wstęp do wspomnień Jarka :)

To jest wstęp :_)

To trzeba przeczytać najpierw :))))

Chyba muszę zacząć od początku, zauważyłem bowiem, że brak temu wszystkiemu wstępu, brak spisu osób, co brały udział, brak najzwyczajniejszego opisu, co i jak po kolei. Zacznę od opisu osób dramatu, bo sam zestaw jest egzotyczny. Byli tam: moja znajoma, co lubi Indie; moja była żona, która też lubi Indie, a do tego robiła tam badania jakieś; mój syn Łukasz lat osiem (chyba nie za bardzo lubi Indie, ze względów dietetycznych zwłaszcza); no i ja u schyłku życia czyli ponad 40 lat. No i takie towarzystwo, to było. Szczęśliwie obydwie towarzyszące nam kobiety były strasznie zajęte, mam zresztą nadzieję, że owoce ich zajęcia uda się upublicznić. Szczęśliwie większość czasu spędzałem z Łukaszem. Jednym z owoców podróży było absolutnie czysta świadomość, że to wielkie szczęście, że moja była żona jest już byłą żoną. Że rozwód uratował mi życie. No, ale opis ekscytujących kontaktów pomałżeńskich w ogóle nie nadaje się do publicznej wiadomości. Choć do talk show jak najbardziej.

Sprawę KTO mamy za sobą. Z grubsza. Teraz GDZIE i CO. Cała podróż wyniosła dwa tygodnie, dosyć krótko zatem. Najpierw mieszkaliśmy dwie noce w Delhi w hotelu Relax. Jeszcze w samolocie dostałem strasznej gorączki – nieco ponad 40 stopni, a sam nie wiem od czego. Czułem się jakbym miał malarię, trzęsło mną, miałem czerwone oczy, spociłem się, prawie wykitowałem. Może od szczepionki na malarię? Po wylądowaniu o 3:00 tamtejszego czasu, miasto przywitało nas absolutnie nieprzejrzystą mgłą. Podróż do hotelu była zstępowaniem w jakąś otchłań: 40 stopni gorączki, nic nie widać, kierowca jadący jakby chciał nas zabić – bez świateł, przejeżdża na czerwonym, podjeżdża na dwa centymetry pod wielkie koła ciężarówek. Do tego nie mógł znaleźć hotelu. Krążyliśmy ze dwie godziny stłoczeni w malutkim samochodziku. A mogłem być w Polsce i oglądać jakiś serial!!! Po półtorej godzinie wreszcie cudem jakimś znalazł hotel. I ten człowiek chciał napiwek oczywiście. Ja wówczas, jeszcze jak głupi turysta dałem mu tenże, tym bardziej że po wymianie dolarów na lotnisku miałem w kieszeni jakieś 30000 rupii. Brzmiało to dumnie. Trzydzieści tysięcy. Co prawda, to tylko 650 dolarów, ale w rupiach wychodziło miło.

Po krótkim pobycie w Delhi, pojechaliśmy pociągiem do miejscowości Pathankot. Dziura mała jakaś z pięć milionów ludzi zaledwie. Pociąg był sypialny, lepszej kategorii, bo w jednym końcu miał kibel z napisem „Western style”; po naszemu kuszetki. Prawie przespaliśmy naszą stację. Szczęśliwie do pociągu wpadli jacyś goście w czerwonych kubrakach, tragarze i wynieśli nasze walizki. Potem jak zwykle targowaliśmy się o cenę przeniesienie dwóch walizek na odległość 100 metrów. Jedyne co dobre, to gorączka odpuścił. Z dworca taryfą ze Szwedką jakąś i Tybetańczykiem na spółę pojechaliśmy autkiem, do którego wszedł spory tłum nas i naszych bagaży. Choć jak się to auto oglądało z zewnątrz, to nie dałbym złamanego grosza, że tylu nas tam wejdzie. Trzy godziny jazdy i już byliśmy w McLeod Ganj. Po dojechaniu do hotelu okazało się, że zostawiliśmy w Delhi paszporty. A były przydatne zarówno podczas meldowania się w hotelu, jak i wyrabiania wejściówki na wykłady Dalaj Lamy. To była pierwsza miła niespodzianka. Ale jakoś daliśmy radę. Z hotelu Relax w Delhi przesłano nam odbitki faxem i jakoś się tym wykręciliśmy. To i tak nie było takie złe. W drodze powrotnej w hotelu zostały: bilety samolotowe, komórka, kilka zakupów ze strefy wolnocłowej. No i to było nieco gorsze. Odzyskanie biletów wymaga jednak osobnej opowieści.

W Upper Dharamsali (oni mówili: Daramszali) czyli McLeod Ganj byliśmy 10 dni, potem znowu Delhi, tam dwa dni łącznie z wizytą w Agrze i Taj Mahal i powrót do Polski. Powrót trwający 24 godziny. Opóźnienie spowodowane było niezgodą kapitana samolotu na przyjęcie chorej Hinduski. Chorej a nie wiadomo na co. Protokołowanie tego faktu zabrało Hindusom trzy godziny i o tyle się opóźniliśmy, a potem to już trudno było znaleźć jakiś samolot. Stąd taka długa jazda. Muszę pamiętać, żeby poświecić choćby z kilka zdań biurokracji hinduskiej, bo zasługuje na to.

teksty: