wspomnienia z Indii cz. 3

Wspomnienia Jarka część 3

Ruch uliczny w Indiach. Jeździ się tam po wariacku. Jedyne, co ich ratuje przed totalnym wyniszczeniem narodowym, to fakt, że jeżdżą powoli. Czasem powolność jest denerwująca. Przejazd 400 kilometrów pociągiem zajmuje 12 godzin, ale trudno. Ogólnie zasady ruchu mogę spróbować spisać w kilku punktach:

Ruch jest lewostronny, co samo w sobie, oczywiście, nie jest niczym złym. Dołożyć należy jednak do tego, że najczęściej na jezdniach nie ma pasów, uliczki bywają bardzo wąskie, chodników nie ma – piesi i pojazdy mają w zasadzie równe prawa. Kiedyś wychodziłem z dworca autobusowego (jak pisałem nie ma chodników) przeciskając się między wyjeżdżającymi autobusami, które co chwila ruszały o kawałek do przodu; stały jeden za drugim co jakieś pół metra, kierowca nie mógł widzieć idących dołem ludzi. Przeżycie metafizyczne. Wtedy zrozumiałem, że jestem w piekle. Ale o tym więcej w innym miejscu.
Ponieważ jest tłok, lusterka boczne są złożone, bo w przeciwnym razie dawno byłyby poobrywane. Jadąc nie wiadomo czy przypadkiem nie zajeżdżamy komuś drogi. Ma to dwie ważne konsekwencje. Po pierwsze auto zamierzające wyprzedzić trąbi, żeby poinformować o swojej obecności. W Polsce trąbienie ma z reguły wydźwięk agresywny, tam czysto informacyjny. Trąbi się więc stale. Cały dzień i całą noc, co bywa kłopotliwe. Po drugie nie ma specjalnego sensu używanie kierunkowskazów. Po prostu jak skręcam, to skręcam, jeśli nikt nie trąbi mi na plecach wszystko jest OK. Pewno to są powody, dla których auta są dość mocno pokiereszowane.
Ważnym elementem gry są krowy. Ich widok jest piękny. Wokół straszny ruch, klaksony, przepychanie, pisk hamulców, a one spokojnie, z dostojeństwem przechodzą środkiem ulicy. Potem z pewną melancholią, jakby nie widziały tego wszystkiego wokół, kładą się z boku jezdni, czasem na środku, przeżuwać swój pokarm. Leżą jakby nieobecne a zawsze posągowo spokojne. Całe sznury aut, wielkich ciężarówek, małych riksz, osobowych przepuszczają dostojne zwierzęta. Auta z respektem zatrzymują się, gdy kilka krów przecina ulicę lub omijają wypoczywające zwierzęta. Pytałem Hindusa o co tu chodzi. Nie za wiele powiedział. Z tego co zrozumiałem wynikało, że religia zabrania im jeść wołowinę. Pewnego dnia jechaliśmy na wycieczkę taksówką po górzystych dróżkach obok Dharamsali. Kierowca był spokojny i małomówny pomimo tego, że zakręty były strasznie ostre, dróżka wąska, za burtą ziała przepaść, a co pewien czas mijaliśmy inne auta. Spokoju kierowcy nie zmąciło zabicie psa. W zasadzie niemal tego nie zauważył. Fakt, w Indiach jest bardzo dużo bezdomnych psów. Parę kilometrów dalej na samochód weszła krowa. Dość mocno walnęliśmy ją prawą stroną auta, krowa padła na ziemię. Kierowca zatrzymał na chwilę auto. Wyszedł i popatrzył na szkody. Prawdę mówiąc, nie było ich zbyt dokładnie widać, wśród mnóstwa innych zarysowań. W tym czasie krowa wstała i poszła dalej. My też pojechaliśmy dalej. Absolutny spokój kierowcy zmąciło tylko jedno wydarzenie. Po drodze okazało się, że aby pojechać dalej należy zapłacić 20 rupii czyli na polskie jakieś 1,5 złotego. Wtedy się wkurzył. Była awantura. Staliśmy tam z pół godziny. Z zachodniego punktu widzenia, znacznie większe szkody kierowca odniósł po spotkaniu z krową, więc nie rozumiałem skąd takie zdenerwowanie przy 20 rupiach. Potem zrozumiałem, że szkód jakie wyrządziła krowa, nikt nie miał zamiaru naprawiać, a te dwie dychy trzeba było płacić.
Kilka ciekawostek:
Poza miastem można jeździć pod prąd. Kiedy po raz pierwszy zobaczyłem na autostradzie jadący naprzeciw nam wielki traktor, wyładowany niemożebnie czymś tam, przeżyłem chwilę strachu. Potem wyczekiwałem podobnych z niecierpliwością. Nikt nawet nie trąbił – bo przecież doskonale się widzieli.
Czerwone światło jest traktowane jak sugestia zatrzymania się. A nocą w ogóle nie zauważane. Do tego trudno się przyzwyczaić. Policjanci jednak są przyzwyczajeni.
Światła samochodów nawet nocą nie zawsze są włączane. Właściwie to nie wiem czemu. Może z oszczędności, a może nie trzeba.
Auta są malutkie. Najpopularniejsza marka to Marutti Suzuki. Ale ma on wiele przejawów. Małe autko, mini van, mini mini van, limuzyna i inne. Widziałem także Skody Octavie. A największą hinduską firmą produkująca samochody jest TATA. Zresztą ta firma robi tam niemal wszystko: telefony komórkowe, buduje i co tam jeszcze.

Najtańszym, środkiem lokomocji po mieście (zarówno po Delhi jak i McLeod Ganj) są riksze. Chodzi o riksze zmechanizowane. Są to trójkołowe pojazdy osłonięte brezentową budą. W Delhi w najdalsze miejsce jakie nam się zdarzyło jechać zapłaciłem 70 rupii, a za całodzienne wożenie chyba 200. Najczęściej kurs kosztował od 30 do 40 rupii w zasadzie w dowolne miejsce. Jeżdżenie rikszą po Delhi, jakkolwiek niezbędne, było często wyprawą w nieznane. Przede wszystkim o cenę należało pytać przed wejściem do pojazdu. W innym wypadku kierowca uznawał, zresztą słusznie, że jest się turystą początkującym i należy takiego orżnąć, czyli na koniec podróży można było usłyszeć cenę trzykrotnie wyższą. W rikszy nie ma liczników i trzeba określić stawkę przed wejściem. Najczęściej rikszarze podawali ceny dwa, trzy razy wyższe licząc na swój szczęśliwy dzień. Wtedy podawało się cenę swoją. Zaczynał się mały handel. On proponował kwotę nieco niższą od pierwotnej. Wtedy mówiło się, że wiemy ile podróż jest warta i powtarzaliśmy ofertę. Rikszarz się upierał. Wtedy należało odejść i skierować się do innej rikszy. Widząc plecy rikszarz krzyczał, biegł i w końcu zgadzał się i zabierał za naszą cenę. Chyba, że opłata, jaką oferowaliśmy rzeczywiście była zbyt niska. Aczkolwiek trudno w tym miejscu powiedzieć, co dokładnie oznacza w Indiach za niska cena. Pewnego dnia uliczny sprzedawca zaczepiał mnie kilka razy chcąc sprzedać malutkie szachy. Nie chciałem ich kupić, ale Łukasz coś marudził, że mu się podobają i to właśnie chyba ten sprzedawca wyczuł, dlatego tyle razy do nas podchodził. Mniejsza o to, ważne, że w ciągu 45 minut i pięciu podejść handlowych cena szachów spadła z 300 rupii do 20.

Wracając do riksz. Szczęśliwie cena ustalona, kierunek jazdy mniej więcej też. W zasadzie tylko parokrotnie udało mi się po prostu pojechać, tam gdzie chciałem. Często bywało tak, że rikszarz sugerował drobną zmianę w trasie, żeby zobaczyć wyjątkową świątynie, wystawę lub muzeum. Zachwalał rzeczony przybytek jako jedyny i najsławniejszy w Delhi. Kiedy pasażer nieopatrznie wyraził zainteresowanie, lądowało się w zwykłym sklepie. Sklep ów rzeczywiście nazywał się najczęściej świątynią czegoś, ekspozycją lub muzeum, niemniej jednak pozostawał sklepem dla turystów. Kiedy zwiedzałem sklep, rikszarz odbierał talon na benzynę. Rikszarz za doprowadzenie do sklepu turysty, był przez sklep wynagradzany. Turysta jest w Indiach dobrem narodowym i, w pewnym sensie, jest „uprawiany”. Inny przykład „dystrybucji” turysty to przewodnicy. Pewnego dnia wynająłem taksówkę na podróż do Agry i z powrotem. Agra jest miastem, w którym znajduje się jeden z cudów świata – Taj Mahal. Kierowca zaproponował, żebym wziął przewodnika, dodając, że przewodnik jest całkowicie za darmo. Okazało się, że przewodnik to jakaś jego rodzina; przewodnik jakkolwiek nie wziął pieniędzy to powtórzył co najmniej pięć razy, że jeśli ja będę zadowolony to i on będzie, dając jednoznacznie do zrozumienia, że liczy na napiwek; wziął mój bilet (750 rupii, a więc drogo jak na Indie), chyba, po to, żeby go powtórnie sprzedać; wreszcie w ramach zwiedzania Agry zawiózł do dwóch „świątyń” czyli sklepów. Zmęczenie, wizyty w sklepach, pośpiech to wszystko tak mnie wykończyło, że zrobiłem awanturę, podczas której kierowca i przewodnik powtarzali: „No problem, no problem”.

teksty: