wspomnienia z Indii cz.4

Witam, Poniżej kolejne wspomnienia Jarka z Indii. No cóż... pouczające... "Dlaczego nie jechać do Indii z byłą żoną, albo przynajmniej nie dawać jej biletów..." :))) Kobra Przed świątynią Lakshmi w Delhi na ulicy siedział poskramiacz węży, przed nim leżały dwa koszyki. W koszyku otwartym kołysała się powoli wyprostowana jak struna kobra. Jej kaptur było rozpostarty i można było dostrzec piękny i groźny widok okularów. Kobra podążała za fujarką poskramiacza. Hindus grał jakąś cichutką melodię, miarowo kołysząc przed głową kobry drewnianym instrumentem. Co pewien czas dotykał głowy kobry ręką, to znowu łaskotał ją pod "brodą". Kobra wciąż się kołysała. Raz jakby "dziobnęła" rękę mężczyzny, nie otwierając pyska. Poskramiacz wyjął jeszcze dwa węże z koszyka dotąd zamkniętego i zawiesił sobie na szyi. Zachęcał Łukasza do tego, żeby dotknął głowy kobry. Stojący obok ludzie, raz głaskali kobrę, innym razem lekko drażnili ją dotykając pyska. Kobra nie reagowała, kołysała się w rytm ruchów fujarki. Wąż wyglądał na oszołomionego i rzeczywiście niegroźnego. Na twarzy Łukasza malowały się uczucia silne i mieszane: podziw i szczera chęć podejścia do węża i pogłaskania go, z drugiej strony obawa, lęk i wstręt. Ponieważ w Łukaszu zaczął przeważać podziw i chęć podejścia do koszyka, pomyślałem, że już czas się oddalić. I to byłby prawie koniec przygody z kobrą. Następnego dnia jadąc do Taj Mahal spytałem hinduskiego kierowcę, o to jak to się dzieje, że kobra nie gryzie poskramiacza. Kierowca odpowiedział, że poskramiacz zna tajemne słowa Boga Kriszny, słowa, które nazwał Tantra - Mantra; słowa te rozumieją tylko węże, a słysząc je stają się całkowicie nieagresywne. Prawdę mówiąc nie uwierzyłem mu o czym dość otwarcie i zadziornie go poinformowałem. Wówczas lekko urażony kierowca przytoczył dowód prawdziwości swoich słów. Mianowicie: jeśli spotkamy nieopatrznie kobrę w lesie, a więc w miejscu, gdzie nie ma poskramiacza, wypowiadającego Tantrę Mantrę; więc jeśli spotkamy kobrę w takich mało sprzyjających okolicznościach, to taki wąż z pewnością nas ugryzie. A ugryzie właśnie dlatego, że nikt nie wypowiada tajemnych słów Boga Kriszny. Logiczne i proste. Opowieść poruszyła mnie. Bilety Jadąc do Dharamsali zostawiliśmy nasze paszporty w hotelu w Delhi. Było z tym trochę kłopotów. Głównie z meldowaniem się w hotelu w Dharamsali i wyrobieniem wejściówki na wykłady Dalaj Lamy. Gorzej jednak było w drodze powrotnej. W Hotelu Royal Palace zostały nasze bilety lotnicze. Piszę bezosobowo, ale to ona (wiadomo kto) je zostawiła. Schowała w tajnej szufladce, żeby nikt nie ukradł. No i nikt nie ukradł. W tej samej tajnej szufladce został jeszcze niezbyt piękny telefon komórkowy oraz perfumy ze strefy wolnocłowej w Polsce. Ale to wszystko uświadomiliśmy sobie nad ranem w Delhi, wysiadając o 4:00 z pociągu. Trochę mnie zimny pot oblał. Bo tak - był czwartek rano, a wylot mieliśmy o 3:00 w sobotę. Zostawały nam zatem dwa dni na odzyskanie biletów z Dharamsali odległej o ponad 500 kilometrów od Delhi. No i o tej porze nie miałem zupełnie pojęcia co robić. Jeszcze wiadomo kto (znaczy była żona) mnie profilaktycznie opieprzyła, że czemu nie zajrzałem do jej szufladki, że przecież wystarczy, że ona te bilety przechowywała, że ja w ogóle za nic nie biorę odpowiedzialności, że skoro ona te bilety trzymała aż do wczoraj, to ja powinienem te bilety odzyskać. Po czym poszła spać. No i się zaczęło. Pierwsza myśl była taka, żeby do hotelu, gdzie te bilety są zadzwonić i poprosić żeby wysłali kurierem czy jak tam. Na pewno nie pocztą. Poczta w Indiach jest dokładna i długa. Parę dni wstecz czytałem artykuł o jakimś liście, który dotarł do adresata po ponad stu latach krążenia gdzieś po urzędach. Artykuł konkludował, że biurokracja indyjska jest przysłowiowa, ale precyzyjna. Kłopot był taki, że samolot startował za jakieś 48 godzin. Więc nie pocztą, ale jakoś inaczej, jak nie miałem pojęcia. Drugi problem był prozaiczny - nie miałem numeru telefonu do tego hotelu. No i była 4:30 więc pewno tam wszyscy spali. W pokoju wpadłem na myśl, że być może mam zdjęcie hotelu, że może przypadkiem jest tam też jego numer telefonu. Przeglądnąłem zdjęcia i wśród kilkuset zdjęć znalazłem jedno z widokiem hotelu i malutkim w rogu jego szyldem z numerem telefonu. Zapisałem ten numer na karteczce i pobiegłem uradowany na dół do recepcji. Zadzwoniliśmy. Była 5:00 i oczywiście nikt nie odebrał telefonu. Z portierem ustaliłem gry plan. Zejdę o ósmej i zadzwonię, ale mam jak najszybciej oddać słuchawkę jemu, to on już się dogada. Zaczęło się przedstawienie w trzech odsłonach. Pierwsza odsłona: negocjacje, druga: poszukiwanie autobusu, trzecia: finał. Negocjacje. O ósmej zadzwoniliśmy do hotelu. Przedstawiłem się, podałem numer pokoju i powiedziałem o co chodzi. Pan z uśmiechem powiedział, że wszystko jest: bilety, komórka i perfumy. Oddałem słuchawkę. Portier zaczął coś brząkać i po 20 minut zrelacjonował mi przebieg rozmowy. Otóż człowiek z tamtego hotelu, jak najbardziej znalazł bilety, a nawet może je zanieść szoferowi autobusu jadącego do Delhi, żeby ten ostatni przekazał nam te bilety. Może to zrobić, ma wszakże pewne warunki. Po pierwsze: zatrzyma komórkę, po drugie: zatrzyma perfumy, po trzecie: szofer dostanie 500 rupii. Ucieszyłem się i chciałem dzwonić od razu mówiąc, że niech zatrzymuje co tylko chce, byle wysłał te bilety. Na to portier uspokoił mnie gestem ręki i zasugerował, że on jeszcze ponegocjuje, że komórkę i perfumy da się odzyskać. Był głuchy na moje prośby, żeby tamten zatrzymał dla siebie co tylko chce z wyjątkiem biletów. Portier był nieugięty, pomyślałem, że się uniósł honorem, że nie wolno tak oszukiwać biednych, zakręconych turystów i że zawalczy o honor Indii. Kazał przyjść za godzinę. Za godzinę byłem. Znowu zadzwoniliśmy, znowu rozmawiali (w zasadzie brzęczeli) jakieś 20 minut, i znowu impas. Komórka i perfumy zostają. Znowu kazano mi przyjść na kolejną rundę rozmów za godzinę. Schodziłem tam jeszce trzy razy. Każda wizyta w recepcji hotelu miała taki sam przebieg. Telefon. Brzęcząca rozmowa. Że mam być za godzinę. Za czwartym razem wpadłem na to, że negocjowanie to dla nich obydwu była czysta przyjemność. Nie chodziło o żaden honor i dobre imię kraju w oczach inostrańca, ale wyłącznie o całkowite zatracenie się w negocjacjach, rozmowie. Kiedy pewien Włoch kręcący się przy recepcji zobaczył mnie tak po raz piąty, uspokajająco powiedział, że tak tu jest. Po zachodniemu proste sprawy, załatwia się cały dzień. I nie ma co się niecierpliwić. Zacząłem rozumieć różnicę między celem a drogą. Wschód jest zdecydowanie nastawiony na drogę, nie cel. Celem negocjacji nie było odzyskanie komórki czy perfum. Celem negocjacji były negocjacje. Ale okazało się, że jednak nawet takie podejście ma tę zaletę, że doprowadza do jakiegoś rozwiązania. O 19 tej mieliśmy numer rejestracyjny autobusu oraz godzinę jego przyjazdu do Delhi. Kierowca miał mieć bilety. Jedyne co było mało fajne, to godzina przyjazdu rzeczonego autobusu - 5:00 następnego dnia. Oznaczało to, tyle, że kolejna noc będzie dla mnie dość krótka. Ale i tak byłem szczęśliwy. Poszedłem do restauracji na piwo. Piwo tam podają w sposób tajny to znaczy w imbryku do herbaty, z którego nalewa się piwo do filiżanek jak do herbaty. Z zewnątrz wygląda jakby się piło nieco bardziej pieniącą się herbatę. Smak jest mniej więcej taki sam. Potem zwiedzałem Delhi. Po powrocie do hotelu sprawa była umówiona. Dostałem szofera, który miał mnie zawieźć na dworzec autobusowy i odzyskać bilety. Punkt zbiórki rano 4:30, recepcja. Akt drugi - poszukiwanie zaginionego autobusu. W tym akcie najważniejsza była podróż duchowa jaką odbyłem. Mniej ważne są fakty choć i one są w miarę barwne. A podróż duchowa miała kilka faz. Po pierwsze szok. Szok w reakcji na to co się wokół mnie działo. Po drugie: jakiś rodzaj przerażenia. Po trzecie: próba zrozumienia tego co się wokół mnie dzieje. Aż wreszcie porzucenie wszelkich uczuć i rodzaj apatii. Dotknąłem albo choroby psychicznej, psychozy, albo byłem w jakimś piekle. A po kolei było tak. Wyjechaliśmy rano ledwo dyszącym autkiem, z podświetlonym jakimś bogiem na tablicy. Później czytałem, że Hindusi mają jakieś 300 milionów bogów, co daj mniej więcej jednego na trzech Hindusów więc tam przede mną migał jeden z nich. Rutynowe pytanie: "co to jest?" , dało równie rutynową, nic nie wnoszącą odpowiedź: "Mój Bóg." Jechaliśmy w ciemności, wśród olbrzymich ciężarówek, przez ulice wypełnione sklepami z oponami (opony składowane były na całej ulicy, dachach sklepów i tworzyły olbrzymie sterty), a to sklepami z drewnem, to znowu pełną aktywnych o tej porze fryzjerów. Dojechaliśmy na dworzec. Mój szofer, aby mnie uspokoić powtarzał kilka razy, że jeśli nie odzyskamy biletu będę mógł zabić jego samego oraz jego rodzinę. Formułował to mniej więcej tak: "Your tickets, my responsibility. No tickets, you kill me and my family." Jak się nam pojawiały trudności, wtedy jak mantrę powtarzał te sformułowanie, które miało mnie uspokoić. Prawdę mówiąc wolałem bilety niż zabijanie jego rodziny, przez co nie miało to na mnie zamierzonego wpływu. Na dworcu wpadliśmy w sam środek nieogarnionego tłumu ludzi. Tłumu ludzi śpiących na krzesełkach, tłumu ludzi siedzących w kucki i sortujących gazety. Idąc na stanowiska autobusów mój kierowca zaszedł do budki, wyglądało jakby informacyjnej, zanim tam wszedł poprosił o to, abym kupił pepsi colę. Zaniósł butelkę jako podarunek. Wychodząc z budki oznajmił, że autobus jeszcze nie przyjechał. Wyglądało, że w tym chaosie sprawy są pod kontrolą. Było to niezmiernie mylne wrażenie. Wyszliśmy na wielki plac, na którym było z pięćdziesiąt stanowisk autobusowych; wciąż przyjeżdżały nowe autobusy. Przy końcu stanowisk stały budki, a w każdej nich siedział człowiek. Nie miał nic, żadnych informatorów. Wyglądało też, że nie wie czy jakiś autobus przyjechał albo kiedy odjedzie. Jednak siedział w swojej budce od piątej rano. Chodziliśmy z pół godziny po placu, rozglądaliśmy się za zielonym autobusem z rejestracją HP 903960. Obejrzałem ze sto autobusów, a wciąż przyjeżdżały nowe, inne odjeżdżały. Naszego nie było. Mój przewodnik poszedł po nową colę i nowe informacje. Wrócił zadowolony. Okazało się, że autobusy z Dharamsali przyjeżdżają w zupełnie innym miejscu, a dokładnie w dwóch możliwych miejscach. Poszliśmy tam. Wyjście z dworca było straszne. Przeciskaliśmy się wśród sznura wyjeżdżających autobusów, które co i rusz posuwały się trochę do przodu. Nie było chodnika więc przechodziłem pomiędzy maską jednego i tyłem drugiego autobusu. Żaden z kierowców nie miał szans mnie widzieć. Więc przechodząc jak usłyszałem, że autobus zamierza ruszyć do przodu, w panice uciekałem. Potem znowu przechodziłem między autobusami, znowu uskakiwałem kiedy posuwały się do przodu. Po jakimś czasie szczęśliwie wyszliśmy na wielką arterię, po trzy pasy w każdą stronę. Było jeszcze ciemno. Rzeka samochodów w jedną i drugą stronę, pośrodku malutki, jakieś pół metra szerokości pas dzielący obydwa kierunki ruchu. Ponieważ autobus mógł przyjechać w dwa miejsca - stanęliśmy pośrodku na cieniutkim pasie, pomiędzy pędzącymi autami, autami najdziwniejszych marek i kształtów. Na przystanki, które obserwowaliśmy przyjeżdżał jeden autobus na piętnaście sekund. Wszyscy wkoło krzyczeli, trąbili, ignorowali czerwone światła. Ruch zamierał tylko wtedy, kiedy przez ulicę dostojnie przechodziły krowy. Wtedy samochody stawały, za krowami kryli się ludzie i też przechodzili. Jedna z krów zaległa na środku ulicy i spokojnie coś tam przeżuwała. Myśmy stali pośrodku tego piekła unikając zaczepienia przez lusterka przejeżdżających aut. Po godzinie, może dwóch, czas stanął w miejscu, mój towarzysz poszedł po nowe informacje, z nową butelką pepsi. Zostałem sam. Zacząłem pojmować, że nic nie rozumiem z tego co się dzieje. Że elementy całej sytuacji są mi znane: autobus, droga, krowa, pasażerowie, ale całość nijak nie składa się do kupy. Pojąłem, że chyba tak wygląda piekło: kompletny bezsens, chaos, zagrożenie, absolutne przekonanie, że misja odzyskania biletów skończy się niepowodzeniem. Stałem pośrodku tego. Żeby nie oszaleć zacząłem pozbywać się uczuć: nadziei na wyjazd stamtąd; obaw, że przejeżdżające samochody mnie zabiją; prób zrozumienia co tu robią krowy. Wrócił Hindus. Zaczął mówić, że jakiś autobus nie dojechał z Dharamsali, zepsuł się 100 kilometrów przed Delhi. Że może to nasz autobus. Albo może nasz się spóźnił i przyjedzie za dwie godziny. Dodał rzecz jasna, żebym się nie przejmował, bo w razie czego mogę zabić jego samego i jego rodzinę na dokładkę. Powiedział i zastygł w oczekiwaniu. Znowu staliśmy jakąś wieczną chwilę. Po czym nagle zaproponował żebyśmy pojechali do hotelu się odświeżyć. Wziął mnie za rękę przeprowadził przez jezdnię, a potem do samochodu. Pojechaliśmy do hotelu. Zacząłem rozumieć mechanizm stawania się "muzułmaninem" w obozach koncentracyjnych. W hotelu wykąpałem się, poleżałem w łóżku, a po godzinie zszedłem na dół. Hindus tam był. Była mniej więcej dziesiąta. Minęło pięć godzin, z czego cztery na dworcu. Gorąco. Pojechaliśmy bez słowa na dworzec. Dla otuchy przypomniał mi o możliwości wykończenia jego rodziny. Wchodząc na dworzec kupiliśmy butelkę pepsi. Tym razem poszliśmy na inny przystanek, ten co trzeba. Chyba. Prowadził mnie za rękę. Nawet był opiekuńczy. Ja już dawno się poddałem. Zacząłem przywykać do myśli, że zostanę tu na zawsze. Na tym dworcu. Jakby na potwierdzenie moich myśli przeszła obok mnie procesja policjantów prowadząca zakutych w kajdanki ludzi. Popatrzyłem bezmyślnie za nimi i doszedłem do wniosku, że w więzieniu będę miał jedzenie, że może nie będzie tak źle. Hindus jednak szedł na przystanek i ciągnął mnie za sobą. Doszliśmy na przystanek. Kazał usiąść, zdaje się, że mieliśmy tam spędzić kolejne pół dnia. Jedyna ławka była strasznie brudna. Znalazłem jakieś 15 centymetrów czystej ławki i siadłem. Patrzyłem za autobusem. U moich stóp była wyrwana w ziemi dziura, z której wystawała końcówka pękniętej rury. Z rury wyszła malutka myszka i zaczęła coś skubać. Nagle uciekła. Z dziury wyszły trzy pokaźne szczury i coś spokojnie zaczęły wtryniać 10 centymetrów od mojej nogi. Patrzyłem na nie obojętnie. Dzięki Bogu one też mnie olewały. Tymczasem na przystanku zajeżdżało jakieś 10 autobusów na minutę. Hamowały z piskiem, trąbiąc. Jacyś ludzie coś krzyczeli, walili w boki aut. Ja miałem wśród tych aut wypatrzyć tę jedną zbawczą rejestrację. Bez skutku. Znowu wpadłem w apatię. Znowu nic nie czułem. Jednak nagle pojawił się nowy element, który zaburzył moją stabilność. Transwestyci. Na przystanku pojawił się facet, grubawy, łysiejący, z owłosionymi rękami i nogami. Niby wszystko OK., ale był ubrany w czerwone sari i umalowany, jak kobieta. Włosy, choć rzadkie, też były upięte w piękny kok. Na kostkach brzęczała jakaś biżuteria. Człowiek ten chodził pomiędzy pasażerami, głaskał ich, a zawsze mężczyzn, po plecach, patrzył im głęboko w oczy, trzymał delikatnie za rękę, czasem gładził czyjąś dłoń. Zaczepieni pasażerowie nie unikali pieszczot, patrzyli spokojnie w oczy, rozmawiali z transwestytą. Koniec rozmowy następował kiedy zaczepiony dawał jakiś pieniążek. Wtedy kolorowy mężczyzna odchodził i podchodził do innego. Po pół godzinie na przystanku pojawił się podobny jegomość tyle, że w tonacji niebieskiej. Nieco zmieszany patrzyłem na ten taniec. Nie zamierzałem podejmować wysiłku umysłowego mającego na celu zrozumienie. Szukałem tylko strategii obronnej. Ale to było akurat dość łatwe. Wygrzebałem banknot 20 rupii i trzymałem zwinięty w ręku. Wkrótce czerwony podszedł i do mnie i zaczął coś brzęczeć. Dałem mu dwie dychy. Poszedł. Znowu mogłem spokojnie zapaść się w siebie. Siedzieliśmy dalej. Po jakiejś godzinie, albo może dwóch mój Hindus, kupił pepsi i poszedł. Wrócił i zaczął od przypomnienia moich praw związanych z jego rodziną, potem powiedział, że w sprawie autobusu nic nie wiadomo. Może się zepsuł, może nie dojechał, może wreszcie dojechał, ale nie wiadomo gdzie i o której. Powiedział i usiadł. Znowu siedzieliśmy. Znowu autobusy, klaksony, pisk hamulców, szczury, transwestyci, brudna ławka. Starałem się zmusić do tego, żeby w Indiach mi się podobało. Miały się przecież stać moim domem na najbliższy czas. Nagle mój Hindus wstał i powiedział, że pojedziemy do zajezdni autobusowych czyli tam gdzie śpią kierowcy z Dharamsali i gdzie stoją autobusy czekające na powrót w góry. Wziął mnie za rękę, przeprowadził i dotarliśmy do samochodu. W upale jechaliśmy przez strasznie zatłoczone ulice Delhi. Nic nie czułem, a właściwie tylko było mi gorąco. Po trzech kwadransach dojechaliśmy do zajezdni. Przed wjazdem Hindus rzekł, że na 99% autobus tu jest. Jakby nie było biletów, to rodzina czeka na zamordowanie. Jeździliśmy po zajezdni z 20 minut. Autobusu nie było. Przed wyjazdem Hindus rozpoczął dwudziestominutową rozmowę. Po jej skończeniu powiedział krótko: "on the left" i skręciliśmy w lewo. Tam znowu rozmowa z kimś tam i krotki komentarz: "On the right". Skręciliśmy rzecz jasna w prawo. Potem wizyta półgodzinna w jakimś biurze i jedziemy do nowej zajezdni. Po drodze znowu o tym mordowaniu rodziny. Dojeżdżamy. Autobusu nie ma. Ale jest namierzona trzecia zajezdnia gdzieś w Delhi. Jedziemy i tam. Czuję, że jestem pustym ciałem. Jest godzina 15:30. mija zatem ponad 10 godzin szukania biletów. Nie mam planu B. więc będziemy w Delhi na zawsze, do końca życia. Może tu się da żyć? W końcu mieszka tu prawie 100 milionów ludzi. Epilog. W trzeciej zajezdni wchodzimy na parking. Stoi tam tylko jeden autobus. Ten co trzeba. Godzina 16:15. nawet się nie cieszę, raczej dziwię. Więc wrócę do Polski? Ale po co? Idziemy do budki zrobionej z blachy falistej, jakieś pięć metrów na pięć metrów; bez okien, tylko dziury; drzwi to też brak blachy w pewnym miejscu. W środku śpi na ziemi z piętnastu facetów, pod głowami mają swoje torby. Chyba kierowcy autobusów, tylko czemu ich aż tylu. Na parkingu był tylko jeden. Widzę salę w Oświęcimiu. Tam więźniowie spali podobnie. Mój Hindus coś głośniej zaczął brzęczeć. Jeden ze śpiących podnosi głowę. Jest nasz kurier. Hindus gestem ręki każe mi wyjść, przedtem wziąwszy ode mnie 300 rupii. To już było ustalone od dawna - z kierowcą/kurierem tylko on będzie negocjował. Wychodzę. Czekam w cieniu rachitycznego drzewka. Mija 15 minut. Hindus mnie woła, pokazuje bilety i prosi żebym sprawdził. Tak, to one. Znowu mam wyjść. Wychodzę. Kolejne 15 minut. Wchodzę z własnej inicjatywy,a bardziej z nudów, bo ileż można stać. Chcę wracać do hotelu!!!. Słucham rozmowę, do której przyłączyło się kilku innych obudzonych. Jedyne co rozumiem to sformułowanie: "Mobile phone", które pada kilkukrotnie. Pewno opowiada historię negocjacji albo coś zupełnie innego. Siedzę, słucham, nie rozumiem. Jestem jednak przydatny, bo co raz ktoś na mnie spoziera i kiwa głową. Wychodzimy. Po przejściu kilku kroków, Hindus zatrzymuje się i zamyśla. Kiwa głową, coś tam mrucząc pod nosem. Wraca. Znika na kolejne 15 minut. Wychodzi i chce kolejne 200 rupii. Wraca do baraczku. Ja czekam. Jest 17:45. Wychodzi, chwilę myśli, znowu wraca, tym razem ledwie na pięć minut. Idziemy do samochodu. Obok jest malutki sklep, gdzie kupuję sobie butelkę z wodą. Mój Hindus podchodzi do sprzedawcy za mną. Patrzę z daleka jak gada ze sprzedawcą, gestykuluje i słyszę: "Mobile phone". Mija 20 minut. Wraca do auta i jedziemy do hotelu. W hotelu jestem około dziewiętnastej. Idę się upić.
ZałącznikWielkość
Image icon zaklinacz wezy.jpg68.29 KB
Image icon zaklinacz wezy1.jpg71.81 KB
Image icon zaklinacz wezy2.jpg47.39 KB
teksty: