wspomnienia z Indii cz.2

Druga część wspomnień Jarka.

Wykłady przebiegały w dwóch turach, rano od 9 tej do 11:30, a potem od 13 do 15 tej. Ludzie schodzili się prędzej, wtedy mnisi coś śpiewali. HH pojawiał się o 9:30. wszyscy wstawali i robili trzy pełne pokłony, Tybetańczycy robili pokłony kładąc się plackiem na brzuchu (tak wygląda pokłon tybetański). Tuż po wejściu HH mnisi roznosili bułeczki, a potem herbatę z mlekiem, której nie piłem z dwóch powodów: nie miałem naczynia oraz, co ważniejsze, wzbudzała moją podejrzliwość swoim kolorem. Było tam parę tysięcy ludzi, pełna cała świątynia. Wszyscy siedzieli na ziemi, na poduszeczkach, kocach i czym tam jeszcze. W tym czasie miasto było opustoszałe. Po wykładach ulice się zaczerwieniały, wylegało na nie tysiące mnichów. Wiem, bo nie na wszystkie wykłady chodziłem. W końcu Łukasz dawał radę wysiedzieć tylko część z nich. Do uczestnictwa w wykładach przekonało go wierzenie, że jeśli zobaczy się HH, to zostają wymazane przewiny z siedmiu żywotów wstecz. Nie sądzę, żeby rozumiał, co to jest siedem żywotów wstecz, ale siedział i się nie nudził. Ogólnie był dzielny. Co więcej Łukasz wzbudzał tam bardzo duże zainteresowanie, wielu ludzi chciało mieć z nim zdjęcie, wielu się z nim witało, ściskało rękę. No wzbudzał sensację. Kilka zdjęć mam. Po pewnym czasie wpadłem na powód tego zainteresowania: był on mianowicie jedynym małym, białym dzieckiem w McLeod Ganj w tym czasie, a być może w ogóle od dłuższego czasu. O ile bowiem białych się widywało, to byli to biali dorośli. A ten to zdecydowanie nie dorosły. Śmieszne było, że większość ludzi pozowała do zdjęć, stając na baczność i patrząc odważnie w obiektyw. Po naszemu mało naturalnie.

A teraz nieco o treści wykładów. Jak już pisałem ze względów językowych, a także mojej ograniczoności ogólniejszej natury, niewiele skumałem. No, ale jest strona z wykładami więc czuję się spokojniejszy. Może ktoś ściągnie i mi powie. Więc będzie ogólnie, może z błędami i niewiele. Raczej moja interpretacja niż odtworzenie wykładów.

Co pamiętam, spis treści, potem krótkie rozwinięcia:

1. Największe przyczyny błędów, braku logicznego myślenia.
2. O tym co wyróżnia buddyzm od innych religii.
3. O przemienianiu uczuć z negatywnych w pozytywne.

Jeden z wykładów poświęcony był najczęstszym czterem błędom jakie popełniają ludzie myśląc o świecie i sobie.
Po pierwsze, że mylą pożądanie ze szczęściem.
Po drugie, że wierzą w istnienie „ja” osobnego od innych ludzi.
Po trzecie, że rzeczy nietrwałe biorą za trwałe i niezmienne.
Po czwarte wreszcie, że rzeczy i wydarzenia wydają im się jako istniejące niezależnie podczas, gdy wszystko jest od siebie zależne.

HH mówił, że buddyzm należy brać logicznie, sprawdzać samemu, nie brać na wiarę. Że jeśli podejdzie się do analizy siebie i świata logicznie, to okaże się to wszystko co wyżej napisałem. Wszystko jest ze sobą powiązane i nietrwałe. Pożądanie i zaspokojenie pożądania nie daje szczęścia. Wreszcie jeśli się do dna odpowie na pytanie kim się jest, to się okaże, że „ja” nie ma.

Zasadniczą linią oddzielającą buddyzm od innych religii jest buddyjskie przekonanie o nieistnieniu „ja”. Pozostałe religie tworzą jakiś rodzaj relacji między Bogiem a osobnym wobec Boga człowiekiem. W chrześcijaństwie koncepcja osobowego Boga i szczególnej relacji Boga i człowieka ma znaczenie kluczowe – mówi się, że nie może istnieć miłość inna niż pomiędzy dwoma różnymi istotami. Podobnie jest w innych religiach. Buddyzm zdecydowanie odróżnia pojęcie złudności istnienia „ja”, istnienia osobnego bytu. Kolejną kwestią, którą HH zaznaczał dość często to fakt wzajemnej współzależności wszystkiego co istnieje.

Sporo uwagi HH poświęcił sprawom przemieniania emocji negatywnych w pozytywne. W jednym z wykładów powiedział, że najlepszym podarunkiem jaki jeden człowiek może dać drugiemu jest brak lęku, nauczenie życia bez lęku. Pomocne przy tej przemianie może być zauważenie, że wszystko jest wzajemnie powiązane. W tym miejscu nasuwa mi się uwaga nieco innej natury. Chodzi o inwazję Chin na Tybet. Zajęcie Tybetu przez Chiny miało miejsce w roku 1950. inwazja była bardzo brutalna. Także w tej chwili działalność Chińczyków można przyrównać do hitlerowskiego planu wyniszczenia narodów. Podobno Lhasa jest miastem, w którym jest najwięcej na świecie prostytutek. Tybet w zasadzie nie ma żadnych szans na niepodległość. Dalaj Lama walczy o jakiś rodzaj autonomii. Podczas jednej z rozmów z uchodźcą z Tybetu, uchodźcą do Indii, opowiadał on o strasznych trudach takiej ucieczki. Polega to na tym, że rodzina musi przez miesiąc przedzierać się przez góry, bez jedzenia. Zdarzało się podobno, że podczas tych ucieczek porzucano po drodze dzieci, które nie miały siły iść dalej, żeby ratować resztę rodziny. Krótko mówiąc Tybetańczycy wycierpieli bardzo wiele i cierpią wciąż. Tybetańczycy mają prawo mieć wiele negatywnych uczuć. Życie z taką dozą nienawiści byłoby trudne. HH na przykład zauważa pozytywne aspekty inwazji Chin. Twierdzi, że dzięki temu świat miał okazję poznać bogactwo kultury tybetańskiej, które w przeciwnym razie byłoby dla świata niedostępne. Problem przemiany uczuć i rozwijania współczucia (bodchiczitty) jest chyba jedną z centralnych kwestii buddyzmu tybetańskiego. Jest podstawą ścieżki Bodhisattwy. Jest podstawą buddyzmu Mahajany, jak choćby w naszych ślubowaniach.

Definicja Bodchichitty jest podana przez Maitreję: składa się z dwóch aspektów. Pierwszym z nich jest współczucie do wszystkich czujących istot, pragnienie przyniesienia tymże wyzwolenia. Drugim aspektem jest pragnienie własnego wyzwolenia, aby móc lepiej służyć innym.

Dość duże wrażenie robią mnisi. Po pierwsze ze względu na ich ilość. Po wykładach ulice McLeod Ganj stawały się czerwone. Po drugie ze względu na ich postawę: zadowolenie, przyjacielskość, otwartość, zainteresowanie ludźmi. Z jednym z nich zaprzyjaźniliśmy się co nieco. Podczas pierwszego spotkania, w trakcie witania się trzymał moją rękę dwoma rękami, patrzył długo i z autentycznym zainteresowaniem w oczy, aż mnie to trochę zawstydziło. Mnich ten zresztą zbudował w Tybecie (czyli Chinach) olbrzymi klasztor nie mając grosza przy duszy. Dzięki zbieraniu pieniędzy, bezpłatnej pracy. Mamy zresztą do niego zaproszenie i będzie nas witał z wielką przyjemnością. Czasem na ulicy trudno było przejść żeby mnisi nas nie pozdrawiali, witali się, uśmiechali. Jeśli szedłem z Łukaszem większość z nich nas życzliwie zaczepiało, szczególnie chętnie witali się z Łukaszem. Po trzecie z powodu ich różnorodności. Mnichami były niemal dzieci i ledwo stojący na nogach starcy.

W dniu, w którym nie było wykładów, poszliśmy z Łukaszem na wycieczkę obejrzeć pobliski wodospad. Przy wejściu na ścieżkę do wodospadu zauważyliśmy groźnie brzmiący znak, żeby pod żadnym pozorem nie wchodzić na tę ścieżkę właśnie. Ścieżką pomimo to ciągnęły spore rzesze ludzi. Ośmieleni poszliśmy dalej. Ścieżka biegła wzdłuż stoku, obramowującego górską dolinę i rzeczkę, w jaką zmieniał się wodospad. Nad brzegami rzeczki, w dole zobaczyliśmy widok, którego znaczenie zrozumiałem po dłuższej chwili. Setki mnichów roznegliżowanych, setki suszących się na kamieniach w słońcu szat, setki osób pieczołowicie trzepiących swoje ubrania w górskiej wodzie. Szare kamienie, stalowa woda, czerwone i żółte szaty tworzyły niezwykły widok. Widok pomnożony przez setki uwijających się postaci. Trafiliśmy do wielkiej górskiej, naturalnej pralni. Mnisi prali, odpoczywali, jedli, grali w jakieś gry, kąpali się i myli, leżeli i wygrzewali się na słońcu, chodzili w góry. Zeszliśmy na dół. Zostaliśmy chwilę pomoczyć nogi obok malutkiego jakby jeziorka utworzonego między skałami. Woda była lodowato zimna. Trudno było utrzymać w niej nogi dłuższy czas. Łukasz jednak rozgrzany zejściem a potem podejściem, ładną pogodą rozebrał się i wskoczył do jeziorka. Mnisi zebrani wokół uhonorowali jego wyczyn oklaskami i śmiechem. Po chwili sami odważyli się zanurzyć.

Tybetańczycy są niezwykle pokojowi, otwarci, pokorni i chętni do kontaktu. Widać to zwłaszcza w kontraście do przedsiębiorczych i aktywnych Hindusów. Dwa porównania. Wejście do sklepu hinduskiego (ba! nawet spojrzenie na ich stragan) wiązało się niemal zawsze z nagabywaniem, zapraszaniem do obejrzenia wszystkich towarów, propozycją kawy. Z reguły też sprzedawcy obiecywali obniżki. Czasami obniżki były naprawdę duże, tak duże, że stawia to pod znakiem zapytania sensowność ceny początkowej. W naszym języku podejście Hindusów można by było określić jako bardzo aktywną sprzedaż. Techniki jakie stosowano były rozmaite: litość („Tak mało u nas turystów”); przeliczanie ceny na dolary – co dawało efekt, że z setek rupii robiło się parę dolarów; pokazywanie obniżek na kalkulatorze (jakby wynikały z jakichś obliczeń); zaprzyjaźnianie się (sam nie pamiętam ile razy zostałem nazwany „przyjacielem”). Innymi słowy, żeby nie zostać zaczepionym jedynym sposobem było wyraźne okazywanie braku jakiegokolwiek zainteresowania towarami. Sklepy Tybetańczyków były inne. Sprzedawcy byli całkiem nieaktywni, siedzieli na swoim stołku i czekali na inicjatywę klienta. Prawdą jest, że z reguły niemal w ogóle nie mówili po angielsku, a cenę często podawali pisząc ją na skrawku papieru lub pokazując na palcach. Cen w zasadzie nie dało rady negocjować, one od razu były najniższe. U Hindusów nauczyłem się handlować niemal zawsze, a kiedy to z rozpędu robiłem u Tybetańczyków, miałem wrażenie, że ich urażam. Potem zobaczyłem, że mają taniej i jak dają jakąś cenę, to dlatego, że ona taka jest, a nie dlatego, że jestem biały. Ich sklepy były też uboższe niż hinduskie.

Inne zdarzenie. W drodze na wykłady przechodziłem obok malutkiej, po naszemu, kapliczki, obok której siedział gość w żółtych szatach. Kucnąłem i zrobiłem mu zdjęcie. Zauważył mnie i trochę przestraszyłem się, że będzie chciał pieniądze, w końcu był Hindusem. Ale on zaprosił mnie przed siebie, machając rękami i krzycząc: „No money, no money”. Wskazał ręką miejsce naprzeciw siebie, zaprosił do zrobienia zdjęcia, uśmiechnął się. Spodziewałem się, że zacznie mnie nawracać, więc się uspokoiłem. Ale on wcisnął mi w kieszeń od koszuli malę, a potem zaczął coś z wyraźnym ożywieniem opowiadać. Z opowieści wynikało, że chce gdzieś jechać, a podróż ta jest ważna, bo religijna. A co ważniejsze potrzebuje na nią 170 rupii. Wtedy zrozumiałem, że moje obawy były uzasadnione. Klnąc na swoją głupotę, że nie poszedłem dalej, wyciągnąłem 100 rupii i mu dałem. On się obraził i zaczął powtarzać, że przecież jemu trzeba 170 rupii, a nie 100. Chwilę to wszystko trwało, aż w końcu wstałem i poszedłem. Zdjęcie kosztowało mnie 100 rupii czyli jakieś 8 złotych, w zasadzie można powiedzieć niedużo, a nawet bardzo mało. Gorsze jednak było to, że czułem się wykorzystany, zmuszony do zrobienia czegoś na co nie miałem ochoty. No cóż, przegrałem. Powlokłem się dalej. Pół godziny później siedziałem na skraju górskiej ścieżki z aparatem w ręku. Drogą przechodził Tybetańczyk. Zobaczył mnie z aparatem. Stanął, uśmiechnął się i gestami zaczął mnie zachęcać do zrobienia mu zdjęcia. Kiedy podniosłem aparat, stanął wyprostowany, przyjął pozę zdjęciową i zastygł w oczekiwaniu. Po zrobieniu zdjęcia poszedł dalej dziękując.

teksty: