Wspomnienia

Lista różnych wspomnień

teksty: 

Po powrocie z Ameryki się mi napisało

ZałącznikWielkość
Microsoft Office document icon Sonoma i San Francisco.doc168.5 KB

Sonoma i San Francisco
Najtrudniej zacząć. A poniżej kilka powodów dlaczego.
Powód pierwszy. Właściwie to nie za bardzo można pisać. Jedno z dojmujących doznań z Ango w Sonomie podpowiada mi, że całe moje doświadczenie jest poza słowami. Właściwie jest niemożliwe do opisania. Już dawno porzuciłem nadzieję, że ktokolwiek „z ulicy” zrozumie po co to wszystko, co tam się dzieje. Jeden z koanów opowiada o człowieku wiszącym na drzewie, trzymającym się gałęzi zębami, jeśli odpowie na pytanie przechodnia, to spadnie i potłucze się. Jeśli nie odpowie, przechodzień nie pojmie o co chodzi temu wiszącemu. Dla mnie ten koan oznacza także prawdziwą niemożność, przynajmniej dla mnie, opisania Ango. Gdzieś czytałem, że o Zenie można pisać na trzy sposoby. Po pierwsze w sposób najprostszy, typu: „Zjadłeś? To umyj miski”. Taki Zen. Rano wstaję zmarznięty, idę na pokłony, coś tam przeżywam, jem , pracuję, siedzę, śpię. Po drugie o Zenie można pisać w sposób poetycki. Najlepiej jakieś Haiku stworzyć. Ale to mnie przerasta. Po trzecie wreszcie, w sposób paradoksalny i co nieco absurdalny. Może jakoś tak: rano idąc na pokłony czułem, że boję się śmierci, że zaraz umrę a jednocześnie nic się nie działo. Jeden krok to umieranie, drugi krok zmartwychwstanie. Jeden oddech śmierć, drugi życie. Siedzenie zagmatwane i mało skupione, daleko od samadhi. Jednocześnie siedzenie perfekcyjne. Perfekcyjnie nieperfekcyjne. Więc jak pisać? Muszę, obawiam się, znaleźć własny sposób. Może opiszę kilka rund i co mi się w nich działo? Tak zrobię. Spróbuję do sprawy podejść „naukowo”, maksymalnie połączyć to co się tam działo z moim codziennym życiem, ze światem relatywności. A jak się da, to podrzucić wyniki jakichś badań. W końcu Zen nie może być sprzeczny z nauką.

Reszta w załączniku.
A pod tym adresem zdjęcia: http://picasaweb.google.pl/JarekCh64

teksty: 

wstęp do wspomnień Jarka :)

To jest wstęp :_)

To trzeba przeczytać najpierw :))))

Chyba muszę zacząć od początku, zauważyłem bowiem, że brak temu wszystkiemu wstępu, brak spisu osób, co brały udział, brak najzwyczajniejszego opisu, co i jak po kolei. Zacznę od opisu osób dramatu, bo sam zestaw jest egzotyczny. Byli tam: moja znajoma, co lubi Indie; moja była żona, która też lubi Indie, a do tego robiła tam badania jakieś; mój syn Łukasz lat osiem (chyba nie za bardzo lubi Indie, ze względów dietetycznych zwłaszcza); no i ja u schyłku życia czyli ponad 40 lat. No i takie towarzystwo, to było. Szczęśliwie obydwie towarzyszące nam kobiety były strasznie zajęte, mam zresztą nadzieję, że owoce ich zajęcia uda się upublicznić. Szczęśliwie większość czasu spędzałem z Łukaszem. Jednym z owoców podróży było absolutnie czysta świadomość, że to wielkie szczęście, że moja była żona jest już byłą żoną. Że rozwód uratował mi życie. No, ale opis ekscytujących kontaktów pomałżeńskich w ogóle nie nadaje się do publicznej wiadomości. Choć do talk show jak najbardziej.

Sprawę KTO mamy za sobą. Z grubsza. Teraz GDZIE i CO. Cała podróż wyniosła dwa tygodnie, dosyć krótko zatem. Najpierw mieszkaliśmy dwie noce w Delhi w hotelu Relax. Jeszcze w samolocie dostałem strasznej gorączki – nieco ponad 40 stopni, a sam nie wiem od czego. Czułem się jakbym miał malarię, trzęsło mną, miałem czerwone oczy, spociłem się, prawie wykitowałem. Może od szczepionki na malarię? Po wylądowaniu o 3:00 tamtejszego czasu, miasto przywitało nas absolutnie nieprzejrzystą mgłą. Podróż do hotelu była zstępowaniem w jakąś otchłań: 40 stopni gorączki, nic nie widać, kierowca jadący jakby chciał nas zabić – bez świateł, przejeżdża na czerwonym, podjeżdża na dwa centymetry pod wielkie koła ciężarówek. Do tego nie mógł znaleźć hotelu. Krążyliśmy ze dwie godziny stłoczeni w malutkim samochodziku. A mogłem być w Polsce i oglądać jakiś serial!!! Po półtorej godzinie wreszcie cudem jakimś znalazł hotel. I ten człowiek chciał napiwek oczywiście. Ja wówczas, jeszcze jak głupi turysta dałem mu tenże, tym bardziej że po wymianie dolarów na lotnisku miałem w kieszeni jakieś 30000 rupii. Brzmiało to dumnie. Trzydzieści tysięcy. Co prawda, to tylko 650 dolarów, ale w rupiach wychodziło miło.

Po krótkim pobycie w Delhi, pojechaliśmy pociągiem do miejscowości Pathankot. Dziura mała jakaś z pięć milionów ludzi zaledwie. Pociąg był sypialny, lepszej kategorii, bo w jednym końcu miał kibel z napisem „Western style”; po naszemu kuszetki. Prawie przespaliśmy naszą stację. Szczęśliwie do pociągu wpadli jacyś goście w czerwonych kubrakach, tragarze i wynieśli nasze walizki. Potem jak zwykle targowaliśmy się o cenę przeniesienie dwóch walizek na odległość 100 metrów. Jedyne co dobre, to gorączka odpuścił. Z dworca taryfą ze Szwedką jakąś i Tybetańczykiem na spółę pojechaliśmy autkiem, do którego wszedł spory tłum nas i naszych bagaży. Choć jak się to auto oglądało z zewnątrz, to nie dałbym złamanego grosza, że tylu nas tam wejdzie. Trzy godziny jazdy i już byliśmy w McLeod Ganj. Po dojechaniu do hotelu okazało się, że zostawiliśmy w Delhi paszporty. A były przydatne zarówno podczas meldowania się w hotelu, jak i wyrabiania wejściówki na wykłady Dalaj Lamy. To była pierwsza miła niespodzianka. Ale jakoś daliśmy radę. Z hotelu Relax w Delhi przesłano nam odbitki faxem i jakoś się tym wykręciliśmy. To i tak nie było takie złe. W drodze powrotnej w hotelu zostały: bilety samolotowe, komórka, kilka zakupów ze strefy wolnocłowej. No i to było nieco gorsze. Odzyskanie biletów wymaga jednak osobnej opowieści.

W Upper Dharamsali (oni mówili: Daramszali) czyli McLeod Ganj byliśmy 10 dni, potem znowu Delhi, tam dwa dni łącznie z wizytą w Agrze i Taj Mahal i powrót do Polski. Powrót trwający 24 godziny. Opóźnienie spowodowane było niezgodą kapitana samolotu na przyjęcie chorej Hinduski. Chorej a nie wiadomo na co. Protokołowanie tego faktu zabrało Hindusom trzy godziny i o tyle się opóźniliśmy, a potem to już trudno było znaleźć jakiś samolot. Stąd taka długa jazda. Muszę pamiętać, żeby poświecić choćby z kilka zdań biurokracji hinduskiej, bo zasługuje na to.

teksty: 

wspomnienia z Indii

Jarek Chybicki wrócił z wyprawy do Indii. Poniżej pierwsze wspomnienia Jarka z Dharmasali. Dalsze będzie dodawał sukcesywnie.

McLeod Ganj (wymawiano to mniej więcej jak: maklogandżi) jest miasteczkiem położonym nieco wyżej niż Dharmasala, na północy Indii, jakieś 550 kilometrów od Delhi. Można tam dojechać z Delhi na dwa sposoby: pociągiem do miejscowości o nazwie Panthankot (jedzie się jakieś 12 godzin), a potem auto-busem lub taksówką (ze trzy godziny jazdy). Albo też bezpośrednio autobusem. Orientacyjnie podam ceny: pociąg jakieś 1200 rupii, podobnie taksówka. Spałem w bardzo luksusowym hotelu, jednym z droższych (w innych miejsc nie było, bo okres wykładów HH DL jest bardzo gorący) i doba kosztowała 1100 rupii. Porządne jedzenie w knajpie to 150 – 200 rupii posiłek. 1000 rupii to mniej więcej 80 złotych. Widać, że taniej niż w Polsce, sądzę, że ze dwa razy. Zarówno noclegi jak i jedzenie (w zasadzie wszystko oprócz przejazdów) może być znacznie, znacznie tańsze.

O ile dobrze zrozumiałem to raz Dharmasala, raz McLeod Ganj jest nazywane małą Lhasą. Zresztą obydwie miejscowości są w zasadzie jedną, McLeod Gnaj nazywane jest Upper Dharmasala. Aczkol-wiek główna siedziba zarówno rządu tybetańskiego na uchodźstwie jak i samego Jego Świątobliwości Dalaj Lamy to McLeod Ganj. W tym mieście jest świątynia, w której mieszka, przyjmuje gości i daje wykłady Jego Świątobliwość Dalaj Lama. Właściwie nikt nie mówi tam: „Dalaj Lama”, wszyscy zaś His Holiness czyli Jego Świątobliwość.

Wykłady polegały na tym, że HH czytał dwie książki na zmianę, a następnie je komentował. Pierwsza z książek to życie Milarepy, chyba pod takim właśnie tytułem. Druga zaś „Bodhisattwas way of life” oby-dwie książki są przetłumaczone na angielski (tę drugą udało mi się kupić), a większość ludzi miała je ze sobą. HH czytał swoje wykłady śpiewnie, po tybetańsku, a tłumaczenie odbywało się poprzez radyjko, które każdy miał mieć ze sobą. Tłumaczono na angielski, hiszpański, a w ostatnie dni pojawiło się tłumaczenie na rosyjski. Niestety mój angielski był zbyt słaby (lub tłumacz zbyt skomplikowany i tylko dla native speakers), że rozumiałem niewiele. HH podczas czytania głośno wciągał ślinę, wzdychał, odkrztuszał ślinę i wydawał inne dźwięki zwielokrotniane przez megafony. Potem zauważyłem, że w zasadzie wszyscy Tybetańczycy postępują podobnie np. podczas jedzenia. Więc nic niezwykłego, ale początkowo brzmiało to egzotycznie.

Audytorium po połowie składało się z turystów zachodnich i Tybetańczyków. Turyści zachodni byli bardzo kolorowi, tzn. nazwałbym ich generacją „dzieci kwiatów” gdyby nie to, że to określenie jest już zarezerwowane. Innymi słowy „zachodni” ubierali się podobnie, ubierali się jak hippisi – niemal wszyscy w ten właśnie sposób. Tybetańczycy zaś ubrani byli w swoje zwykłe stroje, co będzie być może widać na kilku zdjęciach.

Przed wejściem na wykłady była bardzo szczegółowa kontrola ze względów bezpieczeństwa, w końcu HH jest nie tylko duchowym przywódcą Tybetu. Trzeba było też mieć specjalną wejściówkę dość łatwą do zdobycia, ja jednak miałem trochę kłopotów ponieważ posiałem paszport, ale się udało. Z tych powodów nie mam żadnych zdjęć ani nagrań. Mam nadzieję, że wykłady te można będzie wkrótce znaleźć necie. Podaję jeden z możliwych adresów: http://www.dalailama.com/ . A zestaw wykładów pod adresem: http://www.dalailama.com/page.128.htm . Są tu zarówno wykłady jak i video, więc nie miałem po co próbować nagrywać, wszystko dostępne i to za darmochę.

teksty: 

wspomnienia z Indii cz.2

Druga część wspomnień Jarka.

Wykłady przebiegały w dwóch turach, rano od 9 tej do 11:30, a potem od 13 do 15 tej. Ludzie schodzili się prędzej, wtedy mnisi coś śpiewali. HH pojawiał się o 9:30. wszyscy wstawali i robili trzy pełne pokłony, Tybetańczycy robili pokłony kładąc się plackiem na brzuchu (tak wygląda pokłon tybetański). Tuż po wejściu HH mnisi roznosili bułeczki, a potem herbatę z mlekiem, której nie piłem z dwóch powodów: nie miałem naczynia oraz, co ważniejsze, wzbudzała moją podejrzliwość swoim kolorem. Było tam parę tysięcy ludzi, pełna cała świątynia. Wszyscy siedzieli na ziemi, na poduszeczkach, kocach i czym tam jeszcze. W tym czasie miasto było opustoszałe. Po wykładach ulice się zaczerwieniały, wylegało na nie tysiące mnichów. Wiem, bo nie na wszystkie wykłady chodziłem. W końcu Łukasz dawał radę wysiedzieć tylko część z nich. Do uczestnictwa w wykładach przekonało go wierzenie, że jeśli zobaczy się HH, to zostają wymazane przewiny z siedmiu żywotów wstecz. Nie sądzę, żeby rozumiał, co to jest siedem żywotów wstecz, ale siedział i się nie nudził. Ogólnie był dzielny. Co więcej Łukasz wzbudzał tam bardzo duże zainteresowanie, wielu ludzi chciało mieć z nim zdjęcie, wielu się z nim witało, ściskało rękę. No wzbudzał sensację. Kilka zdjęć mam. Po pewnym czasie wpadłem na powód tego zainteresowania: był on mianowicie jedynym małym, białym dzieckiem w McLeod Ganj w tym czasie, a być może w ogóle od dłuższego czasu. O ile bowiem białych się widywało, to byli to biali dorośli. A ten to zdecydowanie nie dorosły. Śmieszne było, że większość ludzi pozowała do zdjęć, stając na baczność i patrząc odważnie w obiektyw. Po naszemu mało naturalnie.

A teraz nieco o treści wykładów. Jak już pisałem ze względów językowych, a także mojej ograniczoności ogólniejszej natury, niewiele skumałem. No, ale jest strona z wykładami więc czuję się spokojniejszy. Może ktoś ściągnie i mi powie. Więc będzie ogólnie, może z błędami i niewiele. Raczej moja interpretacja niż odtworzenie wykładów.

Co pamiętam, spis treści, potem krótkie rozwinięcia:

1. Największe przyczyny błędów, braku logicznego myślenia.
2. O tym co wyróżnia buddyzm od innych religii.
3. O przemienianiu uczuć z negatywnych w pozytywne.

Jeden z wykładów poświęcony był najczęstszym czterem błędom jakie popełniają ludzie myśląc o świecie i sobie.
Po pierwsze, że mylą pożądanie ze szczęściem.
Po drugie, że wierzą w istnienie „ja” osobnego od innych ludzi.
Po trzecie, że rzeczy nietrwałe biorą za trwałe i niezmienne.
Po czwarte wreszcie, że rzeczy i wydarzenia wydają im się jako istniejące niezależnie podczas, gdy wszystko jest od siebie zależne.

HH mówił, że buddyzm należy brać logicznie, sprawdzać samemu, nie brać na wiarę. Że jeśli podejdzie się do analizy siebie i świata logicznie, to okaże się to wszystko co wyżej napisałem. Wszystko jest ze sobą powiązane i nietrwałe. Pożądanie i zaspokojenie pożądania nie daje szczęścia. Wreszcie jeśli się do dna odpowie na pytanie kim się jest, to się okaże, że „ja” nie ma.

Zasadniczą linią oddzielającą buddyzm od innych religii jest buddyjskie przekonanie o nieistnieniu „ja”. Pozostałe religie tworzą jakiś rodzaj relacji między Bogiem a osobnym wobec Boga człowiekiem. W chrześcijaństwie koncepcja osobowego Boga i szczególnej relacji Boga i człowieka ma znaczenie kluczowe – mówi się, że nie może istnieć miłość inna niż pomiędzy dwoma różnymi istotami. Podobnie jest w innych religiach. Buddyzm zdecydowanie odróżnia pojęcie złudności istnienia „ja”, istnienia osobnego bytu. Kolejną kwestią, którą HH zaznaczał dość często to fakt wzajemnej współzależności wszystkiego co istnieje.

Sporo uwagi HH poświęcił sprawom przemieniania emocji negatywnych w pozytywne. W jednym z wykładów powiedział, że najlepszym podarunkiem jaki jeden człowiek może dać drugiemu jest brak lęku, nauczenie życia bez lęku. Pomocne przy tej przemianie może być zauważenie, że wszystko jest wzajemnie powiązane. W tym miejscu nasuwa mi się uwaga nieco innej natury. Chodzi o inwazję Chin na Tybet. Zajęcie Tybetu przez Chiny miało miejsce w roku 1950. inwazja była bardzo brutalna. Także w tej chwili działalność Chińczyków można przyrównać do hitlerowskiego planu wyniszczenia narodów. Podobno Lhasa jest miastem, w którym jest najwięcej na świecie prostytutek. Tybet w zasadzie nie ma żadnych szans na niepodległość. Dalaj Lama walczy o jakiś rodzaj autonomii. Podczas jednej z rozmów z uchodźcą z Tybetu, uchodźcą do Indii, opowiadał on o strasznych trudach takiej ucieczki. Polega to na tym, że rodzina musi przez miesiąc przedzierać się przez góry, bez jedzenia. Zdarzało się podobno, że podczas tych ucieczek porzucano po drodze dzieci, które nie miały siły iść dalej, żeby ratować resztę rodziny. Krótko mówiąc Tybetańczycy wycierpieli bardzo wiele i cierpią wciąż. Tybetańczycy mają prawo mieć wiele negatywnych uczuć. Życie z taką dozą nienawiści byłoby trudne. HH na przykład zauważa pozytywne aspekty inwazji Chin. Twierdzi, że dzięki temu świat miał okazję poznać bogactwo kultury tybetańskiej, które w przeciwnym razie byłoby dla świata niedostępne. Problem przemiany uczuć i rozwijania współczucia (bodchiczitty) jest chyba jedną z centralnych kwestii buddyzmu tybetańskiego. Jest podstawą ścieżki Bodhisattwy. Jest podstawą buddyzmu Mahajany, jak choćby w naszych ślubowaniach.

Definicja Bodchichitty jest podana przez Maitreję: składa się z dwóch aspektów. Pierwszym z nich jest współczucie do wszystkich czujących istot, pragnienie przyniesienia tymże wyzwolenia. Drugim aspektem jest pragnienie własnego wyzwolenia, aby móc lepiej służyć innym.

Dość duże wrażenie robią mnisi. Po pierwsze ze względu na ich ilość. Po wykładach ulice McLeod Ganj stawały się czerwone. Po drugie ze względu na ich postawę: zadowolenie, przyjacielskość, otwartość, zainteresowanie ludźmi. Z jednym z nich zaprzyjaźniliśmy się co nieco. Podczas pierwszego spotkania, w trakcie witania się trzymał moją rękę dwoma rękami, patrzył długo i z autentycznym zainteresowaniem w oczy, aż mnie to trochę zawstydziło. Mnich ten zresztą zbudował w Tybecie (czyli Chinach) olbrzymi klasztor nie mając grosza przy duszy. Dzięki zbieraniu pieniędzy, bezpłatnej pracy. Mamy zresztą do niego zaproszenie i będzie nas witał z wielką przyjemnością. Czasem na ulicy trudno było przejść żeby mnisi nas nie pozdrawiali, witali się, uśmiechali. Jeśli szedłem z Łukaszem większość z nich nas życzliwie zaczepiało, szczególnie chętnie witali się z Łukaszem. Po trzecie z powodu ich różnorodności. Mnichami były niemal dzieci i ledwo stojący na nogach starcy.

W dniu, w którym nie było wykładów, poszliśmy z Łukaszem na wycieczkę obejrzeć pobliski wodospad. Przy wejściu na ścieżkę do wodospadu zauważyliśmy groźnie brzmiący znak, żeby pod żadnym pozorem nie wchodzić na tę ścieżkę właśnie. Ścieżką pomimo to ciągnęły spore rzesze ludzi. Ośmieleni poszliśmy dalej. Ścieżka biegła wzdłuż stoku, obramowującego górską dolinę i rzeczkę, w jaką zmieniał się wodospad. Nad brzegami rzeczki, w dole zobaczyliśmy widok, którego znaczenie zrozumiałem po dłuższej chwili. Setki mnichów roznegliżowanych, setki suszących się na kamieniach w słońcu szat, setki osób pieczołowicie trzepiących swoje ubrania w górskiej wodzie. Szare kamienie, stalowa woda, czerwone i żółte szaty tworzyły niezwykły widok. Widok pomnożony przez setki uwijających się postaci. Trafiliśmy do wielkiej górskiej, naturalnej pralni. Mnisi prali, odpoczywali, jedli, grali w jakieś gry, kąpali się i myli, leżeli i wygrzewali się na słońcu, chodzili w góry. Zeszliśmy na dół. Zostaliśmy chwilę pomoczyć nogi obok malutkiego jakby jeziorka utworzonego między skałami. Woda była lodowato zimna. Trudno było utrzymać w niej nogi dłuższy czas. Łukasz jednak rozgrzany zejściem a potem podejściem, ładną pogodą rozebrał się i wskoczył do jeziorka. Mnisi zebrani wokół uhonorowali jego wyczyn oklaskami i śmiechem. Po chwili sami odważyli się zanurzyć.

Tybetańczycy są niezwykle pokojowi, otwarci, pokorni i chętni do kontaktu. Widać to zwłaszcza w kontraście do przedsiębiorczych i aktywnych Hindusów. Dwa porównania. Wejście do sklepu hinduskiego (ba! nawet spojrzenie na ich stragan) wiązało się niemal zawsze z nagabywaniem, zapraszaniem do obejrzenia wszystkich towarów, propozycją kawy. Z reguły też sprzedawcy obiecywali obniżki. Czasami obniżki były naprawdę duże, tak duże, że stawia to pod znakiem zapytania sensowność ceny początkowej. W naszym języku podejście Hindusów można by było określić jako bardzo aktywną sprzedaż. Techniki jakie stosowano były rozmaite: litość („Tak mało u nas turystów”); przeliczanie ceny na dolary – co dawało efekt, że z setek rupii robiło się parę dolarów; pokazywanie obniżek na kalkulatorze (jakby wynikały z jakichś obliczeń); zaprzyjaźnianie się (sam nie pamiętam ile razy zostałem nazwany „przyjacielem”). Innymi słowy, żeby nie zostać zaczepionym jedynym sposobem było wyraźne okazywanie braku jakiegokolwiek zainteresowania towarami. Sklepy Tybetańczyków były inne. Sprzedawcy byli całkiem nieaktywni, siedzieli na swoim stołku i czekali na inicjatywę klienta. Prawdą jest, że z reguły niemal w ogóle nie mówili po angielsku, a cenę często podawali pisząc ją na skrawku papieru lub pokazując na palcach. Cen w zasadzie nie dało rady negocjować, one od razu były najniższe. U Hindusów nauczyłem się handlować niemal zawsze, a kiedy to z rozpędu robiłem u Tybetańczyków, miałem wrażenie, że ich urażam. Potem zobaczyłem, że mają taniej i jak dają jakąś cenę, to dlatego, że ona taka jest, a nie dlatego, że jestem biały. Ich sklepy były też uboższe niż hinduskie.

Inne zdarzenie. W drodze na wykłady przechodziłem obok malutkiej, po naszemu, kapliczki, obok której siedział gość w żółtych szatach. Kucnąłem i zrobiłem mu zdjęcie. Zauważył mnie i trochę przestraszyłem się, że będzie chciał pieniądze, w końcu był Hindusem. Ale on zaprosił mnie przed siebie, machając rękami i krzycząc: „No money, no money”. Wskazał ręką miejsce naprzeciw siebie, zaprosił do zrobienia zdjęcia, uśmiechnął się. Spodziewałem się, że zacznie mnie nawracać, więc się uspokoiłem. Ale on wcisnął mi w kieszeń od koszuli malę, a potem zaczął coś z wyraźnym ożywieniem opowiadać. Z opowieści wynikało, że chce gdzieś jechać, a podróż ta jest ważna, bo religijna. A co ważniejsze potrzebuje na nią 170 rupii. Wtedy zrozumiałem, że moje obawy były uzasadnione. Klnąc na swoją głupotę, że nie poszedłem dalej, wyciągnąłem 100 rupii i mu dałem. On się obraził i zaczął powtarzać, że przecież jemu trzeba 170 rupii, a nie 100. Chwilę to wszystko trwało, aż w końcu wstałem i poszedłem. Zdjęcie kosztowało mnie 100 rupii czyli jakieś 8 złotych, w zasadzie można powiedzieć niedużo, a nawet bardzo mało. Gorsze jednak było to, że czułem się wykorzystany, zmuszony do zrobienia czegoś na co nie miałem ochoty. No cóż, przegrałem. Powlokłem się dalej. Pół godziny później siedziałem na skraju górskiej ścieżki z aparatem w ręku. Drogą przechodził Tybetańczyk. Zobaczył mnie z aparatem. Stanął, uśmiechnął się i gestami zaczął mnie zachęcać do zrobienia mu zdjęcia. Kiedy podniosłem aparat, stanął wyprostowany, przyjął pozę zdjęciową i zastygł w oczekiwaniu. Po zrobieniu zdjęcia poszedł dalej dziękując.

teksty: 

wspomnienia z Indii cz. 3

Wspomnienia Jarka część 3

Ruch uliczny w Indiach. Jeździ się tam po wariacku. Jedyne, co ich ratuje przed totalnym wyniszczeniem narodowym, to fakt, że jeżdżą powoli. Czasem powolność jest denerwująca. Przejazd 400 kilometrów pociągiem zajmuje 12 godzin, ale trudno. Ogólnie zasady ruchu mogę spróbować spisać w kilku punktach:

Ruch jest lewostronny, co samo w sobie, oczywiście, nie jest niczym złym. Dołożyć należy jednak do tego, że najczęściej na jezdniach nie ma pasów, uliczki bywają bardzo wąskie, chodników nie ma – piesi i pojazdy mają w zasadzie równe prawa. Kiedyś wychodziłem z dworca autobusowego (jak pisałem nie ma chodników) przeciskając się między wyjeżdżającymi autobusami, które co chwila ruszały o kawałek do przodu; stały jeden za drugim co jakieś pół metra, kierowca nie mógł widzieć idących dołem ludzi. Przeżycie metafizyczne. Wtedy zrozumiałem, że jestem w piekle. Ale o tym więcej w innym miejscu.
Ponieważ jest tłok, lusterka boczne są złożone, bo w przeciwnym razie dawno byłyby poobrywane. Jadąc nie wiadomo czy przypadkiem nie zajeżdżamy komuś drogi. Ma to dwie ważne konsekwencje. Po pierwsze auto zamierzające wyprzedzić trąbi, żeby poinformować o swojej obecności. W Polsce trąbienie ma z reguły wydźwięk agresywny, tam czysto informacyjny. Trąbi się więc stale. Cały dzień i całą noc, co bywa kłopotliwe. Po drugie nie ma specjalnego sensu używanie kierunkowskazów. Po prostu jak skręcam, to skręcam, jeśli nikt nie trąbi mi na plecach wszystko jest OK. Pewno to są powody, dla których auta są dość mocno pokiereszowane.
Ważnym elementem gry są krowy. Ich widok jest piękny. Wokół straszny ruch, klaksony, przepychanie, pisk hamulców, a one spokojnie, z dostojeństwem przechodzą środkiem ulicy. Potem z pewną melancholią, jakby nie widziały tego wszystkiego wokół, kładą się z boku jezdni, czasem na środku, przeżuwać swój pokarm. Leżą jakby nieobecne a zawsze posągowo spokojne. Całe sznury aut, wielkich ciężarówek, małych riksz, osobowych przepuszczają dostojne zwierzęta. Auta z respektem zatrzymują się, gdy kilka krów przecina ulicę lub omijają wypoczywające zwierzęta. Pytałem Hindusa o co tu chodzi. Nie za wiele powiedział. Z tego co zrozumiałem wynikało, że religia zabrania im jeść wołowinę. Pewnego dnia jechaliśmy na wycieczkę taksówką po górzystych dróżkach obok Dharamsali. Kierowca był spokojny i małomówny pomimo tego, że zakręty były strasznie ostre, dróżka wąska, za burtą ziała przepaść, a co pewien czas mijaliśmy inne auta. Spokoju kierowcy nie zmąciło zabicie psa. W zasadzie niemal tego nie zauważył. Fakt, w Indiach jest bardzo dużo bezdomnych psów. Parę kilometrów dalej na samochód weszła krowa. Dość mocno walnęliśmy ją prawą stroną auta, krowa padła na ziemię. Kierowca zatrzymał na chwilę auto. Wyszedł i popatrzył na szkody. Prawdę mówiąc, nie było ich zbyt dokładnie widać, wśród mnóstwa innych zarysowań. W tym czasie krowa wstała i poszła dalej. My też pojechaliśmy dalej. Absolutny spokój kierowcy zmąciło tylko jedno wydarzenie. Po drodze okazało się, że aby pojechać dalej należy zapłacić 20 rupii czyli na polskie jakieś 1,5 złotego. Wtedy się wkurzył. Była awantura. Staliśmy tam z pół godziny. Z zachodniego punktu widzenia, znacznie większe szkody kierowca odniósł po spotkaniu z krową, więc nie rozumiałem skąd takie zdenerwowanie przy 20 rupiach. Potem zrozumiałem, że szkód jakie wyrządziła krowa, nikt nie miał zamiaru naprawiać, a te dwie dychy trzeba było płacić.
Kilka ciekawostek:
Poza miastem można jeździć pod prąd. Kiedy po raz pierwszy zobaczyłem na autostradzie jadący naprzeciw nam wielki traktor, wyładowany niemożebnie czymś tam, przeżyłem chwilę strachu. Potem wyczekiwałem podobnych z niecierpliwością. Nikt nawet nie trąbił – bo przecież doskonale się widzieli.
Czerwone światło jest traktowane jak sugestia zatrzymania się. A nocą w ogóle nie zauważane. Do tego trudno się przyzwyczaić. Policjanci jednak są przyzwyczajeni.
Światła samochodów nawet nocą nie zawsze są włączane. Właściwie to nie wiem czemu. Może z oszczędności, a może nie trzeba.
Auta są malutkie. Najpopularniejsza marka to Marutti Suzuki. Ale ma on wiele przejawów. Małe autko, mini van, mini mini van, limuzyna i inne. Widziałem także Skody Octavie. A największą hinduską firmą produkująca samochody jest TATA. Zresztą ta firma robi tam niemal wszystko: telefony komórkowe, buduje i co tam jeszcze.

Najtańszym, środkiem lokomocji po mieście (zarówno po Delhi jak i McLeod Ganj) są riksze. Chodzi o riksze zmechanizowane. Są to trójkołowe pojazdy osłonięte brezentową budą. W Delhi w najdalsze miejsce jakie nam się zdarzyło jechać zapłaciłem 70 rupii, a za całodzienne wożenie chyba 200. Najczęściej kurs kosztował od 30 do 40 rupii w zasadzie w dowolne miejsce. Jeżdżenie rikszą po Delhi, jakkolwiek niezbędne, było często wyprawą w nieznane. Przede wszystkim o cenę należało pytać przed wejściem do pojazdu. W innym wypadku kierowca uznawał, zresztą słusznie, że jest się turystą początkującym i należy takiego orżnąć, czyli na koniec podróży można było usłyszeć cenę trzykrotnie wyższą. W rikszy nie ma liczników i trzeba określić stawkę przed wejściem. Najczęściej rikszarze podawali ceny dwa, trzy razy wyższe licząc na swój szczęśliwy dzień. Wtedy podawało się cenę swoją. Zaczynał się mały handel. On proponował kwotę nieco niższą od pierwotnej. Wtedy mówiło się, że wiemy ile podróż jest warta i powtarzaliśmy ofertę. Rikszarz się upierał. Wtedy należało odejść i skierować się do innej rikszy. Widząc plecy rikszarz krzyczał, biegł i w końcu zgadzał się i zabierał za naszą cenę. Chyba, że opłata, jaką oferowaliśmy rzeczywiście była zbyt niska. Aczkolwiek trudno w tym miejscu powiedzieć, co dokładnie oznacza w Indiach za niska cena. Pewnego dnia uliczny sprzedawca zaczepiał mnie kilka razy chcąc sprzedać malutkie szachy. Nie chciałem ich kupić, ale Łukasz coś marudził, że mu się podobają i to właśnie chyba ten sprzedawca wyczuł, dlatego tyle razy do nas podchodził. Mniejsza o to, ważne, że w ciągu 45 minut i pięciu podejść handlowych cena szachów spadła z 300 rupii do 20.

Wracając do riksz. Szczęśliwie cena ustalona, kierunek jazdy mniej więcej też. W zasadzie tylko parokrotnie udało mi się po prostu pojechać, tam gdzie chciałem. Często bywało tak, że rikszarz sugerował drobną zmianę w trasie, żeby zobaczyć wyjątkową świątynie, wystawę lub muzeum. Zachwalał rzeczony przybytek jako jedyny i najsławniejszy w Delhi. Kiedy pasażer nieopatrznie wyraził zainteresowanie, lądowało się w zwykłym sklepie. Sklep ów rzeczywiście nazywał się najczęściej świątynią czegoś, ekspozycją lub muzeum, niemniej jednak pozostawał sklepem dla turystów. Kiedy zwiedzałem sklep, rikszarz odbierał talon na benzynę. Rikszarz za doprowadzenie do sklepu turysty, był przez sklep wynagradzany. Turysta jest w Indiach dobrem narodowym i, w pewnym sensie, jest „uprawiany”. Inny przykład „dystrybucji” turysty to przewodnicy. Pewnego dnia wynająłem taksówkę na podróż do Agry i z powrotem. Agra jest miastem, w którym znajduje się jeden z cudów świata – Taj Mahal. Kierowca zaproponował, żebym wziął przewodnika, dodając, że przewodnik jest całkowicie za darmo. Okazało się, że przewodnik to jakaś jego rodzina; przewodnik jakkolwiek nie wziął pieniędzy to powtórzył co najmniej pięć razy, że jeśli ja będę zadowolony to i on będzie, dając jednoznacznie do zrozumienia, że liczy na napiwek; wziął mój bilet (750 rupii, a więc drogo jak na Indie), chyba, po to, żeby go powtórnie sprzedać; wreszcie w ramach zwiedzania Agry zawiózł do dwóch „świątyń” czyli sklepów. Zmęczenie, wizyty w sklepach, pośpiech to wszystko tak mnie wykończyło, że zrobiłem awanturę, podczas której kierowca i przewodnik powtarzali: „No problem, no problem”.

teksty: 

wspomnienia z Indii cz.4

ZałącznikWielkość
Image icon zaklinacz wezy.jpg68.29 KB
Image icon zaklinacz wezy1.jpg71.81 KB
Image icon zaklinacz wezy2.jpg47.39 KB
Witam, Poniżej kolejne wspomnienia Jarka z Indii. No cóż... pouczające... "Dlaczego nie jechać do Indii z byłą żoną, albo przynajmniej nie dawać jej biletów..." :))) Kobra Przed świątynią Lakshmi w Delhi na ulicy siedział poskramiacz węży, przed nim leżały dwa koszyki. W koszyku otwartym kołysała się powoli wyprostowana jak struna kobra. Jej kaptur było rozpostarty i można było dostrzec piękny i groźny widok okularów. Kobra podążała za fujarką poskramiacza. Hindus grał jakąś cichutką melodię, miarowo kołysząc przed głową kobry drewnianym instrumentem. Co pewien czas dotykał głowy kobry ręką, to znowu łaskotał ją pod "brodą". Kobra wciąż się kołysała. Raz jakby "dziobnęła" rękę mężczyzny, nie otwierając pyska. Poskramiacz wyjął jeszcze dwa węże z koszyka dotąd zamkniętego i zawiesił sobie na szyi. Zachęcał Łukasza do tego, żeby dotknął głowy kobry. Stojący obok ludzie, raz głaskali kobrę, innym razem lekko drażnili ją dotykając pyska. Kobra nie reagowała, kołysała się w rytm ruchów fujarki. Wąż wyglądał na oszołomionego i rzeczywiście niegroźnego. Na twarzy Łukasza malowały się uczucia silne i mieszane: podziw i szczera chęć podejścia do węża i pogłaskania go, z drugiej strony obawa, lęk i wstręt. Ponieważ w Łukaszu zaczął przeważać podziw i chęć podejścia do koszyka, pomyślałem, że już czas się oddalić. I to byłby prawie koniec przygody z kobrą. Następnego dnia jadąc do Taj Mahal spytałem hinduskiego kierowcę, o to jak to się dzieje, że kobra nie gryzie poskramiacza. Kierowca odpowiedział, że poskramiacz zna tajemne słowa Boga Kriszny, słowa, które nazwał Tantra - Mantra; słowa te rozumieją tylko węże, a słysząc je stają się całkowicie nieagresywne. Prawdę mówiąc nie uwierzyłem mu o czym dość otwarcie i zadziornie go poinformowałem. Wówczas lekko urażony kierowca przytoczył dowód prawdziwości swoich słów. Mianowicie: jeśli spotkamy nieopatrznie kobrę w lesie, a więc w miejscu, gdzie nie ma poskramiacza, wypowiadającego Tantrę Mantrę; więc jeśli spotkamy kobrę w takich mało sprzyjających okolicznościach, to taki wąż z pewnością nas ugryzie. A ugryzie właśnie dlatego, że nikt nie wypowiada tajemnych słów Boga Kriszny. Logiczne i proste. Opowieść poruszyła mnie. Bilety Jadąc do Dharamsali zostawiliśmy nasze paszporty w hotelu w Delhi. Było z tym trochę kłopotów. Głównie z meldowaniem się w hotelu w Dharamsali i wyrobieniem wejściówki na wykłady Dalaj Lamy. Gorzej jednak było w drodze powrotnej. W Hotelu Royal Palace zostały nasze bilety lotnicze. Piszę bezosobowo, ale to ona (wiadomo kto) je zostawiła. Schowała w tajnej szufladce, żeby nikt nie ukradł. No i nikt nie ukradł. W tej samej tajnej szufladce został jeszcze niezbyt piękny telefon komórkowy oraz perfumy ze strefy wolnocłowej w Polsce. Ale to wszystko uświadomiliśmy sobie nad ranem w Delhi, wysiadając o 4:00 z pociągu. Trochę mnie zimny pot oblał. Bo tak - był czwartek rano, a wylot mieliśmy o 3:00 w sobotę. Zostawały nam zatem dwa dni na odzyskanie biletów z Dharamsali odległej o ponad 500 kilometrów od Delhi. No i o tej porze nie miałem zupełnie pojęcia co robić. Jeszcze wiadomo kto (znaczy była żona) mnie profilaktycznie opieprzyła, że czemu nie zajrzałem do jej szufladki, że przecież wystarczy, że ona te bilety przechowywała, że ja w ogóle za nic nie biorę odpowiedzialności, że skoro ona te bilety trzymała aż do wczoraj, to ja powinienem te bilety odzyskać. Po czym poszła spać. No i się zaczęło. Pierwsza myśl była taka, żeby do hotelu, gdzie te bilety są zadzwonić i poprosić żeby wysłali kurierem czy jak tam. Na pewno nie pocztą. Poczta w Indiach jest dokładna i długa. Parę dni wstecz czytałem artykuł o jakimś liście, który dotarł do adresata po ponad stu latach krążenia gdzieś po urzędach. Artykuł konkludował, że biurokracja indyjska jest przysłowiowa, ale precyzyjna. Kłopot był taki, że samolot startował za jakieś 48 godzin. Więc nie pocztą, ale jakoś inaczej, jak nie miałem pojęcia. Drugi problem był prozaiczny - nie miałem numeru telefonu do tego hotelu. No i była 4:30 więc pewno tam wszyscy spali. W pokoju wpadłem na myśl, że być może mam zdjęcie hotelu, że może przypadkiem jest tam też jego numer telefonu. Przeglądnąłem zdjęcia i wśród kilkuset zdjęć znalazłem jedno z widokiem hotelu i malutkim w rogu jego szyldem z numerem telefonu. Zapisałem ten numer na karteczce i pobiegłem uradowany na dół do recepcji. Zadzwoniliśmy. Była 5:00 i oczywiście nikt nie odebrał telefonu. Z portierem ustaliłem gry plan. Zejdę o ósmej i zadzwonię, ale mam jak najszybciej oddać słuchawkę jemu, to on już się dogada. Zaczęło się przedstawienie w trzech odsłonach. Pierwsza odsłona: negocjacje, druga: poszukiwanie autobusu, trzecia: finał. Negocjacje. O ósmej zadzwoniliśmy do hotelu. Przedstawiłem się, podałem numer pokoju i powiedziałem o co chodzi. Pan z uśmiechem powiedział, że wszystko jest: bilety, komórka i perfumy. Oddałem słuchawkę. Portier zaczął coś brząkać i po 20 minut zrelacjonował mi przebieg rozmowy. Otóż człowiek z tamtego hotelu, jak najbardziej znalazł bilety, a nawet może je zanieść szoferowi autobusu jadącego do Delhi, żeby ten ostatni przekazał nam te bilety. Może to zrobić, ma wszakże pewne warunki. Po pierwsze: zatrzyma komórkę, po drugie: zatrzyma perfumy, po trzecie: szofer dostanie 500 rupii. Ucieszyłem się i chciałem dzwonić od razu mówiąc, że niech zatrzymuje co tylko chce, byle wysłał te bilety. Na to portier uspokoił mnie gestem ręki i zasugerował, że on jeszcze ponegocjuje, że komórkę i perfumy da się odzyskać. Był głuchy na moje prośby, żeby tamten zatrzymał dla siebie co tylko chce z wyjątkiem biletów. Portier był nieugięty, pomyślałem, że się uniósł honorem, że nie wolno tak oszukiwać biednych, zakręconych turystów i że zawalczy o honor Indii. Kazał przyjść za godzinę. Za godzinę byłem. Znowu zadzwoniliśmy, znowu rozmawiali (w zasadzie brzęczeli) jakieś 20 minut, i znowu impas. Komórka i perfumy zostają. Znowu kazano mi przyjść na kolejną rundę rozmów za godzinę. Schodziłem tam jeszce trzy razy. Każda wizyta w recepcji hotelu miała taki sam przebieg. Telefon. Brzęcząca rozmowa. Że mam być za godzinę. Za czwartym razem wpadłem na to, że negocjowanie to dla nich obydwu była czysta przyjemność. Nie chodziło o żaden honor i dobre imię kraju w oczach inostrańca, ale wyłącznie o całkowite zatracenie się w negocjacjach, rozmowie. Kiedy pewien Włoch kręcący się przy recepcji zobaczył mnie tak po raz piąty, uspokajająco powiedział, że tak tu jest. Po zachodniemu proste sprawy, załatwia się cały dzień. I nie ma co się niecierpliwić. Zacząłem rozumieć różnicę między celem a drogą. Wschód jest zdecydowanie nastawiony na drogę, nie cel. Celem negocjacji nie było odzyskanie komórki czy perfum. Celem negocjacji były negocjacje. Ale okazało się, że jednak nawet takie podejście ma tę zaletę, że doprowadza do jakiegoś rozwiązania. O 19 tej mieliśmy numer rejestracyjny autobusu oraz godzinę jego przyjazdu do Delhi. Kierowca miał mieć bilety. Jedyne co było mało fajne, to godzina przyjazdu rzeczonego autobusu - 5:00 następnego dnia. Oznaczało to, tyle, że kolejna noc będzie dla mnie dość krótka. Ale i tak byłem szczęśliwy. Poszedłem do restauracji na piwo. Piwo tam podają w sposób tajny to znaczy w imbryku do herbaty, z którego nalewa się piwo do filiżanek jak do herbaty. Z zewnątrz wygląda jakby się piło nieco bardziej pieniącą się herbatę. Smak jest mniej więcej taki sam. Potem zwiedzałem Delhi. Po powrocie do hotelu sprawa była umówiona. Dostałem szofera, który miał mnie zawieźć na dworzec autobusowy i odzyskać bilety. Punkt zbiórki rano 4:30, recepcja. Akt drugi - poszukiwanie zaginionego autobusu. W tym akcie najważniejsza była podróż duchowa jaką odbyłem. Mniej ważne są fakty choć i one są w miarę barwne. A podróż duchowa miała kilka faz. Po pierwsze szok. Szok w reakcji na to co się wokół mnie działo. Po drugie: jakiś rodzaj przerażenia. Po trzecie: próba zrozumienia tego co się wokół mnie dzieje. Aż wreszcie porzucenie wszelkich uczuć i rodzaj apatii. Dotknąłem albo choroby psychicznej, psychozy, albo byłem w jakimś piekle. A po kolei było tak. Wyjechaliśmy rano ledwo dyszącym autkiem, z podświetlonym jakimś bogiem na tablicy. Później czytałem, że Hindusi mają jakieś 300 milionów bogów, co daj mniej więcej jednego na trzech Hindusów więc tam przede mną migał jeden z nich. Rutynowe pytanie: "co to jest?" , dało równie rutynową, nic nie wnoszącą odpowiedź: "Mój Bóg." Jechaliśmy w ciemności, wśród olbrzymich ciężarówek, przez ulice wypełnione sklepami z oponami (opony składowane były na całej ulicy, dachach sklepów i tworzyły olbrzymie sterty), a to sklepami z drewnem, to znowu pełną aktywnych o tej porze fryzjerów. Dojechaliśmy na dworzec. Mój szofer, aby mnie uspokoić powtarzał kilka razy, że jeśli nie odzyskamy biletu będę mógł zabić jego samego oraz jego rodzinę. Formułował to mniej więcej tak: "Your tickets, my responsibility. No tickets, you kill me and my family." Jak się nam pojawiały trudności, wtedy jak mantrę powtarzał te sformułowanie, które miało mnie uspokoić. Prawdę mówiąc wolałem bilety niż zabijanie jego rodziny, przez co nie miało to na mnie zamierzonego wpływu. Na dworcu wpadliśmy w sam środek nieogarnionego tłumu ludzi. Tłumu ludzi śpiących na krzesełkach, tłumu ludzi siedzących w kucki i sortujących gazety. Idąc na stanowiska autobusów mój kierowca zaszedł do budki, wyglądało jakby informacyjnej, zanim tam wszedł poprosił o to, abym kupił pepsi colę. Zaniósł butelkę jako podarunek. Wychodząc z budki oznajmił, że autobus jeszcze nie przyjechał. Wyglądało, że w tym chaosie sprawy są pod kontrolą. Było to niezmiernie mylne wrażenie. Wyszliśmy na wielki plac, na którym było z pięćdziesiąt stanowisk autobusowych; wciąż przyjeżdżały nowe autobusy. Przy końcu stanowisk stały budki, a w każdej nich siedział człowiek. Nie miał nic, żadnych informatorów. Wyglądało też, że nie wie czy jakiś autobus przyjechał albo kiedy odjedzie. Jednak siedział w swojej budce od piątej rano. Chodziliśmy z pół godziny po placu, rozglądaliśmy się za zielonym autobusem z rejestracją HP 903960. Obejrzałem ze sto autobusów, a wciąż przyjeżdżały nowe, inne odjeżdżały. Naszego nie było. Mój przewodnik poszedł po nową colę i nowe informacje. Wrócił zadowolony. Okazało się, że autobusy z Dharamsali przyjeżdżają w zupełnie innym miejscu, a dokładnie w dwóch możliwych miejscach. Poszliśmy tam. Wyjście z dworca było straszne. Przeciskaliśmy się wśród sznura wyjeżdżających autobusów, które co i rusz posuwały się trochę do przodu. Nie było chodnika więc przechodziłem pomiędzy maską jednego i tyłem drugiego autobusu. Żaden z kierowców nie miał szans mnie widzieć. Więc przechodząc jak usłyszałem, że autobus zamierza ruszyć do przodu, w panice uciekałem. Potem znowu przechodziłem między autobusami, znowu uskakiwałem kiedy posuwały się do przodu. Po jakimś czasie szczęśliwie wyszliśmy na wielką arterię, po trzy pasy w każdą stronę. Było jeszcze ciemno. Rzeka samochodów w jedną i drugą stronę, pośrodku malutki, jakieś pół metra szerokości pas dzielący obydwa kierunki ruchu. Ponieważ autobus mógł przyjechać w dwa miejsca - stanęliśmy pośrodku na cieniutkim pasie, pomiędzy pędzącymi autami, autami najdziwniejszych marek i kształtów. Na przystanki, które obserwowaliśmy przyjeżdżał jeden autobus na piętnaście sekund. Wszyscy wkoło krzyczeli, trąbili, ignorowali czerwone światła. Ruch zamierał tylko wtedy, kiedy przez ulicę dostojnie przechodziły krowy. Wtedy samochody stawały, za krowami kryli się ludzie i też przechodzili. Jedna z krów zaległa na środku ulicy i spokojnie coś tam przeżuwała. Myśmy stali pośrodku tego piekła unikając zaczepienia przez lusterka przejeżdżających aut. Po godzinie, może dwóch, czas stanął w miejscu, mój towarzysz poszedł po nowe informacje, z nową butelką pepsi. Zostałem sam. Zacząłem pojmować, że nic nie rozumiem z tego co się dzieje. Że elementy całej sytuacji są mi znane: autobus, droga, krowa, pasażerowie, ale całość nijak nie składa się do kupy. Pojąłem, że chyba tak wygląda piekło: kompletny bezsens, chaos, zagrożenie, absolutne przekonanie, że misja odzyskania biletów skończy się niepowodzeniem. Stałem pośrodku tego. Żeby nie oszaleć zacząłem pozbywać się uczuć: nadziei na wyjazd stamtąd; obaw, że przejeżdżające samochody mnie zabiją; prób zrozumienia co tu robią krowy. Wrócił Hindus. Zaczął mówić, że jakiś autobus nie dojechał z Dharamsali, zepsuł się 100 kilometrów przed Delhi. Że może to nasz autobus. Albo może nasz się spóźnił i przyjedzie za dwie godziny. Dodał rzecz jasna, żebym się nie przejmował, bo w razie czego mogę zabić jego samego i jego rodzinę na dokładkę. Powiedział i zastygł w oczekiwaniu. Znowu staliśmy jakąś wieczną chwilę. Po czym nagle zaproponował żebyśmy pojechali do hotelu się odświeżyć. Wziął mnie za rękę przeprowadził przez jezdnię, a potem do samochodu. Pojechaliśmy do hotelu. Zacząłem rozumieć mechanizm stawania się "muzułmaninem" w obozach koncentracyjnych. W hotelu wykąpałem się, poleżałem w łóżku, a po godzinie zszedłem na dół. Hindus tam był. Była mniej więcej dziesiąta. Minęło pięć godzin, z czego cztery na dworcu. Gorąco. Pojechaliśmy bez słowa na dworzec. Dla otuchy przypomniał mi o możliwości wykończenia jego rodziny. Wchodząc na dworzec kupiliśmy butelkę pepsi. Tym razem poszliśmy na inny przystanek, ten co trzeba. Chyba. Prowadził mnie za rękę. Nawet był opiekuńczy. Ja już dawno się poddałem. Zacząłem przywykać do myśli, że zostanę tu na zawsze. Na tym dworcu. Jakby na potwierdzenie moich myśli przeszła obok mnie procesja policjantów prowadząca zakutych w kajdanki ludzi. Popatrzyłem bezmyślnie za nimi i doszedłem do wniosku, że w więzieniu będę miał jedzenie, że może nie będzie tak źle. Hindus jednak szedł na przystanek i ciągnął mnie za sobą. Doszliśmy na przystanek. Kazał usiąść, zdaje się, że mieliśmy tam spędzić kolejne pół dnia. Jedyna ławka była strasznie brudna. Znalazłem jakieś 15 centymetrów czystej ławki i siadłem. Patrzyłem za autobusem. U moich stóp była wyrwana w ziemi dziura, z której wystawała końcówka pękniętej rury. Z rury wyszła malutka myszka i zaczęła coś skubać. Nagle uciekła. Z dziury wyszły trzy pokaźne szczury i coś spokojnie zaczęły wtryniać 10 centymetrów od mojej nogi. Patrzyłem na nie obojętnie. Dzięki Bogu one też mnie olewały. Tymczasem na przystanku zajeżdżało jakieś 10 autobusów na minutę. Hamowały z piskiem, trąbiąc. Jacyś ludzie coś krzyczeli, walili w boki aut. Ja miałem wśród tych aut wypatrzyć tę jedną zbawczą rejestrację. Bez skutku. Znowu wpadłem w apatię. Znowu nic nie czułem. Jednak nagle pojawił się nowy element, który zaburzył moją stabilność. Transwestyci. Na przystanku pojawił się facet, grubawy, łysiejący, z owłosionymi rękami i nogami. Niby wszystko OK., ale był ubrany w czerwone sari i umalowany, jak kobieta. Włosy, choć rzadkie, też były upięte w piękny kok. Na kostkach brzęczała jakaś biżuteria. Człowiek ten chodził pomiędzy pasażerami, głaskał ich, a zawsze mężczyzn, po plecach, patrzył im głęboko w oczy, trzymał delikatnie za rękę, czasem gładził czyjąś dłoń. Zaczepieni pasażerowie nie unikali pieszczot, patrzyli spokojnie w oczy, rozmawiali z transwestytą. Koniec rozmowy następował kiedy zaczepiony dawał jakiś pieniążek. Wtedy kolorowy mężczyzna odchodził i podchodził do innego. Po pół godzinie na przystanku pojawił się podobny jegomość tyle, że w tonacji niebieskiej. Nieco zmieszany patrzyłem na ten taniec. Nie zamierzałem podejmować wysiłku umysłowego mającego na celu zrozumienie. Szukałem tylko strategii obronnej. Ale to było akurat dość łatwe. Wygrzebałem banknot 20 rupii i trzymałem zwinięty w ręku. Wkrótce czerwony podszedł i do mnie i zaczął coś brzęczeć. Dałem mu dwie dychy. Poszedł. Znowu mogłem spokojnie zapaść się w siebie. Siedzieliśmy dalej. Po jakiejś godzinie, albo może dwóch mój Hindus, kupił pepsi i poszedł. Wrócił i zaczął od przypomnienia moich praw związanych z jego rodziną, potem powiedział, że w sprawie autobusu nic nie wiadomo. Może się zepsuł, może nie dojechał, może wreszcie dojechał, ale nie wiadomo gdzie i o której. Powiedział i usiadł. Znowu siedzieliśmy. Znowu autobusy, klaksony, pisk hamulców, szczury, transwestyci, brudna ławka. Starałem się zmusić do tego, żeby w Indiach mi się podobało. Miały się przecież stać moim domem na najbliższy czas. Nagle mój Hindus wstał i powiedział, że pojedziemy do zajezdni autobusowych czyli tam gdzie śpią kierowcy z Dharamsali i gdzie stoją autobusy czekające na powrót w góry. Wziął mnie za rękę, przeprowadził i dotarliśmy do samochodu. W upale jechaliśmy przez strasznie zatłoczone ulice Delhi. Nic nie czułem, a właściwie tylko było mi gorąco. Po trzech kwadransach dojechaliśmy do zajezdni. Przed wjazdem Hindus rzekł, że na 99% autobus tu jest. Jakby nie było biletów, to rodzina czeka na zamordowanie. Jeździliśmy po zajezdni z 20 minut. Autobusu nie było. Przed wyjazdem Hindus rozpoczął dwudziestominutową rozmowę. Po jej skończeniu powiedział krótko: "on the left" i skręciliśmy w lewo. Tam znowu rozmowa z kimś tam i krotki komentarz: "On the right". Skręciliśmy rzecz jasna w prawo. Potem wizyta półgodzinna w jakimś biurze i jedziemy do nowej zajezdni. Po drodze znowu o tym mordowaniu rodziny. Dojeżdżamy. Autobusu nie ma. Ale jest namierzona trzecia zajezdnia gdzieś w Delhi. Jedziemy i tam. Czuję, że jestem pustym ciałem. Jest godzina 15:30. mija zatem ponad 10 godzin szukania biletów. Nie mam planu B. więc będziemy w Delhi na zawsze, do końca życia. Może tu się da żyć? W końcu mieszka tu prawie 100 milionów ludzi. Epilog. W trzeciej zajezdni wchodzimy na parking. Stoi tam tylko jeden autobus. Ten co trzeba. Godzina 16:15. nawet się nie cieszę, raczej dziwię. Więc wrócę do Polski? Ale po co? Idziemy do budki zrobionej z blachy falistej, jakieś pięć metrów na pięć metrów; bez okien, tylko dziury; drzwi to też brak blachy w pewnym miejscu. W środku śpi na ziemi z piętnastu facetów, pod głowami mają swoje torby. Chyba kierowcy autobusów, tylko czemu ich aż tylu. Na parkingu był tylko jeden. Widzę salę w Oświęcimiu. Tam więźniowie spali podobnie. Mój Hindus coś głośniej zaczął brzęczeć. Jeden ze śpiących podnosi głowę. Jest nasz kurier. Hindus gestem ręki każe mi wyjść, przedtem wziąwszy ode mnie 300 rupii. To już było ustalone od dawna - z kierowcą/kurierem tylko on będzie negocjował. Wychodzę. Czekam w cieniu rachitycznego drzewka. Mija 15 minut. Hindus mnie woła, pokazuje bilety i prosi żebym sprawdził. Tak, to one. Znowu mam wyjść. Wychodzę. Kolejne 15 minut. Wchodzę z własnej inicjatywy,a bardziej z nudów, bo ileż można stać. Chcę wracać do hotelu!!!. Słucham rozmowę, do której przyłączyło się kilku innych obudzonych. Jedyne co rozumiem to sformułowanie: "Mobile phone", które pada kilkukrotnie. Pewno opowiada historię negocjacji albo coś zupełnie innego. Siedzę, słucham, nie rozumiem. Jestem jednak przydatny, bo co raz ktoś na mnie spoziera i kiwa głową. Wychodzimy. Po przejściu kilku kroków, Hindus zatrzymuje się i zamyśla. Kiwa głową, coś tam mrucząc pod nosem. Wraca. Znika na kolejne 15 minut. Wychodzi i chce kolejne 200 rupii. Wraca do baraczku. Ja czekam. Jest 17:45. Wychodzi, chwilę myśli, znowu wraca, tym razem ledwie na pięć minut. Idziemy do samochodu. Obok jest malutki sklep, gdzie kupuję sobie butelkę z wodą. Mój Hindus podchodzi do sprzedawcy za mną. Patrzę z daleka jak gada ze sprzedawcą, gestykuluje i słyszę: "Mobile phone". Mija 20 minut. Wraca do auta i jedziemy do hotelu. W hotelu jestem około dziewiętnastej. Idę się upić.
teksty: 

wspomnienia z Indii cz. 5 i ostatnia

Zamiast podsumowania. Zdarzyło mi się opowiadać o wrażeniach z Indii różnym ludziom. Czasem zadawano mi pytanie: jaką naukę wyciągnąłem z tego pobytu? To pytanie miało różne odmiany, sens pozostawał jednak mniej więcej właśnie taki jak zacytowałem. Ciekawe, że miałem trudności z odpowiedzią. Głównie dlatego, że w Indiach nauczyłem się także i tego, że takie pytanie jednocześnie ma i nie ma sensu. Zależy jak się do sprawy podejdzie. Jeśli potraktujemy kwestię "po zachodniemu", zgodnie z naszym sposobem myślenia wtedy, każdy akt, każda czynność ma jakiś cel, któremu owa czynność służy. Takie myślenie zakłada, że wyjazd może służyć czemuś innemu niż samemu wyjazdowi. Wówczas pytanie o naukę z wyjazdu ma sens. Jeśli jednak podejdę do sprawy "po wschodniemu" to trudno na to pytanie odpowiedzieć. Bo sprawy nie mają celu poza samymi sobą. Wyjazd nie przynosi nauki, nie przynosi czegoś innego niż samego wyjazdu. Wyjazd jest wyjazdem. Pobyt w Delhi był pobytem w Delhi. Nie był żadną nauką, nie miał żadnego sensu poza nim samym. Ponieważ jestem jednak zdecydowanie bardziej "zachodni" niż "wschodni", to mam odpowiedź na zadane pytanie. Otóż cały powyższy wywód jest nauką jaką mam z tego wyjazdu. Jak bardzo wszystko co robię jest uwarunkowane kulturowo, jak bardzo wszystko co myślę, robię, jem, postanawiam, czuję, jak to wszystko jest zależne od jakichś rzeczy, które są we mnie, a nie w sytuacji, która te myśli, odczucia, decyzje wywołuje. Jak bardzo reaguję na swoje pomysły i przekonania, jak mało reaguję na świat zewnętrzny. Jak bardzo zakręcony jestem w swoich myślach, opiniach, emocjach. Jak mało otwarty jestem na świat. Indie, w sposób nie umożliwiający mi ucieczki, konfrontowały mnie wciąż ze samym sobą. Niemal wszystko, co w naszej kulturze jest chowane poza świadomością, tam jest na wierzchu. Śmierć i umieranie widać gołym okiem. W Dharamsali ulicami maszerował kondukt pogrzebowy. W Kalkucie umierający ludzie są wyrzucani na śmietnik. W Benaresie, świętym mieście, ludzie umierają, bo ten kto tam umrze odrodzi się w lepszym życiu. Dziennie w Benaresie płonie ponad tysiąc stosów na których pali się zwłoki ludzi, którzy odbyli ostatnią podróż do tego miasta. Czasem niedopalone zwłoki wyrzuca się do Gangesu, czasem jedzą je psy. U nas śmierć jest wstydliwa, schowana, sterylna; jest a jakby jej nie było. Sprzedawcy, rikszarze chcieli mnie niemal na każdym kroku wykorzystać, oszukać. Byli chciwi moich pieniędzy. Ja też reagowałem chciwością w odpowiedzi na ich chciwość. Agresją na ich agresję. Nie było manipulacji w białych rękawiczkach, jak to czasem bywa u nas. Jak ktoś chce mnie wykorzystać, po prostu próbuje to zrobić, nie ukrywając swoich intencji. Ja walcząc o swoje, też nie mogłem udawać, że jestem kimś lepszym niż jestem. Nie dawałem żebrakom, targowałem się, obrażałem. Moja ciemna strona, moja chciwość była stale przy mnie. Trudno mi było udawać szczodrego, uczciwego. Po prostu taki nie jestem. A przynajmniej nie tylko taki. Nasza kultura stworzyła przekonanie, że do dobrego życia potrzeba niesłychanie dużo rzeczy. W zasadzie można kupić tak wiele różnych rzeczy, że życia nie starczy, aby na to wszystko zapracować. Pewno stąd pracujemy wciąż więcej i więcej. A i tak nie kupimy wszystkiego, co może ułatwić nam, a na pewno osłodzić życie. W Indiach odkryłem, że do życia potrzeba niewiele: może dwa posiłki dziennie, a może jeden na dwa dni. Właściwie to nie trzeba nic. Człowiek jak każde stworzenie Boże, jak drzewo, ma wszystko, co do życia potrzebne. Drzewo ma wszystko: glebę, deszcz, minerały. Nic nie musi robić, żeby przeżyć. Po prostu rośnie. Tam ludzie żyją na ulicy, śpią, załatwiają swoje potrzeby, palą malutkie ogniska, na których gotują wodę do picia i prymitywne podpłomyki. Żyją. W Dharamsali czekałem na autobus pewno z godzinę i obserwowałem sprzedawcę kalafiorów. Na wózku leżało z dwadzieścia kalafiorów. Wszystko warte może 20 złotych. Co więcej przez tę godzinę nikt nic u niego nie kupił. Człowiek ten nie poruszył się przez godzinę. Nie wpadł w depresję, przygnębienie, że interes nie idzie. Siedział spokojnie i czekał. Absolutnie pogodzony z tym co się dzieje. No bo się może złego zdarzyć? Najwyżej umrze. Ale czy to coś złego? Śmierć jest częścią życia. Czekanie jest częścią życia. Sukcesy czy porażki też. Właściwie to nie jest częścią tylko samym życiem. Sprzedawca siedział zanurzony całym sobą w życiu. Mnisi na ulicach McLeod Ganj chodzili w szatach, które odsłaniały ich prawą rękę. Jednego dnia było bardzo zimno, innego bardzo gorąco. Ja w plecaku nosiłem kurtkę i ubrania na różne okazje. Wciąż zresztą się przebierałem. Raz polar, raz T Shirt. Mnisi niezależnie od pogody chodzili z odsłoniętą ręką, a mi marzły palce, które skwapliwie chowałem po kieszeniach. Oni byli poza pogodą, tam gdzie nie dosięga ciepło i zimno. Tam wszyscy byli poza rzeczywistością. A właściwie to ja byłem poza rzeczywistością. To ja byłem sterowany przez moje ochoty, żeby było ciepło, chłodno, sucho, wygodnie, miło, przyjemnie. Jeśli nie było tak, to robiłem wszystko, żeby to zmienić. A przecież wszystko było w idealnym porządku. Wszystko na zewnątrz było puste. Tylko nie moja głowa. Mój komputer się kręcił bez ustanku. Ale w końcu wysiadł z przegrzania i zmęczenia materiału. Jego zwykła aktywność nie miała tam sensu. Bieda, śmierć, choroba. Wszystko to złe i należy tego unikać. Ale nie tam. Moje zwykłe rozróżnianie dobra i zła zawiodło. Tam choroba jest wartością, bo daje szanse na lepsze datki dla żebraków. Zresztą trędowaci nie przyjmują leków, bo dzięki temu wyglądają okropniej i mogą dostać więcej pieniędzy na jedzenie. Jakiś chłopak chodził w kucki i pewnie całe życie spędził przemieszczając się w taki dziwny sposób. Takie miał życie. W tym życiu, w przyszłym może będzie inaczej. Może taki los da mu szansę na lepsze życie w nowym wcieleniu. To dobrze, że tak ma teraz, dzięki temu odpokutuje winy i odrodzi się w wyższej kaście. Rozróżnianie dobra i zła jest wdrukowane przez kulturę, wychowanie. Właściwie to przestałem rozumieć co jest dobre, a co złe. Świat obiektywny nie istnieje, a przynajmniej ja nie mam szansy go dostrzec. I to by było na tyle.
teksty: 

wspomnienia ze ślubu Michała Cz

Na tym ślubie wszystko było po raz pierwszy. Mikołaj pierwszy raz udzielał ślubu, to był pierwszy buddyjski ślub (od dawna) w naszej sandze, a Państwo Młodzi też zdaje się debiutowali. Nawet etatowy fotograf zatrudniony przez Michała również po raz pierwszy fotografował ślub. Ceremonia była łagodna, ciepła, pełna przestrzeni i głęboka.


Buddystów zresztą nie było tak wielu. Przeważali tzw. normalni – uśmiechnięci łysiejący blondyni w garniturach, ich żony i kochanki wraz z potomstwem, oraz bliżej niezidentyfikowana bohema reprezentowana przez kilku kolorowo ubranych, starzejących się gentelmanów, nieliczne przypadki młodzieży o ambicjach awangardowych  oraz jedną pół-murzynkę o nadwiślańskich rysach twarzy i kolorze skóry jaki miewa ta rzeka w okresie wiosennego przyboru. Sangę gdańską dzielnie reprezentowała zadumana |Ewa cz.


Najpierw wszyscy stłoczyli się w centralnej remizie gdzie odbyła się ceremonia zapoznawcza (z dalszym przebiegiem zdarzeń). Otoczywszy ciasnym pierścieniem Młodą Parę oraz celebrujących tę uroczystość Mikołaja, Sławka, Przemko i Gosi K, goście z uwagą i typowym dla początków podobnych ceremonii przejęciem wysłuchali wstępnych słów Miko. Pomiędzy nimi zaś krążył zdezorientowany pies Marysi P.


Później wszyscy przeszli do zaimprowizowanego w otwartym polu kościoła, gdzie miała się prawdopodobnie odbyć główna część uroczystości, czyli tzw. Ślub. Mieliśmy, według przykazań koncelebranta, podążać tam dwoma długimi szeregami, oddzielnie mężczyźni i kobiety, ale niektórzy chyba z przejęcia stracili czasowo orientację (sexualną). W pewnym momencie, gdy Państwo młodzi podchodzili do ołtarza, tj. stojącego w trawie stołu, Jurek D zaczął z zainteresowaniem przyglądać się trawie wokół własnych stóp. Na pytanie, czy czegoś nie zgubił, ze spokojem odpowiedział: tak, OBRĄCZKI. Po chwili jednak, i przy pomocy innych uczestników uroczystości, zguba się na szczęście znalazła.


Na wstępie „mszy” Mikołaj pokropił wszystkich wodą, podobno z Gangesu, w celu oczyszczenia buddyjskich duszyczek, ale Najwyższy nie dowierzał najwyraźniej jego umiejętnościom, bo zesłał własny deszcz, w związku z czym musieliśmy wrócić pod dach.  Tam odbyła się główna część ceremonii. Były śluby i zaklęcia, życzenia i szepty, z których najniewinniejsze brzmiało: „Jeżeli ty jesteś bursztynową klaczą, to ja jestem krwawą drogą”, co było trawestacją wiersza Octavio Paza i wyrażało, jak sądzę, intencję autorki aby nowy związek trwał w szczęściu i spokoju przez wiele lat.


Potem były tańce, rozmowy i folgowanie rozmaitym przyziemnym pokusom i kaprysom. I ja tam byłem i manhattana piłem.



teksty: 

Wspomnienia Jarka z warsztatu Big Mind

Ameland – styczeń 2007

Opisanie wrażeń z pobytu na warsztacie Big Mind dla osób, które tam nie były jest sprawą dość trudną. Podobnie zresztą jak opisanie wrażeń z seshin. Jeden z nauczycieli podczas warsztatu opowiadał o spotkaniu ze swoim bratankiem, który spytał go po co medytować. Nauczyciel odkrył wówczas, że nie dysponuje słownikiem, wyrazami, którymi mógłby na tak postawione pytanie odpowiedzieć. Wszelki opis przy pomocy słów dość szybko dochodzi do ściany i opowiadając często czuję się bezradny próbując oddać to, co się tam działo. Ale chyba znacie to uczucie.

Kolejną sprawą jest uczucie, które rosło w miarę oddalania się od Ameland. Wraz ze wzrostem ilości kilometrów dzielących od Ameland, zdawałem sobie sprawę, że opowiedzenie o doświadczeniu z warsztatu Big Mind, będzie niekompletne, wręcz śmieszne, że de facto mówiąc o tym mogę sprawę tylko pogarszać; że ludzie słuchając tej opowieści będą raczej przeświadczeni, że jest to jakaś tam metoda, nieco śmieszna, egzaltowana, sztuczna. A przecież były momenty, że miałem uczucia zupełnie inne w odniesieniu do tego, co się działo. Choć zdarzały mi się także chwile poważnego zwątpienia w sensowność tego, czego byłem uczestnikiem. Odjeżdżając stamtąd, kiedy emocje opadały pojawiało się pytanie: czy przypadkiem to wszystko nie jest jakąś sprytną manipulacją, nastawioną na „popłynięcie emocjonalne” i niewiele więcej? Im dalej, im mniej emocji tym to pytanie wyraźniejsze i tym łatwiej dać na nie odpowiedź twierdzącą. Teraz wiem, że wyjazd trudno jednoznacznie ocenić był dobry czy zły, czy metoda jest OK czy nie. A jak się to jeszcze komuś opowie, kto nie ma z Big Mind związanych żadnych uczuć i przeżyć, to z pewnością wrażenie, jakie będzie miał, będzie oscylować w kierunku przeświadczenia, że to wszystko jest w najlepszym wypadku dziwne.

Krótko o tym, jakie doświadczenia mi towarzyszyły podczas tego spotkania. Jechałem tam z lekką dozą podniecenia, niepokoju, ale i radości. Niepokój wynikał jak sądzę z tego, że jechałem do „obcego” Mistrza, obcej Sanghi i wreszcie obcego kraju. Pojęcia nie miałem co mnie tam czeka i czy choćby w ogóle dam radę się dogadać. Radość – jak zwykle przed seshin. Wreszcie najważniejsze jechałem na seshin. To, co tam było przypominało nasze seshin w stopniu minimalnym.

Pierwsze dwa dni upłynęły pod znakiem rozpoznawania sytuacji, a kiedy ją wreszcie rozpoznałem, straciłem całkowicie grunt pod nogami. Wszystko tam było inne. Do tego stopnia, że raz przyszedłszy na wieczorne siedzenie w szacie czułem się jak dziwoląg. W zasadzie nikt tam nie nosił szat. Rytuały były minimalne (to najłagodniejsze określenie jakie mi przychodzi do głowy), podczas kinhin (a w zasadzie przerw w siedzeniu, ponieważ ze względu na ilość ludzi – około 200 osób – niemożliwe było kinhin w Zendo) życie towarzyskie wybuchało jak wulkan. W salce z napojami gromadził się rozgadany, nastawiony interpersonalnie tłum ludzi. Po 15 minutach wracaliśmy do Zendo i siedzieliśmy ściśnięci dosyć mocno. Nie było przydzielanych miejsc, kto przyszedł pierwszy wybierał sobie poduszkę. Bywało, że po przerwie siedziałem w innym miejscu, a każdego dnia gdzieś indziej. Za to wszyscy nosili Rakusu. I to było coś, co mnie łączyło z „normalnym” światem. Miałem poważne wątpliwości czy to, co tu robimy to Zen. Zero ciszy, zero skupienia poza zazen, minimalne rytuały. A za to gadanie, zaciekawienie ludźmi, bujne kontakty towarzyskie. W sobotę i niedzielę, w środku, a potem jeszcze na koniec – „bania” (znaczy dowolna ilość piw czy czego tam) w pobliskim pubie. No więc zakręciło mną że hej. Prawdę mówiąc zgubiłem się całkowicie. No kurcze blade.

Plan dnia wyglądał tak:

1. Trzy rundy siedzenia od 6:00 do 8:00
2. Króciutkie śpiewy
3. Śniadanie nieformalne – wszystko wrzucane do jednej miski w stołówce.
4. Przerwa do 9:30
5. 9:30 samu meeting i samu do 11:00
6. 11:20 dwie rundy siedzenia, a potem obiad.
7. po obiedzie czyli około 13 z haczykiem przerwa do 15:00
8. Pomiędzy 15:00 a 17:30 sesje Big Mind
9. Kolacja ok. 18:00
10. 19:30 (chyba) siedzenie, jedna runda, potem mowy, a głownie odpowiadania na masę pytań. Pytania często nagradzane oklaskami, ludzie najwięcej dziękowali komuś za pytanie do zestawu nauczycieli (trzech Roshich i 12 Sensei): Co was ostatnio zainspirowało?
11. 22:30 teoretycznie spanie.

Jak widać dosyć lajtowo. Imponujące było: ilość ludzi, w gruncie rzeczy zdyscyplinowanie oraz przeogromna ilość nauczycieli, pełno mów, pytań i intensywnej wymiany z nauczycielami, wreszcie dość biznesowe podejście do spraw świata tego. Wszystkiego jakby w nadmiarze: dużo nauczycieli, dużo się dzieje, dużo mnichów, dużo Jukai. Tego im naprawdę można bardzo pozazdrościć. Ciekawe dla mnie było, że siedzenia były jakieś mocne, aż fizycznie czułem ich siłę. Jak zwykle jednak w drugim tygodniu sprawy przybrały inny obrót. Było znacznie gorzej.

Big Mind – wstęp.

Twórcą metody Big Mind jest Roshi Genpo. O ile dobrze zrozumiałem metoda w obecnym kształcie istnieje jakieś pięć, sześć lat, choć rzecz jasna proces powstawania był znacznie dłuższy. Głównym elementem, który pojawił się właśnie jakieś sześć lat temu było poszerzenie metody Big Mind także o „głosy” pochodzące spoza „self”, pochodzące z Absolutu, z Pustki, a nie tylko z naszego „Cienia”.

Ken Wilber, jeden z najważniejszych przewodników duchowych współczesności, jest zdania, że metoda Big Mind jest obecnie najlepszą drogą wprowadzania ludzi Zachodu na ścieżkę rozwoju i poszukiwań duchowych. Najlepszą, ponieważ najprostszą, najszybszą, a jednocześnie dostosowaną do zachodniego sposobu myślenia. Roshi Genpo mówił, że zdarzało mu się podczas warsztatów doprowadzać uczestników do przeżyć z pogranicza oświecenia lub wręcz do oświecenia. W jednej z opowieści Roshi Genpo wspomina swoje spotkanie z pewnym rabinem, któremu opowiadał o metodzie Big Mind. Opisując metodę powiedział, że Wschód wypracował wiele skutecznych metod prowadzenia ludzi po drodze pracy duchowej, ale metody te są skuteczne w odniesieniu do ludzi stamtąd. Podobno rabin powiedział, co doprowadziło Roshiego Genpo do ważnego odkrycia: „Czy tamte metody są naprawdę skuteczne?” To pytanie spowodowało, że Roshi Genpo zaczął się zastanawiać nad skutecznością tradycyjnych metod praktyki. Rzecz jasna Big Mind w założeniu jest metodą prowadzącą do takich samych efektów jak praktyka jednak, jak sugerował Genpo, kto wie czy nie skuteczniejszą .

Podczas mowy rozpoczynającej seshin, na którą się niestety nieco spóźniliśmy, Roshi Genpo opowiadał o działaniach Roshiego Berniego Tetsugena Glassmana. Jego droga Zen polegała na tym, iż prowadził wiele akcji społecznych, które krytykowano jako nie Zen. Powołał do życia sieć piekarni dla ubogich; zorganizował pomoc dla bezdomnych poprzedzoną chyba tygodniowym doświadczaniem życia bezdomnego, czyli jego uczniowie po prostu mieszkali na ulicach pod mostami, żeby wiedzieć czego potrzebują bezdomni poprzez bezpośrednie doświadczenie ich sytuacji. Akcja ta przypominała seshin na ulicy. Wymyślił ideę fundacji „Zen Peacemakers” organizującej wyjazdy do Auschwitz i Majdanku, podczas których wspomina się ofiary Holokaustu i medytuje. Te spotkania, na jednym z nich miałem okazję być, przyciągają ludzi różnych religii (w zasadzie wszystkich obecnych na świecie), medytuje się i próbuje jakoś poradzić sobie z milionami śmierci obecnych w Oświęcimiu i Majdanku. Roshi Bernie Glassman wyprowadził Zen na ulice, do biznesu czy do obozów śmierci, daleko poza Zendo i poza to, co zwykle uważa się za praktykę Zen.

Genpo mówił, że każda taka akcja była przez krytyków uważana za zaprzeczenie praktyki Zen. Po jakimś czasie, jednak ludzie odkrywali także i w takich działaniach praktykę Zen. Kolejne przedsięwzięcia spotykały się znowu z krytyką. Cytując słowa Genpo: „Tak, pieczenie chleba to jest Zen, ale medytacje w obozach zagłady to nie jest Zen.” Podobno takie słowa pojawiały się za każdym razem, kiedy jakaś akcja kończyła się sukcesem. A warto zauważyć, że wiele z tych akcji odnosiło dość wyraźny sukces. Te uwagi, których początkowo nie rozumiałem, dają nowe światło na późniejsze wypowiedzi Roshiego Genpo. Myślę, że Genpo także poszukuje zachodniego sposobu przeżywania i rozumienia Zen. Uważa siebie, zresztą jak najbardziej słusznie, za reprezentanta Mistrzów wychowanych na Zachodzie, nie Japończyków, którzy przywieźli Zen na Zachód. W związku z tym, z przejęciem pałeczki przez Mistrzów z Zachodu, Zen ewoluuje, zmienia się, staje się bardziej zachodni i dostosowany do wrażliwości ludzi Zachodu.

Jedna z opowieści Genpo dotyczyła pożegnania z jego Mistrzem, Roshim Maezumim. Roshi Maezumi umarł topiąc się w wannie. Zdaniem Genpo w ten sposób jego nauczyciel usunął ostatnią przeszkodę, jaka stała na drodze rozwoju Zen na Zachodzie – samego siebie. Tę opowieść zaczął od przypomnienia innej opowieści. Pewien mistrz Zen przewoził ludzi łódką z jednego brzegu rzeki na drugi. Napotkawszy wędrownego mnicha poprosił go, aby ten przysłał do niego kogoś, kto może zostać Mistrzem Zen. Mnich znalazłszy odpowiednią osobę wysłał ją do Mistrza – przewoźnika. Podczas podróży Mistrz wyrzucił pasażera za burtę i zaczął go wpychać pod wodę. Gdy tamten walcząc o życie wystawiał głowę nad taflę wody, Mistrz pytał go: „Co to jest zen?”. Człowiek jednak walczył o życie i nie był w stanie nic sensownego odpowiedzieć. Pytanie to zadawał wiele razy, aż wreszcie człowiek osiągnął wielkie oświecenie. Wtedy wysadził go na brzegu i powiedział: „Idź”. Tamten jednak zaczął prosić o nauki, chciał stać się jego uczniem. Mistrz za każdym razem odmawiał i mówił: ”Idź”. Widząc upór Mistrz wszedł do wody i utopił się. Zszedł z drogi nowego Mistrza.

Genpo szuka zatem świątyni i Zen poza Zendo, w kulturze zachodniej, w zwykłym życiu. Dopasowuje Zen i metody zen do wrażliwości i kultury zachodniej. Metoda Big Mind ma być tego typu metodą – metodą studiowania siebie, dopasowaną do kultury i mentalności zachodnich uczniów Zen. Genpo twierdził, że studiowanie jest jednym z filarów drogi Zen. Jednak do tej pory nie wiedział, co i jak studiować. Big Mind jest metodą studiowania siebie, swoistą psychoterapią, ale nie tylko, ponieważ wykracza daleko poza zwykłą psychoterapię. Zresztą cel psychoterapeutyczny jest tu niejako w tle.

Czy warto zatem się przyjrzeć metodzie Big Mind? Po pierwsze rzeczywiście, wybór nowej religii jest często w naszej kulturze dyktowany względami natury, że tak powiem, psychoterapeutycznej czy też autoterapeutycznej. Zagubieni w rzeczywistości możemy szukać pociechy daleko poza naszą religią i kulturą. Wydaje się zatem celowe, aby praktyka Zen obejmowała także „porządkowanie” własnego wnętrza; własne dojrzewanie jako dorosłego człowieka. Oświecenie nie gwarantuje nam, że staniemy się dojrzali, wolni od konfliktów, dorośli. Genpo mówił, że może być nawet wręcz przeciwnie. Użył porównania, że im więcej słońca, tym czarniejszy i większy cień. Mistrzowie Zen niekoniecznie muszą być ludźmi dojrzałymi. Mogą, ale tylko o ile pracują nad sobą w sensie psychoterapeutycznym. Sam wielokrotnie opowiadał o swoim dojrzewaniu już jako człowiek oświecony, jako Mistrz. Wygląda trochę na to, że uważa, iż elementem praktyki Zen jest dbałość o swoją formę psychiczną, swoją własną dojrzałość. Big Mind ma nam pomagać w obserwacji, rozumieniu, akceptacji i wreszcie zawieraniu części naszego „Ja”, które z różnych względów są poza naszą świadomością. Big Mind jest metodą, która oświetla części nas samych znajdujące się w cieniu naszej osobowości, nas samych. Dostrzega je i wykorzystuje dla wspólnego dobra.

Mówiąc o podstawowej idei Big Mind Genpo użył porównania do domu, w którym część dzieci ma ładne imiona: „Radość”, „Zadowolenie”. Inna część dzieci ma imiona niezbyt zachęcające: „Strach”, „Smutek”, „Złość”. Te brzydkie dzieci najchętniej zamykamy w komórce, nie przyznajemy się do nich. Ale one są, żyją, są częścią naszej rodziny, mają ważne powody do istnienia, mają swoją rolę do odegrania w naszym życiu. Big Mind ma pomóc tym dzieciom, tym częściom nas samych pracować dla naszego wyzwolenia, dla naszej dojrzałości. Zresztą nawet udając, że ich nie ma, nie mamy szansy zapobiec ich wpływowi na nasze życie. Roztropniej jest zatem zaprosić je do wspólnego działania.

Dzięki temu może zajść jeszcze jeden ważny proces, o którym Genpo wspominał – proces oddzielania się, poluzowywania więzów z naszym ego czyli w gruncie rzeczy proces nie przywiązywania się i porzucania naszego ego.

Po drugie – Big Mind nie traktuje naszego rozumu i logiki podejrzliwie i z dystansem. Raczej zaprzęga je do własnych celów. Rzecz jasna są momenty podczas pracy metodą Big Mind, że nasze myślenie się kończy, znika. Tym lepiej. Ciekawe, że według Genpo w zasadzie każdy może zostać moderatorem (oni mówili: „Facylitatorem”) metody Big Mind i dzięki temu, sam nie będąc oświecony, może innych na tej drodze wspierać, a nawet doprowadzić do wyzwolenia. Najbardziej fascynujące podczas warsztatu były gwałtowne przejścia od „Self” do „No Self”, czy wreszcie do „Non self”. Ciekawe dlatego, że te wszystkie perspektywy mieszczą się w naszym ograniczonym „Małym umyśle”. Jedną z rzeczy, którą pojąłem jest wielokrotnie powtarzana przez Roshiego Kwonga fraza (znowu cytuję z pamięci więc mogą być błędy): „Żeby zauważyć niebo, zrozumieć czym ono jest, niebo musi być w Tobie. Każda rzecz musi być w Tobie, w innym wypadku nie wiedziałbyś z czym masz do czynienia.” Big Mind jasno pokazuje ile jest we mnie. Ile jest we mnie poza „Małym umysłem”, poza „Self” czy może raczej „obok” lub „z” „self”, czy wręcz „w self”. To jest fascynujące. Genpo zadając pytania różnym głosom, nawet tak „wielkim” jak choćby: „Wielka śmierć”, „Wielkie współczucie”, „Wielki umysł”, ani przez chwilę nie wątpił, że damy mu odpowiedź. Wiedział, że to wszystko w nas jest. Taka wiara, przyznam, wzruszyła mnie do łez.

Czym jest Big Mind?

Opis metody, który tu podam jest rzecz jasna nieautoryzowany z Genpo, a więc jest tylko moim subiektywnym rozumieniem i jako takie należy go traktować. Big Mind jest metodą studiowania siebie. Studiowania siebie, które zaleca choćby Dogen. Studiowanie to odbywa się poprzez nawiązywanie kontaktu z różnymi, często pozostającymi poza codzienną świadomością, częściami naszej osobowości. W języku metody Big Mind te części nazywane są „głosami”. Z drugiej strony, podobnymi „głosami” są części „Wielkiego umysłu” (czy jakkolwiek to nazywać – Pustki, Wszechświata, Boga) także obecne w nas samych, także będące częścią nas. Zresztą jak sądzę, to do tej sfery w nas odwołuje się Dogen zalecając nam studiowanie nas samych. Studiując siebie zgodnie z metodą Big Mind studiujemy własne aspekty absolutne, jak i relatywne; to co pochodzi z „Pustki” jak i ze świata względnego. A wszystko jest w nas.

Big Mind pomaga nam odkrywać wyrzucone poza nawias naszej świadomości części nas samych; części znajdujące się w strefie „cienia”, strefie niedostępnej nam na co dzień. A w „cieniu” są części zarówno „brzydkie” (jak choćby złość, gniew, smutek, lęk, śmierć i wiele innych), „miłe” (czułość, miłość, bliskość) czy wreszcie „boskie” (wielkie współczucie, wielki mistrz, wielki umysł). Oświecenie powoduje, że wszystkie te części wychodzą na światło dzienne. Jednak tylko dojrzała osoba potrafi poradzić sobie, zintegrować do codziennego życia swoje nie lubiane części, emocje.

Big Mind składa się z dwóch części silnie ze sobą związanych. Po pierwsze jest to metoda, po drugie mapa. Odwołując się do słów Genpo, metoda Big Mind to głównie technika, metoda czyli wedle mojego opisu głownie pierwsza część. Mapa, po której prowadził Genpo może być dla każdego nieco inna. Dla mnie jednak trudno oddzielić od siebie obydwa elementy.

Technika Big Mind przypomina nieco psychodramę psychoterapeutyczną. Technika ta jest oparta na metodzie tzw. „Voice dialogue”, czyli w luźnym tłumaczeniu „Dialogu głosów” wykorzystywaną podobno w psychoterapii, szkoleniach. Jednak ja nie miałem okazji zetknąć się z tą techniką pracy, a dokładniej rzecz biorąc z tak nazwaną techniką pracy, choć wedle słów samego Genpo pochodzi ona z analizy Jungowskiej. W metodzie Big Mind odnajdywałem także elementy znane mi z psychoterapii Gestalt.

Metaforą, którą Genpo opisywał metodę Big Mind jest porównanie naszej osobowości do firmy. W firmie pracuje wiele osób, każda z ich ma jakąś ważną rolę do odegrania, jakąś ważną rzecz do zrobienia. W tym sensie my sami także składamy się z różnych części (nazywanych „głosami”), które mogą być ze sobą w konflikcie; mogą blokować siebie nawzajem; jednych jesteśmy świadomi, innych nie. Wszystkie jednak pracują w zespole na naszą korzyść. Jeśli jakaś część nas samych nie dopuszcza do głosu innej, dzieje się tak dlatego, że na tym polega jej praca, w ten sposób może chronić jakieś inne ważne części nas samych. Wydobycie na światło dzienne, z cienia jakiejś naszej części może zatem wymagać zgody innej części lub kilku innych części, głosów. Dochodzenie do głosu różnych naszych części jest możliwe przez to, że uzyskamy pozwolenie, zgodę innych części, że skłonimy te inne części do współpracy. Kiedy nasze dialogi wewnętrzne ulegną wyciszeniu, do głosu dojdą rzeczywiście wielkie i piękne części nas.

Cytat z mowy Roshiego Genpo:

„Ponieważ żyjemy w dualistycznej rzeczywistości, lękamy się, ale i pragniemy czegoś. Zawsze czegoś chcemy. Sam pragnę najróżniejszych rzeczy. Bywam nawet zachłanny. Są rzeczy, których tak mocno potrzebuję, że nic nie może mnie powstrzymać. Pamiętam coś, co powiedziała Elisabeth Kuebler-Ross - a czego nigdy nie zapomnę: „Nie osiągniesz oświecenia, dopóki nie uświadomisz sobie, że jesteś zdolny do tego, by odebrać jedzenie głodującemu dziecku”. Ona sama doświadczyła tego w Auschwitz. To jest to, o czym wcześniej wspomniałem, mówiąc o tych aspektach nas samych, które już w nas są. Dopóki ich wszystkich nie przyjmiemy i nie obejmiemy świadomością, te z nich, które odrzucamy będą w nas działać w sposób utajony i pokrętny. W zachodniej psychologii nazywa się to uświadamianiem sobie swojego cienia i wynoszeniem go na światło. W buddyzmie moglibyśmy to nazwać uznaniem swojej mandali (koła życia). Całe nasze życie to pełne koło, mandala. Choć zwykle funkcjonujemy, jakbyśmy byli tylko połówką.”

Jednym z efektów przyglądania się sobie, swojemu wnętrzu jest odkrycie jakiejś krańcowej własnej małostkowości czy wręcz małości. Jest też odkrycie pragnienia porzucenia tego wszystkiego.

Głosy z jakimi rozmawiał Genpo podczas warsztatu.

Głosy "Ja":

· Protektor
· Kontroler
· Uszkodzone „Ja”
· Sceptyk
· Złość
· Krytyk, w tym „Łagodny krytyk”
· „Ja”, self
· Smutek, miłość, bliskość, lęk, strach,

Głosy „Nie Ja”, „no – self”:

· Wielka miłość,
· Wielkie współczucie:
· Dwa aspekty: żeński (akceptacja, miłość bezwarunkowa) i męski (granice, pomoc)
· Wielki umysł
· Cisza, nic nie można powiedzieć, można tym być i to wyrażać, trudno to definiować, definiowanie powoduje utratę, tego o czym mówimy

Technicznie rzecz biorąc dialog ten wyglądał w następujący sposób. Facylitator (jak sam siebie nazywał Genpo) zadawał na forum pytanie: „Czy mógłbym teraz rozmawiać z głosem lęku” albo innym głosem. Zebrani zmieniali wówczas pozycję, lekko poruszali się na krzesłach, aby symbolicznie zaznaczyć wchodzenie w jakąś rolę. Facylitator odczekiwał chwilę, tak żebyśmy mogli oswoić się z nową rolą, jak najlepiej ją poczuć. Wówczas zadawał kolejne pytania: „Jaka jest Twoja rola?”, „Na czym polega Twoja praca?”. Uczestnicy odpowiadali na pytanie w ten sposób, że Facylitator wskazywał kto ma odpowiedzieć, wskazując na osoby, które podniosły rękę mając jakieś skojarzenia, uczucia czy pomysły jak na te pytania odpowiedzieć. Czasem Facylitator rozwijał odpowiedzi, czasem dopytywał, komentował, czasem po prostu wskazywał kolejną osobę. Za każdym razem jednak wzmacniał nasze reakcje potakując, mówiąc na przykład: „Bardzo dobrze”. Szczególnie trafne odpowiedzi były nagradzane oklaskami. Wszystko to początkowo bardzo kojarzyło mi się z publiczną spowiedzią, czy też grupową psychoterapią. Zwłaszcza, że początkowo Facylitator rozmawiał z głosami typu: Protektor, Kontroler, Lęk, Uszkodzone Ja, Złość, Sceptyk i innymi zwykle pozostającymi w cieniu i nie za bardzo nadającymi się do publicznej ekspozycji. Głównym uczuciem, jakie przeżywałem było poczucie zmieszania i niezrozumienia o co tu chodzi, pewnego niedopasowania kulturowego. Myślałem, że Amerykanie (zresztą odpowiadali głównie oni) mają tego typu zachowania wpisane w ich kulturę. Wszystko sprawiało jednocześnie wrażenie niesłychanego uproszczenia kwestii. Polacy, którzy jeszcze nie byli jednoznacznymi zwolennikami metody twierdzili, że Amerykanie potrafią zrobić hamburger ze wszystkiego.

Czasami ktoś nie mógł wczuć się w dany głos, w daną rolę. Wówczas Facylitator rozpoczynał indywidualną pracę z tą osobą na forum. Najczęściej polegało to na tym, że szukał takiego głosu, takiej części, która zabraniała wejść w daną rolę. Bywał to lęk, wstyd, sceptyk czy inne. Kiedy taki głos był zidentyfikowany, Facylitator pytał o warunki zezwolenia wejścia osoby w jakąś rolę. Głos coś odpowiadał i zawierano układ, na mocy którego osoba mogła tymczasowo odegrać jakąś rolę. Ciekawe było to, że prace indywidualne mogły być pomocą dla innych wczucia się w dany głos.

Dwie uwagi techniczne. Po pierwsze Facylitator w dużej mierze starał się odzwierciedlać, jakby naśladować głos z jakim rozmawiał. Na przykład kiedy rozmawiał z głosem „Nie Ja”, milczał, tylko kiwał głową, nie komentował, jakby wskazując, że ten głos to głównie cisza. Przy głosach energetycznych typu złość, mówił głośniej i bardziej energetycznie.

Po drugie przechodził do kolejnego głosu czy też zamykał rundę rozmowy z danym głosem kiedy uznał, że większość kwestii, jakie dany głos „ma do powiedzenia” została wypowiedziana, kiedy koło przeżywania zamykało się. Dopiero wtedy zmieniał temat, szedł dalej lub robił przerwę, kiedy pojawiały się głosy z nieco innego rejestru. Szczególnie wyraźnie widziałem to podczas omawiania „Ścieżki istoty ludzkiej”, która ma swoje dość dokładnie opisane kroki, które mogą pojawić się tylko w określonej kolejności, jeden po drugim, kiedy jakieś uczucia się wypalą, dając miejsce kolejnym.

Drugim elementem Big Mind jest ścieżka istoty ludzkiej („The Path of The Human Being”). Ścieżka ta jest mapą na drodze do wyzwolenia, opisuje w sposób ogólny etapy, przez jakie przechodzimy podczas praktyki Zen. W połączeniu z metodą Dialogu głosów możliwe jest obejrzenie tych wszystkich etapów z lotu ptaka. Droga ta składa się z pięciu etapów i jednego etapu sprzed wejścia na drogę, nazywanego przez Genpo etapem „minus jeden”. Można więc powiedzieć, że w rezultacie jest sześć etapów, z czego pięć zasadniczych. Wszystkie te poziomy są jednym, zawierają się w sobie. Część z nich to stany, część zaś to proces. Najbliższym porównaniem tej drogi jest „Dziesięć obrazków pasterskich”.

Etapy te to:

Poziom „self”, poziom minus jeden
Poziom „wglądów”
Poziom wejścia na drogę
Oświecenie, wyzwolenie, osiągnięcie, Absolut
Upadek, powrót do świata relatywnego
Prawdziwe „Ja”

Poziom minus jeden, poziom „zero” jest poziomem zwykłego funkcjonowania, przywiązania do ja, nie kwestionowania sensowności własnych poglądów, opinii. Poziom, na jakim znajduje się większość ludzi, którzy są przywiązani do względności, nie zastanawiają się nad sobą, własnym cieniem i światem. Rzecz jasna większość ludzi funkcjonuje tak całe życie. Niektórym z nich dane jest wejść na poziom pierwszy – poziom przebłysków, małych olśnień czy drobnych kensio. Na tym poziomie Wielki Umysł daje o sobie znać, ukazuje się na przelotne chwile. To dzięki temu mamy do niego dostęp podczas pracy na innych poziomach rozwoju „ja”. Opisując ten poziom Facylitator zwracał uwagę, że ludzie często zadają sobie wówczas pytanie: „Kto zwariował? Ja czy oni?”. Jest to poziom małego mistrza, coś wiem, coś czuję, ale tylko chwilami, albo tylko raz, ale wiem, że jest coś jeszcze. Fascynujące jest to, że takie przebłyski są możliwe, że dają siłę do praktyki. Poziom ten sprawia, że konieczne staje się wejście na jakąś drogę praktyki religijnej czy duchowej. Na tym poziomie rzeczywistość staje się zakwestionowana i niekompletna.

Poziom drugi jest poziomem po wyborze drogi praktyki i religii, jest poziomem po prostu praktyki. Poziom ten Genpo nazwał „Submission” – czyli poddanie się. Poddanie składa się z dwóch elementów: żeńskiego (Yin) i męskiego (Yan). Pierwszy element – żeński „Surrending” chyba najlepiej przetłumaczyć jako „Porzucenie”. Jest to bierny aspekt poddawania się, (a nawet: oddania się), porzucania własnych przekonań, opinii, sądów na temat siebie, świata, na temat wszystkiego. Jest to proces rozstawania się z dotychczasowym życiem, dotychczasowymi pomysłami na świat i siebie. Drugi element, męski – aktywny „Submission” (dla mnie to coś jak podporządkowanie się, świadome poddanie się komuś i czemuś: nauczycielowi, drodze, regułom), jest to poddanie się konkretnej drodze duchowej, religijnej i ucieleśnieniu tej drogi w osobie konkretnego Mistrza. Ważne jest całkowite poddanie się, podporządkowanie się drodze i Mistrzowi. Mistrz będący realnym ucieleśnieniem drogi uczy nas tej drogi na różne sposoby, nie tylko poprzez to, co mówi, ale poprzez całe swoje zachowanie. Mistrz oświetla nasz „Cień”, wydobywa z niego, te sprawy, które sami chcemy ukryć. Prostuje naszą drogę, która zawsze składa się z 99 zakrętów, wskazuje błędy. Relacja z Mistrzem ma charakter dynamiczny, jest swego rodzaju tańcem polegającym na zbliżaniu się i oddalaniu; mijaniu i rozumieniu. Genpo porównywał to trochę do tańca ćmy, która zbliża się do świecy, przestrasza jej gorącem i oddala, po czym znowu przybliża, przelatuje obok, czasem pod, czasem nad. Konieczne jest posiadanie Mistrza, konieczny jest regularny, intymny kontakt z nim. Tylko w jednym wypadku można się obejść bez Mistrza – kiedy jesteśmy wobec siebie samych absolutnie szczerzy. W przeciwnym wypadku potrzebujemy lustra, które nam pokaże nas samych.

Poziom trzeci składa się z samych „Wielkich” przeżyć. Poziom ten opisuje drogę do oświecenia, do wyzwolenia. Droga ta składa się z pięciu „wielkich” kroków. Pierwszy z nich to „Wielkie zwątpienie”. W tym miejscu w niczym nie mamy oparcia, nic już nam nie pomaga, wszystko porzuciliśmy, we wszystko wątpimy, żadne przekonanie, żadna opinia czy przekonanie nie mogą nas uchronić od wątpienia we wszystko. Nic nie jest takie, jakie jest, nic nie jest pewne, nawet samo wątpienie nie jest pewne. Mistrz też nie wiadomo czy ma rację. Starożytni nauczyciele też mogli się mylić. Drzewo, to nie drzewo. Rzeka to nie rzeka. Ja to nie ja. Całkowite zanurzenie się w „Wielkim Wątpieniu” doprowadza nas do „Wielkiego Przerażenia”. Skoro w niczym nie ma oparcia, naturalną reakcją naszej psychiki jest wszechogarniające przerażenie. Z tym „Wielkim Przerażeniem” nic nie można zrobić, jest wszędzie i zawsze. Jednak i ono się wypala i wprowadza nas w „Wielką Śmierć”. W ciszę, pustkę, spokój, zamarcie wszelkiego ruchu. „Wielka Śmierć” doprowadza nas do „Wielkich Narodzin”, narodzin czasem nazywanych Głosem „Wrażliwego Dziecka”. A kiedy przeżyjemy „Wielkie Narodziny” za drzwiami czeka „Wielkie Wyzwolenie” – spotkanie Absolutu. W ten sposób rodzi się Mistrz, w ten sposób przeszliśmy na drugi brzeg. Może jakoś uda się wtedy zrozumieć dowcip jaki Genpo opowiedział kilkakrotnie. Pewien Mistrz Zen siedział na brzegu rzeki. Na drugim brzegu pojawił się jakiś człowiek i spytał: „Jak mogę dostać się na drugi brzeg?”. Mistrz odrzekł: „Przecież już tam jesteś”.

Poziom czwarty to „Upadek” - „Falling from Grace”. Powrót do świata relatywnego, stanie się na powrót człowiekiem zanurzonym w świecie relatywnym. Genpo nazywał jednak ten etap także „The Great Achievement”, „Wielkie urzeczywistnienie”.

Poziom piąty, „Prawdziwe Ja”, ja odradzające się na nowo w każdej chwili, swobodnie przemieszczające się pomiędzy Względnym i Absolutnym. Rodzące się i umierające kilkadziesiąt tysięcy razy na sekundę. Stan, którego nie można nazwać, choć można tym stanem być. Stan Prawdziwego Wielkiego Mistrza.

Opis etapów myślę, że jest nieco kulawy, bo warto byłoby, żeby opowiadając o nich mieć jakieś doświadczenia z pobytu na tychże. A ja mam ograniczone.

Na koniec

Kilka uwag z głosu „Sceptyka” (znaczy wątpiących) i kilka uwag z głosu „Wzruszenia” znaczy pozytywnych. Najpierw, co łatwiejsze, będę się czepiał.

Miałem wrażenie, że wiele odpowiedzi, jakie padały na pytania Genpo do różnych głosów, było odpowiedziami udzielanymi nie tyle przez te głosy, ile przez jeden głos: „Dobrego ucznia”. Miałem wrażenie, że w ciągu kilku chwil trudno czy wręcz niemożliwe jest wejście w rolę na przykład „Wielkiego współczucia”, o „Wielkim umyśle” nie mówiąc. Wszystko co mi przychodziło do głowy, to różne cytaty, czyjeś słowa, a w znacznie mniejszym stopniu to, co wówczas rzeczywiście przeżywałem. Miałem jednak ochotę wejść w rolę „Dobrego ucznia” i dać kilka fajnych, podobających się Facylitatorowi i innym ludziom, zgrabnych powiedzonek.

Czas, jaki miałem do dyspozycji, aby spróbować się oswoić z dowolną rolą, dowolnym głosem był przerażająco krótki. Wyobraźmy sobie, że po prośbie o rozmowę z „Wielką Śmiercią” mieliśmy całe kilka minut na dokopanie się w sobie do tego głosu. A ja czasem mam wrażenie, że ten głos odzywa się we mnie wtedy, kiedy on chce, a nie na moje zawołanie czy prośbę. A ponadto dochodzenie do kontaktu z tym zabiera mi całe życie, a nie pięć minut. Rzecz jasna jeślibym chciał być dobrym uczniem, coś tam bym wymyślił.

Pewien dystans wzbudzał u mnie też rodzaj nadmiernego oddania się tej metodzie u wielu ludzi, którzy stosowali Dialog głosów do rozwiązywania praktycznie każdego problemu życiowego. Genpo zresztą chyba zachęcał do takiego podejścia. Opowiadał o swoim niedoszłym spotkaniu z prezydentem Bushem w sprawie wojny w Iraku. Kiedy już sporo zostało zaaranżowane, żeby takie spotkanie miało miejsce, Genpo zastosował tę metodę do odegrania spotkania z Bushem. Prezydenta grał Genpo. Podczas rozmowy Genpo miał jasną świadomość, że Bush ma odczucie prostego kanału kontaktu i komunikacji z Bogiem, że tenże Bóg kazał mu tępić terroryzm na świecie, że w związku z tym nic i nikt nie jest w stanie go odwieść od wojny. Że jest narzędziem w ręku Boga. Po tej próbie oczywiste okazało się, że jakiekolwiek spotkanie z Bushem nie ma sensu.

Ostatnie zastrzeżenie to pytanie na ile Ścieżka istoty ludzkiej jest konieczna do przejścia wedle takich właśnie etapów? Czy może tak być, że mapa, jaką opisana ścieżka jest, stanie się tak naprawdę przeszkodą? Przeszkodą w tym sensie, że wszystko co niezgodne z mapą będzie odrzucane, a kolejne etapy wyczekiwane jak zbawienie?

A teraz miłe rzeczy. Sporym utrudnieniem był fakt, że cały warsztat toczył się wyłącznie po angielsku. Tak więc zanim cokolwiek odnalazłem w swoich przeżyciach musiałem to najpierw przetłumaczyć na polski, a potem znowu na angielski. A, jako że język ten nie jest moją najmocniejszą stroną, być może zaburzało mi to uczestniczenie w warsztacie? Może gdyby było po polsku byłoby zupełnie inaczej, mocniej i prawdziwiej? Teraz, kiedy mogę myśleć i czuć wyłącznie po polsku, aż tęskno się robi to szerokiej pustki „Wielkiego umysłu” i jego drugiej strony „Wielkiego współczucia”, które jednak gdzieś tam na chwile się pojawiły.

Genpo podczas mów używał dialogu głosów także do pracy z koanem. Wtedy metoda ta stawała się niesłychanie precyzyjnym wygaszaczem myślenia, zamykaczem intelektualizowania i kombinowania. Po prostu działała jak miecz odcinający myślenie. Było to fascynujące. Aż błyszczało i świeciło od tego. Na przykład praca z koanem „MU”. Podczas jednego wieczoru Roshi Genpo poprosił swoich następców, aby Ci opowiedzieli nieco o swojej praktyce z koanami, jakie koany zrobiły na nich wrażenie, jak przebiegała ich praca z tymi koanami. Wówczas jedna z uczennic poprosiła o wyjaśnienie czym jest koan (najwyraźniej była początkująca). Roshi Genpo opowiedział wówczas koan „Mu”. Spytał dziewczynę czy rozumie. Po czym zapytał: „Czy mógłbym mówić do głosu Mu”. Dziewczyna odpowiedziała „Tak”. Roshi spytał: „Czym jesteś” ona coś odpowiedziała, wówczas Roshi: „Czy pies ma naturę Buddy?”. Dziewczyna traciła grunt pod nogami, zresztą nie tylko ona, chyba wszyscy, nic nie kumali, logika była bezradna, inteligencja też. I tak kilka razy. Zwykłe pytanie, zwykła wymiana zdań i nagle coś co kompletnie wywraca świat do góry nogami. A do tego podpowiedzi ze strony obserwujących Roshi, które chyba jeszcze bardziej wyprowadzały w pole, jeszcze bardziej zakręcały logiczne myślenie. Naprawdę trzeba kompletnie zmienić widzenie, rozumienie, bycie w świecie żeby cokolwiek z tego pojąć. Mój biedny mózg był kompletnie bezradny, patrzył i nie rozumiał. Piękne.

Wreszcie, na koniec sama wiara Roshiego Genpo w to, że wszystko to w nas jest. Absolutna pewność, że to mamy, była tak wielka, silna i wszechogarniająca, że aż myślę, że ma rację. To w nas jest.

Tyle.

teksty: 

wspomnienia z Sonomy

A oto wspomnienia Magoshy (ksywa/zmiana oryginalnie wykonana przez Roshiego:) z Sonomy: „Happy, happy joyful you are here – everywhere!” (Roshi Jakusho Kwong) Wstęp. „ I co z waszymi wspomnieniami z Sonomy?? Zaraz Liścia będę drukował, sprężcie się w ten weekend! Wystarczy usiąść z kubkiem herbaty i powspominać”. Tak napisał do mnie Sławek Lipski, więc zakasuję rękawy, parzę herbatę i zaczynam wspominać (już zapomniałam jak to się robi ;)). Minął miesiąc od naszego powrotu i już prawie nic nie pamiętam. Hasła, słowa lub zdania, które mi się z tym wyjazdem kojarzą to: przestrzeń, słońce, jet-leg (o ile tak to się pisze, czyli zmęczenie spowodowane zmianą czasu), przytulność, dom, ciepłe powietrze, skupienie, delikatność, szacunek, piękno, strach, zmien-ność, intymność, „doskonałość zawiera wszystko, nie wyklucza niczego” oraz call and response. Jak w domu. Być może najlepiej byłoby, gdybym napisała te wspomnienia w formie reportażu czy „obiektywnego” sprawozdania z przebiegu ango. Jednak leży to poza moim talentem pisarskim i będzie to raczej subiektywna opowieść o tym, co pamiętam i co wciąż we mnie żyje. Przede wszystkim, kiedy wysiadłyśmy z samolotu w San Francisco pierwsze, co się pojawiło to uczucie powrotu do domu. Być może zdarzyło się tak z powodu dosyć gwałtownej zmiany meteorologicznej. Pożegnała nas surowa polska zima a przywitała kalifornijska, słoneczna, także - zima. W tych siedemnastu stopniach można się było rozluźnić i bardzo łatwo „zadomowić”. Druga rzecz, która wywarła na mnie ogromne wrażenie to wielka, otwarta przestrzeń, która jest charakterystyczna chyba dla całych Stanów Zjednoczonych z powodu ukształtowania terenu. Niezwykłe wrażenie, kiedy twojego spojrzenia nie ogranicza blok oddalony od ciebie o 10 metrów. Myślę, że dzięki doświadczeniom: Pacyfiku, plaż, redwood’ów (ulubionych drzew Roshiego, bo jest w nich dużo siły, jak mówi) pamiętających czasy Chrystusa (podobno), widoku na całe San Francisco z niemałej wysokości, „automatycznie” zrobiło się we mnie więcej miejsca na oddech. Atmosfera Ośrodka. Atmosfera panująca w Ośrodku jest kameralna – bo mieszka tam niewiele osób; intymna – czyli bliska, płynąca z serca i dosięgająca serca; miękka i delikatna – chyba ma na to wpływ „gospodarz” ;)) Jest tam wiele wzajemnego szacunku i akceptacji i myślę, że każdy może poczuć się tam jak „u siebie”, każdy może znaleźć sposób, ażeby wyrażać siebie i zostanie ciepło przyjęty. To, co zrobiło na nas duże wrażenie to rozmowy, które się tam prowadzi. Być może nie jest to wcale niezwykłe, jednak nie przywykłam do tego, że ludzie chętnie dzielą się swoimi doświadczeniami i przemyśleniami na temat praktyki i tak samo chętnie i otwarcie słuchają innych. Zapewne nie każdemu to odpowiada, ale ja muszę przyznać, że z tych rozmów wielu ciekawych rzeczy się dowiedziałam! Restrooms. To, co zasługuje na uwagę to łazienki! Podobno Roshi codziennie czyści toalety. I szczerze mówiąc wcale się nie dziwię, bo są naprawdę przyjemne. Tak zwane „bathhouses” zaprojektował jeden z czterech synów Roshiego i Shinko – Kam, który jest architektem. Nie ma sensu opisywać jak wyglądają. Najlepiej je zobaczyć. (Jakby co mam zdjęcia. Mogę przesłać na maila.) W każdym razie są w stylu japońskim (a może chińskim?), jest tam trochę bambusa, chodzi się w nich boso i główne zasady ko-rzystania z nich to cisza, o czym przypomina nam tabliczka „silent space” („strefa ciszy”) oraz „bezśladowość” - karteczka „no trace” („bez śladu” - kto czytał „Umysł zen. Umysł początkującego”, ten wie o co chodzi ;)) To, co zasługuje na uwagę. Jedzenie jest jedną ze spraw, które zasługują na to, żeby o nich wspomnieć. Otóż tak pysznej kuchni to chyba nie często jest nam dane kosztować. Zapewne jest to zasługa July – tenzo, żony Demiana Kwonga, ale Roshi mówi, że to także serce, które wszyscy wkładamy w praktykę; że to jedzenie to ekspresja naszej praktyki, dlatego też niewiele mogę powiedzieć na temat typowej amerykańskiej kuchni. No na pewno lubią masło orzechowe, które w połączeniu z dżemem truskawkowym na chlebie jest nie lada pokusą! Narodowym przysmakiem (jak mi powiedziano) jest chleb kukurydziany („corn bread”). A skoro przy tematach kuchennych jesteśmy, to dużą niespodzianką były książki kucharskie o tytułach w stylu: „Trzy miski”, „Jak gotować na sesshin” albo „Kuchnia w Tassajarze” (nie są to oryginalne tytuły). Jednym słowem w Stanach można znaleźć wiele jak nie wszystko. Okazuje się, że istnieje coś takiego jak „Dharma Match”, czyli jeśli jesteś samotnym buddystą możesz się gdzieś tam zarejestrować i „oni” cię „dopasują” do innego samotnego buddysty. Reklamę tego biura matrymonialnego znalazłam w buddyjskim magazynie, który jest jednym z wielu w Stanach wydawanych, co im się bardzo chwali!!! Najbardziej popularnymi są „Shambala Sun” oraz „Tricycle”. Nota bene, Ośrodek po-siada większość numerów - kolekcjonowanych skrupulatnie w bibliotece, która także zasługuje na uwagę. Można tam znaleźć chyba wszystkie książki w jakikolwiek sposób związane z buddyzmem, a wydane w Stanach. Jest to dosyć pokaźny zbiór mieszczący się na 4 kredensach o wysokości ok. 2,5 m. Podobno jest to ratunek dla rezydentów ;)) Mamrotanie nieoświeconego umysłu. Jeśli chodzi o tę subtelniejszą stronę „amerykańskich doświadczeń”... Roshi podczas ceremonii koła jako część podsumowania swojego doświadczenia sesshin powiedział: „doskonałość zawiera wszystko, nie wyklucza niczego”. I były momenty, kiedy czułam, że rzeczywiście tak jest, że wszystko, co się wydarza jest takie, jakie jest i że JUŻ jest doskonałe. że każdy z nas JUŻ jest doskonały, zanim zacznie się zastanawiać, czy jest doskonały, czego mu brakuje lub czego ma za dużo i co zrobić, żeby było lepiej. I za te momenty jestem wdzięczna. Za każdym razem, kiedy podnosi się krytyk, który ma wyobrażenie jak wygląda doskonała sytuacja, doskonała Małgosia, doskonała ceremonia, doskonałe Ory-oki, doskonały zazen, doskonały przyjaciel, doskonała rozmowa, doskonały sen wracam do doświad-czeń ango, żeby przypomnieć sobie, że nie trzeba „wstrzelać się” w idealne modele zdarzeń, nie trzeba donikąd biec, nie trzeba nic zmieniać na siłę, że wystarczy się rozluźnić, spocząć tu i teraz, a wszystko samo pobiegnie, wszystko się samo zmieni..., że właściwy wysiłek to niekoniecznie zaciśnięte zęby i żelazna wola, ale być może to po prostu „polerowanie dachówki”, cierpliwe powracanie do tu i teraz za każdym razem, kiedy się zgubię. Roshi. Najczęstsze pytanie, jakie otrzymywałam po powrocie na temat Roshiego to pytanie o Jego zdrowie. No więc zdrowie dobre, aczkolwiek Roshi się przeziębił i „pociągał” nosem na zazenach. Jak zwykle dużo się śmiał. Wygłosił piękne Mowy Dharmy. Być może uda mi się zamieścić jedną z nich w Liściu. W tej która mnie urzekła najbardziej, Roshi mówił o wezwaniu i odpowiedzi (call and response). O tym, że cały świat nas wzywa, a my odpowiadamy i na odwrót - my wzywamy, a świat odpowiada: posiłek wzywa, a my odpowiadamy poprzez spożycie go; ludzie wołają, a my odpowiadamy rozmową; robiąc pokłony i podnosząc nasze dłonie do linii uszu, wzywamy Buddę. Call and response jest sposobem naszego kontaktowania się ze światem. To taki rodzaj tańca z nim (ale to już moja własna sugestia ;)). Zakończenie. Z początkowej herbaty zrobiła się kawa. Z „Symfonii” Góreckiego zrobiły się „Święte pieśni Shivy”. Z 17:00 zrobiła się 19:00... I tak naprawdę cóż można napisać o tak subtelnym doświadczeniu jak ango? Cóż można napisać o tym, co się tam zobaczyło, usłyszało, poczuło, żeby wyrazić to, co się rzeczywi-ście chce wyrazić? Nie stwierdzę nic szczególnego, jeśli powiem, że to wszystko jest poza słowami. Nawet niezwykłe doświadczenie zażyłości z sedesem pozostaje poza słowami ;)) Mam nadzieję, że te doświadczenia mają realny wpływ na to, jak działam i kim jestem i że nauczanie Roshiego coraz głębiej przenika moje życie...Życzę wam, żeby każdy z was mógł tam pojechać. Magosha
teksty: 

"MÓJ DOM ROZSZERZYĆ NA ŚWIAT CAŁY" CZYLI OTWARCIE NOWEGO ZENDO NA ŻABIANCE

5 IX 2014 Żabianka ma głos :)

mój dom rozszerzyć na świat cały

i powiększyć ściany

i  wpuścić… mrówki

Wybaczcie, że zaczynam wierszem, który zakończył właściwie Ceremonię ustanowienia nowego Zendo w Gdańsku na Żabiance, ale tak jakoś przylgnął on do mnie, nie daje mi spokoju, nie może opuścić…

Powstał w 2011 roku po moim powrocie z ango, kiedy to Andrzej Grabowski napisał książkę „Zenek i mrówki”, a teraz –  gdy zobaczyłam naszego zendo - skojarzył mi się z nim nieodparcie. Gdy weszłam tu po raz pierwszy, wiedziałam, że to jest to – ogromne ściany, a właściwie metraż, przestrzeń – 70m2 i wielkie okna wychodzące na świat, blisko ziemi, tak, że można było właściwie przez nie przejść! Czego Piotrek zresztą nie omieszkał uczynić (pod kontrolą), a Grzesiek potwierdził, że mrówki tu są!

Ale po kolei: Choć nie wiem, gdzie jest początek. Roshi powtarzał wielokrotnie, że musimy wyjść z piwnicy. Może to jest to. A możemy sami mieliśmy dość! W każdym razie tak się szczęśliwie złożyło, że dostaliśmy wypowiedzenie – nasze lokum dotychczasowe poszło na sprzedaż.

A my rozpoczęliśmy poszukiwania. Dość szybko znaleźliśmy piękne (styl zen) poddasze pod lasem w Sopocie, z ogrodem i historią mrożącą krew w żyłach, jedyny mankament to odległość dla dojeżdżających (bo nawet historię, z pomocą Roshiego i Wszystkich Świętych, przełknęliśmy), ale okazało się wkrótce, że jednak nie możemy się dogadać co do warunków.

I dobrze! Bo wtedy pojawił się On (Nasze Przeznaczenie), który zaproponował nam pomieszczenie, które mu się marnuje od lat i nikt nie chce go zasiedlić! Więc znowu padło na nas! On, który jest właścicielem Szkoły i który jest naszym kolegą sanghowym od lat!

Nauczycielka, która uczyła „w naszej klasie”, zginęła w Alpach na nartach. Co to ma wspólnego z nami? Nie trzeba się doszukiwać? A może nie wyjeżdżać w Alpy? W każdym razie będziemy się modlić za nią! „Cały świat jest jednym kwiatem.”

A teraz do rzeczy: Zbyszek - zrobił projekt, Krzysiek - Marynarz wymalował, Jachoł wymieszał farby – dobrał kolor, „kłóciliśmy się” oczywiście trochę, „jeden – szary, drugi – niebieski”, ale były to spory przyzwoite, bez noży. Po prostu wypowiadanie swoich opinii, krótkie… Jakoś wyszło!

  

Byli też, rzecz jasna, pomocnicy, przynajmniej czasami… To tak pół żartem, pół serio! Roboty było mnóstwo – wymiana okien (własnoręczna), bo nasi panowie są bardzo ambitni, malowanie, podłoga, zasłony i karnisze (na tych metrach, to trochę robi), „przepierzenie”, sprzątanie…

  

Kupno nowych mat i poduszek – znaleźli się ofiarodawcy, dzięki którym mogliśmy to zrobić! Nowe lampy, piękne z Ikei! Nastrojowe! Jeszcze czeka nas nowy ołtarz i górne oświetlenie, i będziemy jak Nowi, co zresztą potwierdził Mikołaj (już jesteśmy!) kropiąc nas obficie świętą wodą z Gangesu.

Zasilała nas i zasila energia i entuzjazm nowych członków i sympatyków, bez której nie byłoby to możliwe. Ludzie prześcigali się w pomysłach, spędzali tu wolne chwile, dni i noce prawie…

  

Cały sierpień nam „zeszedł”. Ja byłam zmęczona samymi zebraniami, a gdzie cała reszta… „Chwała bądź Stwórcy, w Trójcy Jedynemu”.

A teraz – rozpoczęcie: Przyjechał Mikołaj i dużo gości z W-wy, było nam bardzo miło.

 Ewa Kaian podziękowała wszystkim za wielką pracę i ogromny wysiłek, a także nakłady finansowe oraz za bardzo serdeczne przyjęcie nas przez Dyrekcję Szkoły.

Uji wygłosił Mowę nt. Poprzedników w naszej linii przekazu i Następców (o tych drugich znacznie bardziej), odwołał się do swojego pierwszego pobytu na Sonomie i przytoczył słowa Roshiego, że ta praktyka działa… (o czym przekonał się zapewne także sam). 

Odbyła się Ceremonia ofiarowania kadzidła oraz symboliczne odcięcie przeszłości poprzez uświęcenie nas wodą z Gangesu na znak rozpoczęcia Nowego (tym razem nie miałam wątpliwości, że była prawdziwa).

 

Dharma Wind powiedziała wiersz cytowany na wstępie, z przedmową i komentarzem własnym. Uwag nie było…

Po czym – biesiadowaliśmy - razem z zaproszonymi gośćmi, wśród których przodowali nasi przyjaciele z Kwan Um.

 

Mikołaj pozbierał skutki naszych działań (niecnych również), zmywając dzielnie jak na Pana Domu przystało i impreza przeniosła się powoli w kuluary jeszcze bardziej prywatne… Ale ja już o tym nie napiszę, bo mnie tam nie było… Może Sławek…

Na drugi dzień uczciliśmy fakt otwarcia naszego zendo weekendowym zazen, w czasie którego pojawił się nasz Hoshi, by porozmawiać z nami o naszych problemach. Dyskusja była żywa, momentami gorąca, niekiedy burzliwa, a dotyczyła przede wszystkim współpracy z Kwan Um (w ramach wspólnego wynajmu) oraz kształtu naszego zendo. Wypracowaliśmy, zdaje się, koncepcję współistnienia…

O czy zawiadamia przejęta -

Dharma Wind 

 

zendo kwitnie różami

cuda się zdarzają

co dzień

teksty: 

KĄCIKI PO LATACH

KĄCIKI PO LATACH…

Dwóch…
Jak tu się zmieniło…
„Gąszcz traw” porasta nasz Ośrodek.
Drzewka, krzewy, kwiaty… Słoneczniki, winogrona, truskawki… Dynia. Rośliny, których nie znam. Kosmosy. Jarzębina, czereśnie, róże…
Dzikie wino oplata Domek Strażnika i prysznic, koło „kibla” rosną jeżyny …
Jak u Babci w ogródku…
Dziewanna króluje nad wszystkim, ukochana Bankyo.
Wszystko wypielęgnowane ręką ogrodnika, starannie skomponowane.
Jak On sobie z tym radzi?
Domków prawie nie widać. „Trawy” sięgają pod dach. Nawet żwir porósł, jakby celowo.
Wszystko jest! Niczego nie brak!
Ania, „miejscowa”, dogląda Jacoba, co by nie zginął…

……

Strach wyjechał ze wszystkim…
Bo mało stąd nie uciekłam w ostatniej chwili, jak sprzed ołtarza…
Przyjechałam na pojapońską Mowę Mikołaja Uji i Ceremonię Zakończenia Ango i … zostałam na dłużej, jak pani Suzuki… Ona co prawda na 20 lat, ja na tydzień tylko, ale i tak Jacob mi powiedział, że nigdy nie spodziewał się, że będę pierwszą rezydentką…
Ja też! Niektórych rzeczy nie da się przewidzieć.

……

Jestem więc…
Ania wprowadza mnie w dzień codzienny Ośrodka. Przełamuję niechęć do mycia naczyń w wielkiej balii, w zimnej, czy jakiej Bóg da, wodzie; wchodzę coraz raźniej pod prysznic… Uczę się rozmawiać z ludźmi. Jest nas troje.

……

Pani Suzuki „nadawała Ducha” tam wszystkim… Tu Duch już jest… Tylko Być… Trawy go nadały i Niebo, i Ziemia…
Ola Porter powiedziała kiedyś, że to od nich się uczy – od Ziemi, od Nieba… nie od Mistrza… Zważywszy na klasę Oli Porter - SSN… Ale coś w tym jest!
Przypomina mi się błogosławiony pobyt u mojej Babci na Węgorzewskiej, gdy byłam dzieckiem i u rodziców w ogródku, gdy wyjechali na 2 tygodnie. Miałam wtedy jakieś 14 lat, jak Kuba Konpo, gdy zaczynał, podlewałam ogród i czytałam „Panią Bovary”, jak dziś pamiętam i … oddając się z lubością słońcu doświadczałam samoistnie zazen - shikantaza, nic o tym nie wiedząc …

……

Po Ceremonii, już w nocy prawie (przysnęłam na trochę, więc nie wiedziałam, czy to dzień, czy noc) rozpętała się burza, jakiej tu jeszcze nie znali… Myślałam, że wiatr powyrywa drzewa z korzeniami. Zostały i śmieją się znów…
(…) Naraz wiatr dmucha coraz większy, wyrywa może nie drzewa, ale korony targa… Jest zawierucha…
Uciekaj stąd! - pierwsza myśl.
Gdzie będzie lepiej? – druga.
Nie ucieknę do swego domostwa… Tu zostanę…
Przypomina mi się zakręt w Sosnówce, kiedy chciałam zostać mnichem…

I tu w ogóle ubrań nie trzeba, nie trzeba się stroić, ani się malować. Nikt nie patrzy…

……

Dostaliśmy prezenty od Roshiego, z Japonii - do naszych Ośrodków. Mikołaj, póki co, Uji, przekazał. A mojego Brata, który mnie tu przywiózł, tak przyjął, jakby to było Eihei-ji, wszystko mu pokazał… Mój Brat był wielce poruszony… (chociaż wiele widział)… Najbardziej podobało mu się zendo oczywiście, no i … żuraw, i ludzie…, z prysznica zaśmiał się krótko…

w dzikie wino zaplątani
pod prysznicem
jak Adam i Ewa

…..

jestem zakochana
w powietrzu
całuję z Księżycem

……

Ania uświadamia mi jednak, i to od początku, że to nie wakacje, lecz praktyka… Szczególnie w czasie pracy łapię się na tym, jak uciekam myślami daleko… Obecność innych osób pomaga wrócić…
Sprzątam domek gościnny, podlewamy ogród, prasuję orioki. Czytam. Pomagamy w kuchni. Jacob świetnie gotuje. Ma jeszcze przyprawy mnisie z Japonii. Jak powiem do niego – Bankyo, to cuda się dzieją, nie ten chłopak…
Jak On śpiewa –
Operowy śpiewak
Dużo się dzieje przy stole – rozmowy… rozmowy… rozmowy… Słuchamy muzyki… Wypatrujemy deszczu, choćby i piorunów, byleby tylko coś spadło…
Pod wiatą jest całkiem przyjemnie, ale dalej…
Jacob chodzi się kąpać. Ania też.
Ja nie mam zaufania do glinianki. Preferuję hamak.

hamak
jak wahadłowe drzwi
wytrząsa wszystko ze mnie

Ustanawiamy nowy plan dnia – rezydencki – w którym jest więcej praktyki, ale także miejsce na odpoczynek, zajęcia własne… Przywracamy bonsho i han – 7 minut. Ludzie z okolic – goście – pytają: co to?

…..

Nie doceniałam Jacoba, tak jak i on mnie…
Zapewnił bezpieczną i dobrą atmosferę, przynajmniej dla mnie…
Dawał silne oparcie – w czasie burzy na przykład, choć mieszkał oddzielnie. Dzięki niemu wiedziałam, że praktyka się odbędzie, co do minuty… „I że mnie wilk nie pożre…’’
Był dobrym szefem – wyrozumiałym, troskliwym, na swój sposób.
Na mnie mówił Winda, więc wiele mu zawdzięczam…
Ważną rolę odgrywała też „Miejscówka” Ania (wybacz, Aniu, moje nazewnictwo, udzieliło mi się), która tu dochodziła co dzień… Od rana do wieczora… Podziwiałam jej upór, determinację i wytrwałość. Pracowitość – może to niezbyt elegancko brzmi, ale chciałabym mieć „takie zacięcie do roboty” jak ona… Niezłomna… Niezniszczalna…
Uff…
Napisało mi się…
Oczywiście nie zawsze było sielankowo, niech ktoś nie myśli, nie obyło się bez prztyczków i protest songów, szczególnie na początku… Ale ratowały nas ogórki od Uji, w sam raz na upały i wspólna miłość do nich oraz goście, którzy nas nawiedzali czasami. Źle nie było… Gadały kruki, krzyczały żurawie… Będę tęsknić…

…...

Zanim jednak odjadę
Dopowiem resztę

Mięśnie mi przyrosły po trzech dniach, więc chyba coś tu robię…
Każdego dnia się tu czegoś uczę. Jak życia w dżungli!
Blondynka na wakacjach, powiedziało mi się…

…..

A teraz poważnie:

Taki „gorąc”, jak dzisiaj, wypala wszystko w Człowieku; już się nie chce mówić: ą ani ę.
Wybaczcie więc, niedługo skończę…

Jak można myśleć, że jest się Kimś Wielkim - Kimś Innym niż Przyroda i Drugi Człowiek…
Lekcja pokory w upale!

A Drzewa tak się poddają Wiatrowi, bez żadnego sprzeciwu, bez żadnego oporu, choćby co dzień…

Jaki to jest ładny teren, jaki to jest ładny las!
Jeszcze nie lunęło… Zbiera się na burzę.
Jacob woła do piesków – Panowie Pieski…, tak więc jest nas jeszcze dwóch…
Zmęczona jestem, jak po burzy, to ten upał, tydzień mija…
Ania powiedziała, że się zmieniłam, też to czuję, buziaki…
Kącikowe lato żegna mnie już…

Ewa Dharma Wind
2015

teksty: 

Wizyta Roshiego Kwonga w Trójmieście 2013 - wspomnienie

Choć upłynęło już wiele czasu, mam potrzebę podzielić się swoimi wrażeniami i informacjami z pobytu Roshiego 2013 w Trójmieście.

26 maja rozpoczął się tydzień wizyty Roshiego Kwonga w Trójmieście. Czas płynął bardzo intensywnie. Nocne powitanie Roshiego na lotnisku, Wesak, Dialog publiczny, wspólna międzysanghowa kolacja w grupie Bon to tylko niektóre punkty programu. Było też oczywiście spotkanie w zendo, dokusany, spotkanie z grupą Kwan Um oraz niezapomniane, pełne przeżyć i niezwykłych doznań spotkania w naszych domach.

Nie dałam rady we wszystkim uczestniczyć.

Punktami kulminacyjnymi wizyty były na pewno Dialog publiczny oraz Wesak. Dialog, z udziałem Roshiego oraz Wojciecha Żmudzińskiego, jezuity, prowadzony przez muzyka - buddystę Tymona Tymańskiego, zgromadził tłumy. Ludzie szli i szli, wchodzili i wchodzili, kolejka po bilety utrzymywała się. Cała sala, pełna wielkich historycznych portretów (Ratusz Staromiejski), „pękała w szwach”. Przybysze siedzieli na oknach, stali, nie starczyło miejsc. Pytań było mnóstwo. Widzowie czy też słuchacze szybko dołączyli się do rozmowy, zachęceni przez Tymona. Odnalazły się wspólne wątki buddyzmu i katolicyzmu. Na końcu ktoś z sali zaproponował wspólną chwilę ciszy, która sięgnęła Niebios!

Wesak natomiast upłynął w spokojnej atmosferze nacechowanej rytuałem. Połączył, zintegrował środowiska buddyjskie. Dużo się na nim działo. Rozpoczęły Śpiewy z różnych Sangh, potem była Mowa Roshiego, a następnie wszyscy polewaliśmy główkę małego Buddy słodką herbatą na pamiątkę jego narodzin, kiedy to padał deszcz, i było to bardzo przejmujące i niezwykłe, a Nauczyciel błogosławił dzieci – małe i duże. Kwiaty, jedzenie, poczęstunek… A także - występy artystyczne - niezwykle atrakcyjny Śnieżny Lew z Tybetu, Leon w masce Buddy, gra na gongach, ktoś śpiewał. W trakcie uroczystości w poczet naszej Sanghi zostali przyjęci nasi dwaj koledzy - Zbyszek i Krzysiek. Cieszymy się bardzo.

Żegnaliśmy Roshiego „z łezką w oku”. Byliśmy mocno pod wrażeniem jego wizyty i jego wielkiej, cichej, niezastąpionej Obecności. Będzie nam Go brakować…

Ale: Jakiś czas potem, już po powrocie do Stanów, Roshi zadzwonił do nas i zaproponował, abyśmy nazwali swoją grupę Three Treasures…

Gassio, Ewa C.

teksty: