wspomnienia ze ślubu Michała Cz

Na tym ślubie wszystko było po raz pierwszy. Mikołaj pierwszy raz udzielał ślubu, to był pierwszy buddyjski ślub (od dawna) w naszej sandze, a Państwo Młodzi też zdaje się debiutowali. Nawet etatowy fotograf zatrudniony przez Michała również po raz pierwszy fotografował ślub. Ceremonia była łagodna, ciepła, pełna przestrzeni i głęboka.


Buddystów zresztą nie było tak wielu. Przeważali tzw. normalni – uśmiechnięci łysiejący blondyni w garniturach, ich żony i kochanki wraz z potomstwem, oraz bliżej niezidentyfikowana bohema reprezentowana przez kilku kolorowo ubranych, starzejących się gentelmanów, nieliczne przypadki młodzieży o ambicjach awangardowych  oraz jedną pół-murzynkę o nadwiślańskich rysach twarzy i kolorze skóry jaki miewa ta rzeka w okresie wiosennego przyboru. Sangę gdańską dzielnie reprezentowała zadumana |Ewa cz.


Najpierw wszyscy stłoczyli się w centralnej remizie gdzie odbyła się ceremonia zapoznawcza (z dalszym przebiegiem zdarzeń). Otoczywszy ciasnym pierścieniem Młodą Parę oraz celebrujących tę uroczystość Mikołaja, Sławka, Przemko i Gosi K, goście z uwagą i typowym dla początków podobnych ceremonii przejęciem wysłuchali wstępnych słów Miko. Pomiędzy nimi zaś krążył zdezorientowany pies Marysi P.


Później wszyscy przeszli do zaimprowizowanego w otwartym polu kościoła, gdzie miała się prawdopodobnie odbyć główna część uroczystości, czyli tzw. Ślub. Mieliśmy, według przykazań koncelebranta, podążać tam dwoma długimi szeregami, oddzielnie mężczyźni i kobiety, ale niektórzy chyba z przejęcia stracili czasowo orientację (sexualną). W pewnym momencie, gdy Państwo młodzi podchodzili do ołtarza, tj. stojącego w trawie stołu, Jurek D zaczął z zainteresowaniem przyglądać się trawie wokół własnych stóp. Na pytanie, czy czegoś nie zgubił, ze spokojem odpowiedział: tak, OBRĄCZKI. Po chwili jednak, i przy pomocy innych uczestników uroczystości, zguba się na szczęście znalazła.


Na wstępie „mszy” Mikołaj pokropił wszystkich wodą, podobno z Gangesu, w celu oczyszczenia buddyjskich duszyczek, ale Najwyższy nie dowierzał najwyraźniej jego umiejętnościom, bo zesłał własny deszcz, w związku z czym musieliśmy wrócić pod dach.  Tam odbyła się główna część ceremonii. Były śluby i zaklęcia, życzenia i szepty, z których najniewinniejsze brzmiało: „Jeżeli ty jesteś bursztynową klaczą, to ja jestem krwawą drogą”, co było trawestacją wiersza Octavio Paza i wyrażało, jak sądzę, intencję autorki aby nowy związek trwał w szczęściu i spokoju przez wiele lat.


Potem były tańce, rozmowy i folgowanie rozmaitym przyziemnym pokusom i kaprysom. I ja tam byłem i manhattana piłem.



teksty: