen Sa Nim oddał podarunek od sanghi i spytali o to pewnego dnia „Jak mogłeś coś takiego zrobić? Zebraliśmy tyle pieniędzy, ile się dało, a ty po prostu go oddałeś”. Soen Sa Nim powiedział „Skoro nie jestem przywiązany do ciała, jak mogę być przywiązany do zegarka? (śmiech)

    Historia ma dalszy ciąg – Soen Sa Nim niedawno znowu się ze mną zamienił. Dostał kolejnego Rolexa, bo mój Seiko się zepsuł (pewnie przez te wszystkie godziny podróży z Soen Sa Nimem, któremu nie mógł dotrzymać tempa). Soen Sa Nim rozumował w ten sposób, że skoro nowy Rolex nadający się do nurkowania przeznaczony był dla młodszego człowieka, stary będzie bardziej pasował Soen Sa Nimowi. Funkcja jest bardzo ważna w naukach Soen Sa Nima. Tak więc nowy Rolex dla płetwonurków nie był stosowny dla człowieka po sześćdziesiątce. Chciał odzyskać prezent od sanghi. Powiedziałem „Nie ma sprawy. Tylko zegarek”. Tak, ciągle zmiana, zmiana, zmiana. Teraz wydaje mi się, że niemal każdy jest szczęśliwy…

    Jak już mówiłem, 108 pokłonów to kolejna rzecz, jakiej chciałem uniknąć. To zbyt wiele jak na mój leniwy umysł”. Kiedy współprowadziliśmy Yong Maeng Jong Jing. To wyrażenie oznacza skoczyć jak tygrys siedząc. Mówi się też o tym „ścisła dharma”. Wszystko jest bardzo ściśle ustrukturalizowane. Ni z tego, ni z owego nasz wszechświat staje się bardzo mały.

    „Byłem pod wielkim wrażeniem praktyki Soen Sa Nima. W drodze na zazen w ciemności wczesnego, górskiego ranka mijałem jurtę Soen Sa Nima. Przypominała świecącą dynię, promieniującą energią. Soen Sa Nim zwykł robić 5 razy 108 pokłonów, nim dołączy do pozostałych w naszych 108 pokłonach. Wyobrażałem sobie wtedy, że skoro praktukujesz już 20 lat, nie musisz praktykować tak ciężko. Ale odkryłem, że idziesz dalej tylko po to, by po prostu zrobić to. Nie praktykujesz, by osiągnąć większą jasność, ale dlatego że masz głęboki szacunek i wdzięczność dla niezwykłego cudu życia. Od tamtej wiosny praktykuję pokłony. To wspaniała praktyka działania, tworząca energię, pokój karmiczny i jasność, tak że umysł poszukujący drogi pojawia się nie tylko dla ciebie, ale by pomagać innym ludziom”.

    W tym czasie Soen Sa Nim był mi kimś w rodzaju ojca. Objął mnie swym ramieniem. Brał mnie do pokoju rozmów i prosił, żebym przeczytał ten tekst uczniom. Bardzo dobrze pamiętam te ranki. Nie wiem, ile rozmów przeprowadziliśmy, ale była piąta, gdy wschodziło słońce. Padał śnieg. Rześkie powietrze i jasne słońce wpadające do pokoju – i skończyliśmy. Prosił, żebym przeczytał uczniom ten wiersz. Nazywa się „Droga człowieka”:

      Przychodząc z pustymi rękami, odchodząc z pustymi rękami – to ludzkie.
      Kiedy się rodzisz, Skąd przychodzisz?
      Kiedy umierasz, Dokąd idziesz?
      Życie jest jak przepływający obłok, który się pojawia.
      Życie jest jak przepływający obłok, który znika.
      Przepływający obłok sam w sobie pierwotnie nie istnieje.
      Życie i śmierć, przychodzenie i odchodzenie podobnie,
      Ale jedna rzecz zawsze pozostaje jasna.
      Jest czysta i jasna, nie zależy od życia i śmierci.
      Czym więc jest ta czysta i jasna rzecz?

    I często uczył ludzi w pokoju dokusan, jak wyrażać siebie. Często uderzał w podłogę (uderza dwa razy), żeby wyrazić energię. To wcale nie jest bierne, jak możesz sądzić. Wyrażał energię czy obecność. Uderzenie – w naszej tradycji – może być bardzo poważne albo bez życia. Pewnego razu przyszła kobieta. Była dość starą, niewielką kobietą. I on zadał jej pytanie, a ona uderzyła w matę. Obaj się obudziliśmy. Ta osoba miała tyle energii – niezależnie, czy to dobrze, czy źle. Tak samo jak z życiem i śmiercią, dobrem i złem. Niezależnie, czy to dobrze, czy źle, ona miała tę pewność czy spontaniczność, nawet bez myślenia, by uderzyć w matę. Oto potwierdzenie.

    „W 1984 roku zostałem zaproszony przez Soen Sa Nima do Korei. To moja pierwsza wyprawa. Tam na własne oczy zobaczyłem jego kulturę, jego serce. To była jego ziemia. Koreańczycy wydają się z natury bardzo serdeczni, towarzyscy i rodzinni. Dokądkolwiek byśmy nie poszli, było oczywiste, że mnisi i mniszki, jak i świeccy, kochali go”.

    Pewnego dnia Soen Sa Nim udał się do klasztoru żeńskiego położonego niedaleko jego klasztoru i schował wszystkie kapcie (śmiech). Było ich może z pięćdziesiąt. Mniszki wróciły z zazen. Idziesz po kapcie, tam gdzie jest zostawiłaś, a ich nie ma – i nie tylko twoich, ale wszystkich. Jak dotrzesz do kolejnej sali? Robił takie rzeczy.

    „Dawał więc z siebie bardzo dużo, znacznie więcej niż daje się w kategoriach ja-mnie-moje. Soen Sa powiedział mi „Spraw, by twój środek był silny”. Nie ośrodek Zen, ale ten środek, hara. Tak samo mówił roshi Suzuki „Musisz sprawić, by twój środek był silny”. Zatem nie zatrzymuj niczego. Porzuć przywiązanie do dobrego i złego. Nie zatrzymuj niczego. Bo gdy niczego nie zatrzymujesz, otwierasz się na przyjmowanie, oświecasz się i wyzwalasz wszelkie istoty od cierpienia. To recepta. To jawny sekret niewyczerpanej energii wolnej od ja.

    Nieskończona jest wielka miłość i współczucie Soen Sa Nima do nauczania, dzielenie się, nieustraszoność, chęć zabawy, łagodność, radość i bezpośredniość, które sprawiają, że jeżą się wszystkie włosy na ciele. Nie daje ci nawet czasu, byś czuł lub myślał!

    Jestem bardzo szczęśliwy, że trafiłem na jego dharmę. Dzięki dobroci i współczuciu Soen Sa Nima moje słabe oczy widzą troszeczkę wyraźniej. Słowo „hołd” jest, wiesz, nic nie warte – to tylko kupa wspomnień. Ślady w umyśle. Mój prawdziwy hołd dla Soen Sa Nima to kontynuacja podtrzymywania, manifestowania i zachowywania jawnego sekretu”.

    Oto inny wiersz, jakiego nauczył mnie Soen Sa Nim:

      Aieego! Aieego! Aieego!
      (Aieego znaczy po koreańsku „bardzo smutny”)
      Dae Soen Sa Nim już w nirwanie.
      Patrzenie w niebo
      Śmianie się, śmianie się, śmianie się
      Góry wysokie w swym pięknie
      Rzeki płyną długo i nisko.

    Dziękuję.

                    tłumaczył Michał Czernuszczyk
      teksty: 

      Wspomnienia o Roshim Maezumim

      ZałącznikWielkość
      Microsoft Office document icon Wspomnienia o Roshim Maezumim.doc66.5 KB

      Mowa Dharmy wygłoszona przez Roshiego Jakusho Kwonga
      14 lipca 2005 podczas Ango w Wildze
      Wspomnienia o Roshim Maezumim

      Ktoś mi dał wiersz, który napisał Roshi Maezumi. Jest wiele sposobów czytania tego wiersza, ale w zen jest tylko jeden sposób. To jest jak twoje dojrzewanie w praktyce zen. Roshi Maezumi ma szczególne miejsce w moim sercu, tak samo jak Dea San Sa Nim. Miałem wielkie szczęście, że mogłem odziedziczyć, ponieść dalej ich Dharmę. Spędziliśmy razem wiele godzin. Jesteśmy z różnych tradycji: Japonia i zen koreański. Spotkanie było możliwe zapewne dlatego, że żyliśmy w Ameryce. To nie mogło się wydarzyć w Chinach, w Korei, czy w Japonii. Mogliśmy się otworzyć, wychodząc poza tradycję, żeby się nawzajem wspierać.
      Pamiętam jak spotkałem Roshiego Maezumiego kiedy on był znacznie młodszy i słyszeliśmy że on ma przekaz zarówno w linii Soto jak i w linii Rinzai. Byliśmy wtedy młodymi uczniami, jak wy teraz. Nie wiedzieliśmy, co o tym myśleć, ale wiedzieliśmy, że jest to osoba której warto się przyglądać, którą warto obserwować.
      Był taki czas, kiedy Roshi Maezumi zamierzał zbudować klasztor i przyszedł do Roshiego Suzukiego, aby poprosić o rekomendacje i wsparcie tego projektu. Roshi Suzuki odpowiedział: „Nie sądzę żebyś potrzebował mojego podpisu. Osoby które już cię popierają są znacznie słynniejsze niż ja.” To jest rodzaj historii zen, dzięki której trochę więcej rozumiesz, skąd to wszystko pochodzi i jak się zmienia, zgodnie z otoczeniem i okolicznościami.
      W tym roku kończę 70 lat i właśnie tu pierwszy raz noszę rakusu na mowie dharmy. Nie robisz tego w Japonii czy Chinach, ale tu na Zachodzie, możemy to zrobić, ale dopiero po siedemdziesiątce. Nosiłem okesa w czasie sessin na Sonomie, kiedy było 116 F i przy innej pogodzie. On [wskazuje na Shiuso] też będzie mógł to zrobić po siedemdziesiątce. W ten sposób zmieniamy tradycję. Ale właściwie nie zmieniamy niczego. To co się przejawia, nie jest istotą sprawy, jest tylko wyrażaniem tego. Musimy pamiętać, że to tylko przejawy, zewnętrzny wyraz tego, co w głębi.
      To, co odpowiedział wtedy Roshi Suzuki na prośbę Roshiego Maezumiego, zrobiło na mnie duże wrażenie. Nie dał swojej rekomendacji, stwierdził że to niepotrzebne. To było jak policzek. Uznał, że ego Roshiego Maezumiego jest za bardzo zaangażowane w to zbieranie funduszy, mimo że był mistrzem zen. Oczekujemy, że nasz nauczyciel będzie doskonały.
      Jest taka interesująca historia, którą opowiadał Roshi Uchiyama. Wskazywał w niej na to samo. Czy znacie Miyamoto Musashi? Był jednym z największych mistrzów miecza w historii Japonii. Częściowo z jego legendy po II wojnie światowej wyrosły samurajskie filmy i ludzie zaczęli interesować się kinem japońskim. A więc jest to historia o Bokuden, który był słynnym mistrzem miecza, a Musashi był wtedy młodym mężczyzną i chciał sprawdzać innych. Sprawdzając innych sprawdzał właściwie siebie samego, żeby dowiedzieć się jak silny jest. Dowiedział się więc gdzie mieszka Bokuden, było to w górach, i udał się tam nocą złożyć mu potajemnie wizytę. Zaatakował Bokudena gdy ten przyrządzał wieczorny posiłek. Według historii Bokuden zrobił tylko tak [Roshi pokazuje zasłonę nad głową] i zatrzymał w ten sposób jego miecz. Roshi Uchiyama powiedział że to niemożliwe. W jaki sposób stary człowiek może coś takiego zrobić? Przede wszystkim [obronił się drewnianym naczyniem] to było drewniane naczynie, które zostało by rozbite. [Miyamoto Musashi żył w latach 1584 – 1645. Tsakuhara Bokuden w latach 1489 – 1571. Jak widać z dat, ci dwaj mistrzowie miecza nie mogli się nigdy spotkać.]
      Jest taki wiersz na temat wigoru i mądrości. „Kiedy wypuści się strzałę z najsilniejszego łuku, nie można przebić delikatnego jedwabiu”. Gdy Roshi Uchiyama był małym chłopcem poznał człowieka który wprowadził Judo. Jigoro Kano, który był wtedy już starym człowiekiem, [Jigoro Kano 1860 – 1938, Roshi Kosho Uchiyama 1911 – 1998. Ci dwaj wielcy ludzie niezawodnie mogli się spotkać] powiedział: „Zwykle najsilniejsi są ludzie którzy mają dwadzieścia kilka czy trzydzieści kilka lat.” Osiągają wtedy czarny pas, a potem zdobywają piąty, szósty, siódmy, ósmy, dziewiąty dan … a Kano miał 10 dan. Jednak najwyższe stopnie nadawane są bardziej ze względu na szacunek dla wieku i ze względu na status. Nie dlatego, że starzejąc mistrzowie stają się silniejsi. Jak się starzejesz, jak osiągasz półmetek gdzieś w okolicy 45 lat, zaczynasz się zastanawiać nad swoim życiem. Co zrobiłeś, czego nie zrobiłeś i jest to rodzaj punktu zwrotnego, mniej więcej w tym wieku. Ja w tym wieku myślałem, że robię się stary. Widziałem niedawno jakieś moje zdjęcia z tego okresu i wydaje mi się, że wyglądam tam starzej niż teraz. Potraktujcie to jako pewną instrukcję, przez co będziecie przechodzić. Zawsze myślałem, że silniejsi są starsi, ale Roshi Uchiyama mówi nam, że najsilniejsi są ludzie dwudziesto- i trzydziesto-letni. Mimo to w moim wieku cieszę się z tego, że może mam mniej wigoru, ale więcej mądrości [śmiech]. Byłem zadowolony gdy poznałem tę historię, bo przecina to nasze projekcje w temacie bycia doskonałym. Chcemy czegoś co jest doskonałe, a to nie jest doskonałe. To jest tylko idea, do której jesteś przywiązany, żeby ktoś inny, nie ty sam, a czasami nawet ty sam, był doskonały. Ale to jest naprawdę trudne samemu być doskonałym, łatwiej żeby był to ktoś inny. Kiedy to się dzieje, to w pewien sposób więzimy drugą osobę, a także siebie, swoją świadomość. Więzimy się ideami.
      Było takie sessin Tokubetsu w Green Gulch [1995] i pełniłem tam funkcję Jishi Roshiego Maezumiego. To było sessin tylko dla nauczycieli zen, którzy nauczają w stylu Roshiego Suzukiego i było organizowane przez szkołę Soto. W czasie sessin byliśmy bardzo zatroskani zdrowiem San Sa Nima. Roshi Maezumi przyszedł i powiedział: „Może powinniśmy się skontaktować i dowiedzieć o zdrowie San Sa Nima?” - San Sa Nim niedawno przeżył atak serca. Powiedział to do mnie trzy razy. Ironią losu jest, że San Sa Nim wciąż żył, a Roshi Maezumi zmarł wkrótce potem. [Roshi Hakuyu Taizan Maezumi odszedł nieoczekiwanie 15 maja 1995r.]
      To było dla mnie bardzo specjalne sessin. Przed tym sessin Soen Sa Nim zapraszał co trzy lata Roshiego Maezumiego, Mahaghosanandę i mnie na pielgrzymkę do Korei i Chin. Przed tymi pielgrzymkami bardzo się bałem Roshiego Maezumiego i Soen Sa Nima. Dlatego, że ich styl był… on jakby polował na ciebie, chciał cię złapać i wycisnąć [Roshi pokazuje], a potem jak cię wycisnął, to łapał wszystko co wycisnął. Bo niektórzy wyciskają cię i po prostu puszczają, a tu jest różnica, on cię wyciskał, ale złapał całego, wszystkie kawałki. Tak jak Rick Fields w książce „Jak łabędzie przybyły do jeziora”. [“How the Swans Came to the Lake”, Rick Fields, Shambala 1992] Opisując ceremonię ustanowienia Roshiego Testugena opatem, opowiada jak widział ludzi uciekających ze strachu przed Roshim Maezumim. To jakaś informacja dla nas. Daje nam jakieś pojęcie o tym człowieku. Nauczyciele też mają swój proces, przez który przechodzą. Roshi Maezumi uczył mnie kiedyś jak złapać ważkę. To było w świątyni Szóstego Patriarchy w Chinach. On powiedział: „Jakusho, patrz!” Czasami mówił bardzo cicho, prawie szeptał, i nagle znajdowałeś się w zupełnie innym miejscu. Był tam taki piękny łukowy mostek nad stawem z kwiatami lotosu. Na poręczy siedziała ważka. Powiedzieć wam jak on to zrobił? Podszedł do ważki… Myślę, że gdybym ja był owadem, to chciałbym być właśnie ważką. One są wspaniałe, gdy latają. I one jedzą w powietrzu. I wydaje się, że ich głowy obracają się dookoła własnej osi o 360 stopni. Widzą wszystko dookoła. Więc on podszedł do tej ważki, a ważka go zobaczyła, a on podszedł powoli i wyciągnął swoją dłoń z wyprostowanym palcem wskazującym. I ważka widziała ten wielki palec, a Roshi zaczął robić w ten sposób… [Roshi wykonuje kółka wyciągniętym palcem wskazującym, śmiechy]. I potem ją złapał [nadal śmiechy], a potem ją puścił.
      W późniejszych latach spotykałem już innego Roshiego Maezumiego, i nadal się go bałem, ale nie tak bardzo. Więc kiedyś Dae San Sa Nim zabrał nas na pielgrzymkę po Chinach. Byliśmy w świątyni Szóstego Patriarchy, która prawdopodobnie pochodzi z 688 roku i jest naprawdę wielką świątynią. Było tam cieplej niż tutaj i drzewa były dużo większe. Widziałem kij Szóstego Patriarchy. Ktoś zapytał mnie, czy chcę go potrzymać, odparłem że tak, i miałem go w ręku. On waży z 60 kilogramów! Zastanawiałem się potem, jakiego rodzaju człowiekiem on był? Żeby nosić 60 kilogramowy kij! A może to Jishia go nosiła? [śmiechy] Ale historia mówi (zaczynam być trochę podejrzliwy w stosunku do tych opowieści), że on wziął ten kij, uderzył w ziemię i tam wytrysnęła woda. I ta woda tryska tam do dziś. I nadal jest najczystszą wodą w Chinach. Gromadzi się w specjalnym zbiorniku na tyłach świątyni. Kiedy jednak tam poszliśmy, zbiornik był pusty. Zaciekawiłem się, czy może wyschła z powodu braku praktyki? Tak może się stać. Okazało się, że okoliczni mieszkańcy chcieli się tam kąpać, aż musiano zakręcić ujście czy skierować je gdzie indziej. Ale mamy takie zdjęcie z Roshim Maezumim, jak pijemy wodę Szóstego Patriarchy. Taki szczególny moment.
      Innym razem Dae San Sa Nim zabrał nas do Korei. Korea różni się od Japonii, nie leży na wyspie tylko na kontynencie i może dlatego nie ma tam takiej super organizacji jak w Japonii. Mam wrażenie, że wyspiarze są lepiej zorganizowani i spięci, tak jak Brytyjczycy na przykład. Japończycy są bardzo spięci. Jest taka świątynia o nazwie Świątynia Oceanicznej Pieczęci. Te świątynie są bardzo duże. Dowiedzieliśmy się, że w czasie wojny japończycy zniszczyli bardzo dużo koreańskich świątyń, może 80% z nich. A ta świątynia jest bardzo szczególna. Jest to jedno z niewielu miejsc na ziemi gdzie przechowywana jest cała Tripitaka. Teksty są wyrzeźbione na drewnianych blokach jak matryce drukarskie, tak że można nimi drukować. Drewno pochodziło z Chin. Sam transport i przygotowanie go zabrało wiele lat, przynajmniej 45 lat. Drzewo trzeba było znaleźć i ściąć, potem było zakopywane a następnie przechowywane w słonej wodzie, a dalej suszone. I dopiero potem transportowano je wodą lub lądem do Korei. A na miejscu musiano wygrawerować teksty co zajęło kolejne 16 lat. Jesteśmy spadkobiercami tej kultury, aby nie przepadła.
      Sama budowa tej świątyni jest interesująca. Położna jest na zboczu góry i posiada długie pawilony otwarte na końcach tak aby mogło przepływać powietrze. Dzięki temu drewniane tabliczki pozostają suche. Normalnie turyści nie mają tam wstępu, ale ponieważ byliśmy z San Sa Nimem, mogliśmy z nim wejść do środka. Sutra Serca która wisi obok naszego ołtarza to właśnie wydruk pochodzący z tej Świątyni Oceanicznej Pieczęci. Nasz przewodnik szukał tabliczki z Sutrą Serca i gdy w końcu ją znalazł, podał ją Roshiemu Maezumiemu, który uniósł ją ponad głowę i zrobiliśmy sobie wspólne zdjęcie. To był taki szczytowy punkt tej wyprawy.
      Dużo różnych takich drobnych spraw. Na przykład gdy byliśmy w Świątyni Szóstego Patriarchy, dowiedzieliśmy się, że gdzieś niedaleko jest miejsce gdzie żył Sekito Kisen. Bardzo się podekscytowaliśmy i zaczęliśmy planować jak się tam dostać. Ale w końcu okazało się, że to jednak za daleko i nie możemy tam pojechać. Byliśmy bardzo rozczarowani. Wszystkie świątynie wielkich nauczycieli są na południu. Szósty Patriarcha, Sekito Kisen, Ummon, itd. Te świątynie są teraz zaniedbane, niszczeją, są własnością partii komunistycznej. Można spotkać wielkie rzeźby niszczejące w budynkach z dziurawym dachem, wielka szkoda. W Świątyni Szóstego Patriarchy mnisi są bardzo starzy albo bardzo młodzi. Wyraźnie widać tę przerwę pokoleniową, a także ślady rewolucji kulturalnej. U starszych mnichów można zobaczyć również ślady w postaci brakujących palców, czy też braku wigoru w ich oczach. Młodzi mają dużo energii i chęci do nauki, ale nawet tam, w Świątyni Szóstego Patriarchy nic nie wiedzą o medytacji. Byliśmy tym zaskoczeni. Żeby zorganizować sessin w Chinach San Sa Nim musiał przekupić władzę, dać łapówkę. Ale udało się nam zrobić 2-dniowe sessin. Ponieważ świątynia jest własnością partii komunistycznej, oni wyznaczyli gdzie ma się odbyć praktyka. Dla nas to był wielki zaszczyt, ponieważ wybrali Salę Założycieli. To ta sala w której siedzi mumia Szóstego Patriarchy. To wielki zaszczyt siedzieć obok Szóstego Patriarchy, tym bardziej że tradycyjnie w klasztorze tak się nie robi, ta sala nie służy do medytacji.
      Ojej, która godzina?? A to miał być tylko wstęp…[śmiechy]
      To jest zdjęcie Roshiego Maezumiego [Roshi pokazuje całostronicowe zdjęcie z magazynu Shambala Sun]. Ten wiersz Roshi Maezumi podarował Roshiemu Glassmanowi. Znam Roshiego Tetsugena od bardzo dawna. Kiedy po śmierci Roshiego Suzukiego byłem poza San Francisco Zen Center, szukałem praktykujących towarzyszy, sanghi. Dzięki temu poznałem wiele osób z innych grup, mogłem zaprzyjaźnić się z osobami z grup koreańskich czy z wadżrajany i to było dla mnie błogosławieństwo. Było to wielkie błogosławieństwo, ale też spotkania z inną tradycją powodowały obawę. Na przykład tak jak my jemy, to jest jakby w stylu babci, u Koreańczyków są ogromne michy, ale nie ma dokładek. Ale jak praktykujemy z ludźmi z innych tradycji, to musimy porzucić przywiązanie do naszych rytuałów, do tego jak my robimy pewne rzeczy.
      Ten wiersz był przekazany jako wiersz potwierdzający dla Roshiego Glassmana. Słyszeliście o nim? Czy słyszeliście, że on stał się pewnego rodzaju klownem, aby rozśmieszać ludzi? On czasem nazywa siebie Bubisattwą. Powód dla którego Bernie jest klownem jest taki, że przedtem był bardzo poważną osobą. Dlatego poprzez trening stał się klownem. Ja nie sądzę, żebym chciał być klownem, ale ja potrafię się śmiać, a kiedy nie możesz, nie potrafisz się śmiać, to znaczy że powinieneś zostać klownem. Dużo dobrej kawy razem wypiliśmy.
      Więc na sessin Tokubetsu byłem Jishią Roshiego Maezumiego, a po sessin mieliśmy miłe spotkanie z moimi synami. Potem pojechałem do Europy żeby spotkać się z Mahagosanandą w Paryżu. Ale Mahagosananda zapomniał o tym, że się ze mną umówił . Gdy prosisz o coś Mahagosanandę, on zawsze mówi „Tak”. Więc musiałem wtedy wrócić do Ameryki, do Halifax w Nowej Szkocji na ceremonię intronizacji Sakyonga, syna Trungpy Rinpoche. Gdy wyjechałem z tej uroczystości, na lotnisku przywołano mnie przez głośniki do telefonu i dowiedziałem się, że właśnie umarł Roshi Maezumi. To był szok.
      Roshi zostawiał swoje okulary w różnych miejscach. Wszyscy wiedzieliśmy, że to jego okulary i zegarek. Roshi zmarł w Tokio, w domu swojego brata. Ten wiersz przekazał swojemu bratu na dwie godziny przed śmiercią. Dlatego że Tetsugen był w Ameryce. Więc oto ten wiersz


      • I knew the watch and glasses
        but not the face they said was yours
        there cold in drifts of white flower petals.

        They said it was your body
        we carried in kesa-covered box.
        How could I know?
        Before you always carried us.

        Soon they bring us sharp white bone pieces.
        Wait!
        Now I know you.
        Now I know you.

      Znałem zegarek i okulary
      ale nie twarz o której mówili, że jest twoja
      tam, w chłodnych powiewach białych płatków kwiatów.

      Mówili że to twoje ciało
      niesiemy w trumnie pokrytej okesą
      Skąd miałem wiedzieć?
      Przedtem to ty zawsze nas nosiłeś.

      Wkrótce przyniosą nam ostre białe kawałki kości.
      Czekaj!
      Teraz cię znam.
      Teraz cię poznaję.

      [Michał Kłobukowski]


      Znajomy był mi ten zegarek i okulary
      ale nie twarz, podobno twoja
      zimna w strumieniu płatków białych kwiatów.

      Podobno to twoje ciało
      nieśliśmy w skrzynce przykrytej kesa.
      Skąd miałem wiedzieć?
      Dotąd to zawsze ty nas nosiłeś.

      Po chwili przynoszą nam ostry kawałek białej kości.
      Czekaj!
      Znam cię.
      Znam cię.

      [Michał Czernuszczyk]


      To bardzo interesujący wiersz zen. To jest jakby list do Tetsugena, jego najstarszego spadkobiercy, ale w jakiś sposób jest to list do niego samego, do autora. To było zaledwie dwie godziny przed śmiercią, a miał tylko 64 lata, był bardzo młody.

      Weźmy pierwsze trzy linie. To są takie osobiste rzeczy z którymi się identyfikujemy, to są moje okulary, a to jest samochód czy rower którym jeździsz. Znamy się nawzajem poprzez te obiektywne przedmioty, ale nie znamy swoich twarzy. Nie znasz twarzy, twarzy, która jest twoja. Znamy te rzeczy, ponieważ mamy dla nich nazwy, ale nie znamy prawdziwej twarzy osoby, a ponieważ nie znamy prawdziwej twarzy osób, to jest zimne, to są przedmioty, nie ma w nich życia.

      w chłodnych powiewach białych płatków kwiatów

      Roshi Maezumi nazwał swoją grupę Sanghą Białego Kwiatu Śliwy. Wyrażenie „kwitnąca śliwa” jest jednym z symboli zen, ponieważ śliwa rozkwita późną zimą, w trudnych warunkach, podczas chłodu i śniegu. Ponieważ te przedmioty nie są twoją twarzą, one razem z twoją twarzą leżą chłodne w tym powiewie płatków, gdy wiatr niesie je w czasie kwitnienia śliw. Następny fragment:

      Mówili że to twoje ciało
      niesiemy w trumnie pokrytej okesą

      Gdy umiera nauczyciel lub mnich, to kładzie się okesa na trumnie. „Mówili że to twoje ciało.” Jakżeż oni mogli wiedzieć, że to było jego ciało? I mówi: „Przedtem to ty zawsze nas nosiłeś”. W ten sposób wiesz.
      Gdy ciało poddaje się kremacji, to oddają ci potem takie niewielkie, ale dosyć ciężkie pudełko w którym mieszczą się pozostałości, a w popiele można dojrzeć takie ostre kawałki kości. „Wkrótce przyniosą nam ostre białe kawałki kości.” I mówi: „Czekaj! Teraz cię znam.” To piękne.

                                • Tłumaczenie na żywo Jerzy Kuun 
                                  Spisał Sławek Mumonzan Lipski
                                  Konsultacje Beata Hryciuk, Wojciech Gajewski

      Sławek:
      Na końcu artykułu w „Shabhala Sun” jest jeszcze jedna zwrotka wiersza:


      • Life after life, birth after birth
        Never Falter.
        Do not let die the Wisdom seed of the Buddhas and Ancestors.
        Truly! I implore you!

        Życie po życiu, narodziny po narodzinach
        Nie poddawaj się.
        Nie pozwól umrzeć ziarnu mądrości Buddów i poprzedników.
        Nalegam z całą mocą!

      W czasie mowy długo trwało tłumaczenie tego trudnego wiersza, tu wersje Michała Kłobukowskiego i Michała Czernuszczyka. Artykuł z Shambala Sun, który zawiera ten wiersz i który miał Roshi w czasie mowy, można przeczytać po angielsku pod adresem: http://www.shambhalasun.com/Archives/Features/2004/March/whiteplums.htm

      teksty: 

      Żyjąc i umierając w zazen

      Roshi Jakusho Kwong
      ŻYJĄC I UMIERAJĄC W ZAZEN Mowa zamieszczona w Mountain Wind (numer lipiec - sierpień 2005)
      Fragmenty mowy dharmy wygłoszonej przez Roshiego Jakusho Kwonga w dniu 14 maja 2005 w Sonoma Mountain Zen Center.

      Omawialiśmy ostatnio na naszym seminarium komentarz rosiego Uchiyamy do tomu Bendowa - „The Wholehearted Way” [ Zaangażowanie całym sercem, całkowite bycie] z Shobogenzo Dogena. Te japońskie słowa są jak matematyczne równanie dla jakiejś uniwersalnej prawdy. Jesteśmy tu w Santa Rosie w Kalifornii, czytamy tekst z XIII wieku, a ta sama prawda stale przenika wszechświat.

      Jak prawda ta przyjmowana jest tutaj w pewnym stopniu zależy od tego jak my, nauczyciele, przedstawiamy nasze zrozumienie. Shinko i ja, prowadziliśmy to seminarium i studiowanie tekstu Bendowa okazało się dla nas mocnym doświadczeniem. Roshi Uchiyama reprezentuje wyjątkowo ciekawą linię nauczycieli, którzy opowiadają się za zazen. Ja sam, po prawie 50 latach siedzenia zainspirowałem się metodą jijuyu zanmai, której świadectwem jest „The Wholehearted Way”.

      Często myślę o tym, jak Kodo Sawaki, nauczyciel roshiego Uchiyamy, odpowiedział, kiedy uczniowie zapytali go dlaczego siedzi: „Bo to niczemu nie służy”. To jest ciekawe zdanie. Zdaje się oczywiste, że wszystko robimy po coś, 24 godziny na dobę, czy śpimy czy czuwamy. Bardzo więc trudno wyjaśnić ideę robienia czegoś bezużytecznego.

      W swoim komentarzu do Bendowa Uchiyama mówi, że warunkiem tego jest jijuyu zanmai. Wyrażenie to wyjaśniałem już wiele razy i w pewnym sensie jest proste. Ji oznacza jaźń. Ju, jak w jukai, oznacza przyjmować. Jijuyu jest „funkcją”, a zanmai to samadhi lub skoncentrowanie. W skrócie więc wyrażenie to proponuje drogę „ja spełnianego przez ja”.

      To wyjaśnienie jednak, stanowi zaledwie początek. „Ja spełniane jest przez ja” pociąga za sobą kończenie i rozpoczynanie, nieustająco poprzez czas i przestrzeń. Jeżeli założę, że przez samo skonstatowanie całkowicie to zrozumiem, moja głowa zrobi się bardzo wielka. Jeden z bliskich przyjaciół Kodo Sawaki’ego zauważył kiedyś, że „wszyscy jesteśmy łotrami”, ponieważ ciągle wymyślamy, konfabulujemy rzeczywistość, w której naprawdę żyjemy. Innymi słowy, mamy niewielkie pojęcie, co jijuyu zanmai faktycznie znaczy.

      Powiedzieć, że „ja spełnia ja” oznacza, że znamy kierunek, w jakim nasze życie powinno podążać i wiemy, co jest ważne. Nic nie może nam tej świadomości odebrać. Jeżeli naprawdę wiemy, którą drogą iść, nic nami nie zachwieje. Z kolei „ja którym jest ja” odnosi się także do tożsamości relatywnego ja z absolutnym ja oraz z jaźniami niezliczonych miriad wszystkich rzeczy. Innymi słowy, wszystko jest tym samym, wszystko jest jedną rzeczą. Roshi Uchiyama mówi o tym, jak „każdy urzeczywistnia swoje ja, którym jest tylko ja”. To jest absolutnie prawdziwe. Czy znasz „ja”, czy nie, ludzką naturą, pomimo wszystko jest po prostu „urzeczywistnić ja w ja”. Nie ma innej drogi, nieważne co robisz. Nawet, jeżeli zabijasz się, bo twoje małe ja nie czuje połączenia z absolutnym ja, i tak urzeczywistniasz „ja w ja”. Czy praktykujesz, czy nie, i tak urzeczywistniasz „ja w ja”.

      W pewnym sensie łatwiej po prostu zdecydować się na praktykę zazen – chociaż prawdą jest, że praktyka może być trudna. A jednak możesz praktykować w każdej sytuacji - od najwygodniejszej do najtrudniejszej i najstraszniejszej. Nieważne czy przeżywasz kryzys, czy nie masz trosk, to tylko kwestia szczerej praktyki. Warunki mogą wydawać się łatwe lub trudne, ale nie powinny cię zwieść. Poprzez praktykę powinieneś być w stanie mierzyć się z sytuacją życiową, jaka by ona nie była. Czy masz raka, czy jesteś na prochach, czy pijesz, musisz stanąć w obliczu sytuacji, w której jesteś. To jest twoje życie. Odnajdziesz wolność tylko poprzez bieżące życiowe doświadczenie.

      To jest więc absolutnie prawdziwe, że każdy urzeczywistnia „ja, które jest tylko ja”. Właśnie dlatego, jak mawiał roshi Suzuki, „mądrość szuka mądrości”. Właśnie dlatego każdy z nas chce poznać, tak jak niemowlę chce stanąć na nogach. Chcemy poznać, pomimo faktu, że tak łatwo się rozpraszamy.

      To, że tak łatwo się rozpraszamy jest rodzajem żartu. Często zdaję sobie sprawę, że moja własna praktyka jest bardzo marna właśnie z tego powodu. Po prostu obserwuj uważnie swój umysł przez pół godziny i zauważ ile razy ulegasz rozproszeniu. To naprawdę żałosne (śmiech). Roshi Uchiyama nazywa to ciągłe rozpraszanie umysłowymi „wydzielinami”. Twój myślący umysł jest po prostu jeszcze jednym organem – mówi – narzędziem ciała. W sposób nieopanowany kontynuuje myślenie, nawet gdy nie ma potrzeby, ponieważ to jego biologiczna funkcja. Skłonność do całkowitej wiary w realność tej nieustannej aktywności umysłowej powoduje, że nasze życie nie staje się ani szczęśliwe ani radosne. W momencie, w którym zdamy sobie sprawę, że te idee są tylko umysłowymi wydzielinami, tracą one na ważności i targają nami mniej natarczywe.

      Więc Kodo Sawaki ma całkowitą rację: zazen do niczego nie służy. Zrozumiałem, że sprzedaję wodę nad brzegiem rzeki, ale nie szkodzi (śmiech). Oczywiście, musisz coś powiedzieć, ale powinieneś pamiętać zdanie Sawaki’ego: po prostu nie możesz użyć zen. Kiedy starasz się skorzystać, coś uzyskać, to po prostu nie działa. Jeżeli zakładasz, że twoje zazen uczyni cię oświeconym, lub niezwykle silnym czy wpływowym, lub pomoże ci „oczyścić” ciało i umysł, nie stanie się to, bo wszystko to są zaledwie idee. Zazen nie działa w ten sposób.

      Trudno jest mówić bezpośrednio o zazen. „Jeżeli zostanie nazwane, to nie będzie już cudowną dharmą” – mówi dawne powiedzenie. Jeżeli zakładasz, że zazen lub jijuyu zanmai czy shikantaza czy ciche świecenie (wszystko to nazwy tego doświadczenia) mogą być jednoznacznie nazwane, wówczas nie zajmujesz się niezrównanie cudowną dharmą. Nie możesz tego zrozumieć używając powszechnych pojęć przedmiotu i podmiotu. Chociaż, żeby przetrwało tak długo, ktoś musiał to poznać, zarówno w głębokim wewnętrznym doświadczeniu, jak i na drodze zwyczajnego nazywania i komunikowania..

      Cała moja mowa jest po to, by zachęcić was i mnie samego do praktykowania zazen, ponieważ jest to sprawa najwyższej wagi. Tutaj mamy miejsce do praktyki. To jest dom Buddy; to jest dom praktyki wszystkich Buddów i Bodhisattwów. Nawet, kiedy jesteś wyczerpany, możesz tu przyjść praktykować.

      Roshi Uchiyama porównywał zazen z samym/samą Buddą. Dla Uchiyamy były one jednym. W czasie odosobnień proponował, aby nie było mów dharmy, ani kyosaku czyli kija do budzenia, żadnego samu czyli praktyki pracy (chociaż było jedzenie!). Wyjątkowo długie zazen - trwały 50 minut, z 10 minutami medytacji chodzącej pomiędzy nimi. 50 minut, 10 minut, godzina za godziną. Uczniowie Uchiyamy siedzieli chyba 16 rund dziennie. To był szybkowar, walec parowy, to po prostu cię miażdżyło. Uchiyama mówił, że uczniowie, którzy praktykowali co najmniej 10 lat w ten sposób „stawali się lokomotywami wciągającymi innych w zazen”. Co za wspaniałe sformułowanie.

      Arthur Braverman w swojej książce „Living and Dying in Zazen” (Żyjąc i umierając w zazen) (wydanej w tym samym roku, co moja książka, 2003) opisuje pięciu nauczycieli dharmy. Opiera się zarówno na obszernych badaniach, jak i własnym doświadczeniu w Japonii. Nauczyciele, o których pisze to Kodo Sawaki – dowódca ich wszystkich; uczniowie Sawaki’ego: roshi Uchiyama, jego przyjaciel Yokoyama (przyp. tłum.: Sodo Yokoyama), roshi Kato i kobieta, Ikebe, którą nazywano sensei (nauczyciel), chociaż w rzeczywistości też była roshim.

      W książce Bravermana, dawne sanskryckie Budda Tathagata, które recytujemy w naszej codziennej posłudze, uzyskało dodatkową moc dzięki wyjaśnieniu Ikeby. Przetłumaczone jest na chińsko-japoński jako nyorai, gdzie nyo oznacza „dokładnie jaki jesteś” lub „tak jak jest”. To wyraża nadzwyczajną głębię. Mówisz nyo, uderzasz drewnianym młotkiem, i umysł nie porusza się, tak jakby wiedział, że nie ma rozproszenia, zakłócenia uwagi. Rai oznacza „przyjść”. Pamiętacie jak Hui-Neng zanim stał się szóstym patriarchą, został zapytany przez piątego patriarchę „Kim jest ten, kto przychodzi?” Ktoś mógłby odpowiedzieć „To Fred!”, chociaż w rzeczywistości to wcale nie jest „Fred”. Kto to jednak jest? Nie przychodzi, ale już w nas jest. Nie przychodzi skądinąd.

      Mamy skłonność do wierzenia w koncepcje, które tworzymy, ale nawet, gdy myślimy, kiedy stwierdzamy, że znowu w zazen poniosły nas różne idee, możemy zdać sobie sprawę, że myśli są jak mizerne chmurki na nieograniczonym niebieskim niebie. Nie mają żadnego znaczenia. Są wydzielinami mózgu, które można przejrzeć na wskroś i widzieć ciągle i ciągle. Stopniowo odkryjesz w zazen, że jeżeli pojawiają się to mogą także znikać. Wówczas, gdy twoja konstrukcja staje się mocniejsza, stwierdzasz, że możesz to robić w swoim codziennym życiu. Początkowo twoja świadomość wrzeszczy, tak że myśli opadają cię jak, jak chmary komarów. Wiesz jednak, że te myśli nie mają substancji i nic dobrego z nich nie wynika, więc pozwalasz im odejść.

      Sam Kodo Sawaki miał bardzo trudne życie. Jego rodzice wcześnie umarli, i był dwukrotnie adoptowany. Był też ofiarą nadużycia. W pierwszej rodzinie adopcyjnej, kiedy jego „prawdziwy” brat płakał, Kodo był bity. Gdy jego przybrani rodzice nagle umarli, czuł się zagubiony; może byli okrutni, ale stanowili chociaż jakiś punkt odniesienia. Później inna para zaadoptowała go, ojciec był hazardzistą, a matka prostytutką. Dorastając w takim środowisku Kodo Sawaki używał ostrego języka i stał się swego rodzaju roshim ze społecznych nizin. Roshi Katagiri pochodził także z niższych klas społecznych, a Ikeba, tak jak roshi Suzuki, była z wyższej sfery. Jednakże, pomimo różnych korzeni, wszyscy oni posiadali naturę Buddy.

      Kodo Sawaki zawsze utrzymywał, że nie jest świętą osobą. Jednocześnie był wyjątkowy, zanim się zestarzał, podróżował sam po całej Japonii i nauczał prawdziwej praktyki siedzenia, która w jego poczuciu zanikła. Ostatecznie stał się bardzo znany i został poproszony o nauczanie w Komazawa, uniwersytecie Soto Zen. Został także tanto w dwóch najważniejszych klasztorach Soto – Sojiji i Eiheiji. W końcu stał się głównym emisariuszem zazen. Później, w 1941 ordynował roshiego Uchiyamę. „W 1949”, mówi Braverman, „Sawaki założył dojo w Antaiji. Kiedy w 1963 roku jego stare nogi i zniedołężniałe stare ciało nie pozwoliły mu już więcej prowadzić bezdomnego życia, osiadł w Antaiji i dwa lata później zmarł.”

      Kiedy Braverman odwiedził ucznia Sawaki’ego Yokoyamę, był zaskoczony, że ten nie ma pieniędzy, nie ma świątyni i żyje w schronisku. Yokoyama przyrzekł sobie udać się do pobliskiego parku, usiąść, parzyć herbatę lub siedzieć zazen, a czasem spróbować zagrać jakąś muzykę dmuchając w liść. Mimo, że park był mały on zachowywał się, jakby to był cały wszechświat. Moglibyście go często widywać z dwoma palcami dziwacznie trzymającymi przy ustach liść, grającego w nadziei przekazywania dharmy lub zazen jakiemuś przechodniowi. Kiedy przechodziły starsze panie, zatrzymywały się i pytały go: „Ile masz lat?” „Dziewiętnaście!” odpowiadał, a one śmiały się. Był niezwykłym człowiekiem, którego zamiarem było jedynie uczynienie ludzi szczęśliwymi. Mówił, że jego liście „należą do wszechświata. Gdy grasz na liściu, dźwięk staje się układem słonecznym. Ludzie żyją, bo wszechświat żyje. Tylko z punktu widzenia człowieka życie jest nam dane. Z punktu widzenia Boga lub Buddy my (po prostu) żyjemy. Czy umieramy czy żyjemy, pozostajemy na zawsze razem we wszechświecie.”

      Yokoyama napisał następujące słowa na temat wyznania swojego nauczyciela, roshiego Sawaki’ego, który powiedział, że „pozostaje na zawsze w ułudzie”. W początkowych latach studiowania zen nie chciałem mieć nic wspólnego z ułudą. A jednak cudownie móc powiedzieć tak, jak roshi Sawaki. Ponieważ nie ma różnicy pomiędzy oświeceniem i ułudą. Jednego nienawidzimy, a drugie uwielbiamy; nie ma żadnej różnicy. „Odwiecznie ulegam iluzji. Nikt nie ulega iluzji tak jak ja. Ulegam iluzji złotych ozdóbek. Jak oczywiste to się wydaje, kiedy praktykuję zazen.”

      „Jakże dziwne jest to zazen. Kiedy praktykujemy je z rozpraszającymi koncepcjami, nieodpowiednimi myślami, w skrócie złudzeniami, z których zbudowani są zwykli ludzie, nagle zdajemy się czuć nieodpartą pokusę wynurzenia na powierzchnię. Wówczas pojawia się pragnienie pozbycia się tych myśli, przemożne pragnienie dodatkowo wzmocnione naszym ogromnym wysiłkiem. Ci, którzy nie praktykują zazen nic o tym nie wiedzą.”

      „Więc dlaczego praktykujemy? Złudne myśli stale pojawiają się, jedna po drugiej. W zazen odkrywamy, że każdy z nas od księcia do żebraka jest zwyczajną osobą ulegającą iluzji. Usiłowanie odpędzenia tych złudnych myśli (iluzje są takim nonsensem przeszkadzającym w szczęściu każdego) jest także czymś, co wynosimy z zazen. Ostrożnie nieco nazywamy Buddą zazen, które prowadzi nas w ten sposób.” „Zgodnie z tą nauką, poprzez zazen stajesz się świadomy, iż ulegasz złudzeniu i po prostu ta świadomość w rzeczywistości czyni z ciebie Buddę.” [Co wy na takie pocieszenie? (śmiech) Dokładnie w tym momencie, gdy uświadamiasz sobie, że ulegasz iluzji, to jest Budda. I po chwili znowu ulegamy iluzji. Właśnie ten moment.] To zazen uczy nas, że my także ulegamy iluzji i dlatego uwalnia nas od niej samej. Kiedy praktykujemy zazen i bacznie przyglądamy się wszystkim złudnym koncepcjom, które stale się pojawiają, zdajemy sobie sprawę jak zwykłymi ludźmi jesteśmy, i jak nie mamy z czego być dumni, ani nie mamy się czym chwalić. Nie pozostaje nic innego, jak tylko po cichu schować się. Ostatecznie tacy naprawdę jesteśmy.”

      „Satori oznacza odkrycie, że ulegamy złudzeniu. Wtedy jednak pojawia się pragnienie, aby przestać ulegać. Tak właśnie zwykli ludzie ratują się przez zazen. Więc ponad wszelką wątpliwość odkrywamy poprzez zazen naszą zwyczajność. Kiedy zaprzestaniemy praktykować zazen, utracimy zdolność radzenia sobie ze złudzeniami a zatem zgubimy naszą drogę. Możemy powiedzieć, że świat błądzi, ponieważ nie radzi sobie z iluzjami.”

      „Błądzenie jest przemieszczaniem się przez sześć światów - piekło, świat głodnych duchów, zwierząt, potworów, walczących demonów, ludzi i bóstw. Wszystkie problemy tego świata - polityczne, ekonomiczne i inne powstają z braku świadomości czyjejś zwyczajności. Tak właśnie dzieje się teraz na świecie. Zwyczajność, prostota są nieobecne.” To Yokoyama.

      Dziękuję.

                            tłumaczyła – Ewa Kochanowska
                            redakcji dokonał – Jerzy Kuun
      teksty: