wspomnienia z Sonomy

A oto wspomnienia Magoshy (ksywa/zmiana oryginalnie wykonana przez Roshiego:) z Sonomy: „Happy, happy joyful you are here – everywhere!” (Roshi Jakusho Kwong) Wstęp. „ I co z waszymi wspomnieniami z Sonomy?? Zaraz Liścia będę drukował, sprężcie się w ten weekend! Wystarczy usiąść z kubkiem herbaty i powspominać”. Tak napisał do mnie Sławek Lipski, więc zakasuję rękawy, parzę herbatę i zaczynam wspominać (już zapomniałam jak to się robi ;)). Minął miesiąc od naszego powrotu i już prawie nic nie pamiętam. Hasła, słowa lub zdania, które mi się z tym wyjazdem kojarzą to: przestrzeń, słońce, jet-leg (o ile tak to się pisze, czyli zmęczenie spowodowane zmianą czasu), przytulność, dom, ciepłe powietrze, skupienie, delikatność, szacunek, piękno, strach, zmien-ność, intymność, „doskonałość zawiera wszystko, nie wyklucza niczego” oraz call and response. Jak w domu. Być może najlepiej byłoby, gdybym napisała te wspomnienia w formie reportażu czy „obiektywnego” sprawozdania z przebiegu ango. Jednak leży to poza moim talentem pisarskim i będzie to raczej subiektywna opowieść o tym, co pamiętam i co wciąż we mnie żyje. Przede wszystkim, kiedy wysiadłyśmy z samolotu w San Francisco pierwsze, co się pojawiło to uczucie powrotu do domu. Być może zdarzyło się tak z powodu dosyć gwałtownej zmiany meteorologicznej. Pożegnała nas surowa polska zima a przywitała kalifornijska, słoneczna, także - zima. W tych siedemnastu stopniach można się było rozluźnić i bardzo łatwo „zadomowić”. Druga rzecz, która wywarła na mnie ogromne wrażenie to wielka, otwarta przestrzeń, która jest charakterystyczna chyba dla całych Stanów Zjednoczonych z powodu ukształtowania terenu. Niezwykłe wrażenie, kiedy twojego spojrzenia nie ogranicza blok oddalony od ciebie o 10 metrów. Myślę, że dzięki doświadczeniom: Pacyfiku, plaż, redwood’ów (ulubionych drzew Roshiego, bo jest w nich dużo siły, jak mówi) pamiętających czasy Chrystusa (podobno), widoku na całe San Francisco z niemałej wysokości, „automatycznie” zrobiło się we mnie więcej miejsca na oddech. Atmosfera Ośrodka. Atmosfera panująca w Ośrodku jest kameralna – bo mieszka tam niewiele osób; intymna – czyli bliska, płynąca z serca i dosięgająca serca; miękka i delikatna – chyba ma na to wpływ „gospodarz” ;)) Jest tam wiele wzajemnego szacunku i akceptacji i myślę, że każdy może poczuć się tam jak „u siebie”, każdy może znaleźć sposób, ażeby wyrażać siebie i zostanie ciepło przyjęty. To, co zrobiło na nas duże wrażenie to rozmowy, które się tam prowadzi. Być może nie jest to wcale niezwykłe, jednak nie przywykłam do tego, że ludzie chętnie dzielą się swoimi doświadczeniami i przemyśleniami na temat praktyki i tak samo chętnie i otwarcie słuchają innych. Zapewne nie każdemu to odpowiada, ale ja muszę przyznać, że z tych rozmów wielu ciekawych rzeczy się dowiedziałam! Restrooms. To, co zasługuje na uwagę to łazienki! Podobno Roshi codziennie czyści toalety. I szczerze mówiąc wcale się nie dziwię, bo są naprawdę przyjemne. Tak zwane „bathhouses” zaprojektował jeden z czterech synów Roshiego i Shinko – Kam, który jest architektem. Nie ma sensu opisywać jak wyglądają. Najlepiej je zobaczyć. (Jakby co mam zdjęcia. Mogę przesłać na maila.) W każdym razie są w stylu japońskim (a może chińskim?), jest tam trochę bambusa, chodzi się w nich boso i główne zasady ko-rzystania z nich to cisza, o czym przypomina nam tabliczka „silent space” („strefa ciszy”) oraz „bezśladowość” - karteczka „no trace” („bez śladu” - kto czytał „Umysł zen. Umysł początkującego”, ten wie o co chodzi ;)) To, co zasługuje na uwagę. Jedzenie jest jedną ze spraw, które zasługują na to, żeby o nich wspomnieć. Otóż tak pysznej kuchni to chyba nie często jest nam dane kosztować. Zapewne jest to zasługa July – tenzo, żony Demiana Kwonga, ale Roshi mówi, że to także serce, które wszyscy wkładamy w praktykę; że to jedzenie to ekspresja naszej praktyki, dlatego też niewiele mogę powiedzieć na temat typowej amerykańskiej kuchni. No na pewno lubią masło orzechowe, które w połączeniu z dżemem truskawkowym na chlebie jest nie lada pokusą! Narodowym przysmakiem (jak mi powiedziano) jest chleb kukurydziany („corn bread”). A skoro przy tematach kuchennych jesteśmy, to dużą niespodzianką były książki kucharskie o tytułach w stylu: „Trzy miski”, „Jak gotować na sesshin” albo „Kuchnia w Tassajarze” (nie są to oryginalne tytuły). Jednym słowem w Stanach można znaleźć wiele jak nie wszystko. Okazuje się, że istnieje coś takiego jak „Dharma Match”, czyli jeśli jesteś samotnym buddystą możesz się gdzieś tam zarejestrować i „oni” cię „dopasują” do innego samotnego buddysty. Reklamę tego biura matrymonialnego znalazłam w buddyjskim magazynie, który jest jednym z wielu w Stanach wydawanych, co im się bardzo chwali!!! Najbardziej popularnymi są „Shambala Sun” oraz „Tricycle”. Nota bene, Ośrodek po-siada większość numerów - kolekcjonowanych skrupulatnie w bibliotece, która także zasługuje na uwagę. Można tam znaleźć chyba wszystkie książki w jakikolwiek sposób związane z buddyzmem, a wydane w Stanach. Jest to dosyć pokaźny zbiór mieszczący się na 4 kredensach o wysokości ok. 2,5 m. Podobno jest to ratunek dla rezydentów ;)) Mamrotanie nieoświeconego umysłu. Jeśli chodzi o tę subtelniejszą stronę „amerykańskich doświadczeń”... Roshi podczas ceremonii koła jako część podsumowania swojego doświadczenia sesshin powiedział: „doskonałość zawiera wszystko, nie wyklucza niczego”. I były momenty, kiedy czułam, że rzeczywiście tak jest, że wszystko, co się wydarza jest takie, jakie jest i że JUŻ jest doskonałe. że każdy z nas JUŻ jest doskonały, zanim zacznie się zastanawiać, czy jest doskonały, czego mu brakuje lub czego ma za dużo i co zrobić, żeby było lepiej. I za te momenty jestem wdzięczna. Za każdym razem, kiedy podnosi się krytyk, który ma wyobrażenie jak wygląda doskonała sytuacja, doskonała Małgosia, doskonała ceremonia, doskonałe Ory-oki, doskonały zazen, doskonały przyjaciel, doskonała rozmowa, doskonały sen wracam do doświad-czeń ango, żeby przypomnieć sobie, że nie trzeba „wstrzelać się” w idealne modele zdarzeń, nie trzeba donikąd biec, nie trzeba nic zmieniać na siłę, że wystarczy się rozluźnić, spocząć tu i teraz, a wszystko samo pobiegnie, wszystko się samo zmieni..., że właściwy wysiłek to niekoniecznie zaciśnięte zęby i żelazna wola, ale być może to po prostu „polerowanie dachówki”, cierpliwe powracanie do tu i teraz za każdym razem, kiedy się zgubię. Roshi. Najczęstsze pytanie, jakie otrzymywałam po powrocie na temat Roshiego to pytanie o Jego zdrowie. No więc zdrowie dobre, aczkolwiek Roshi się przeziębił i „pociągał” nosem na zazenach. Jak zwykle dużo się śmiał. Wygłosił piękne Mowy Dharmy. Być może uda mi się zamieścić jedną z nich w Liściu. W tej która mnie urzekła najbardziej, Roshi mówił o wezwaniu i odpowiedzi (call and response). O tym, że cały świat nas wzywa, a my odpowiadamy i na odwrót - my wzywamy, a świat odpowiada: posiłek wzywa, a my odpowiadamy poprzez spożycie go; ludzie wołają, a my odpowiadamy rozmową; robiąc pokłony i podnosząc nasze dłonie do linii uszu, wzywamy Buddę. Call and response jest sposobem naszego kontaktowania się ze światem. To taki rodzaj tańca z nim (ale to już moja własna sugestia ;)). Zakończenie. Z początkowej herbaty zrobiła się kawa. Z „Symfonii” Góreckiego zrobiły się „Święte pieśni Shivy”. Z 17:00 zrobiła się 19:00... I tak naprawdę cóż można napisać o tak subtelnym doświadczeniu jak ango? Cóż można napisać o tym, co się tam zobaczyło, usłyszało, poczuło, żeby wyrazić to, co się rzeczywi-ście chce wyrazić? Nie stwierdzę nic szczególnego, jeśli powiem, że to wszystko jest poza słowami. Nawet niezwykłe doświadczenie zażyłości z sedesem pozostaje poza słowami ;)) Mam nadzieję, że te doświadczenia mają realny wpływ na to, jak działam i kim jestem i że nauczanie Roshiego coraz głębiej przenika moje życie...Życzę wam, żeby każdy z was mógł tam pojechać. Magosha
teksty: