wspomnienia z Indii cz. 5 i ostatnia

Zamiast podsumowania. Zdarzyło mi się opowiadać o wrażeniach z Indii różnym ludziom. Czasem zadawano mi pytanie: jaką naukę wyciągnąłem z tego pobytu? To pytanie miało różne odmiany, sens pozostawał jednak mniej więcej właśnie taki jak zacytowałem. Ciekawe, że miałem trudności z odpowiedzią. Głównie dlatego, że w Indiach nauczyłem się także i tego, że takie pytanie jednocześnie ma i nie ma sensu. Zależy jak się do sprawy podejdzie. Jeśli potraktujemy kwestię "po zachodniemu", zgodnie z naszym sposobem myślenia wtedy, każdy akt, każda czynność ma jakiś cel, któremu owa czynność służy. Takie myślenie zakłada, że wyjazd może służyć czemuś innemu niż samemu wyjazdowi. Wówczas pytanie o naukę z wyjazdu ma sens. Jeśli jednak podejdę do sprawy "po wschodniemu" to trudno na to pytanie odpowiedzieć. Bo sprawy nie mają celu poza samymi sobą. Wyjazd nie przynosi nauki, nie przynosi czegoś innego niż samego wyjazdu. Wyjazd jest wyjazdem. Pobyt w Delhi był pobytem w Delhi. Nie był żadną nauką, nie miał żadnego sensu poza nim samym. Ponieważ jestem jednak zdecydowanie bardziej "zachodni" niż "wschodni", to mam odpowiedź na zadane pytanie. Otóż cały powyższy wywód jest nauką jaką mam z tego wyjazdu. Jak bardzo wszystko co robię jest uwarunkowane kulturowo, jak bardzo wszystko co myślę, robię, jem, postanawiam, czuję, jak to wszystko jest zależne od jakichś rzeczy, które są we mnie, a nie w sytuacji, która te myśli, odczucia, decyzje wywołuje. Jak bardzo reaguję na swoje pomysły i przekonania, jak mało reaguję na świat zewnętrzny. Jak bardzo zakręcony jestem w swoich myślach, opiniach, emocjach. Jak mało otwarty jestem na świat. Indie, w sposób nie umożliwiający mi ucieczki, konfrontowały mnie wciąż ze samym sobą. Niemal wszystko, co w naszej kulturze jest chowane poza świadomością, tam jest na wierzchu. Śmierć i umieranie widać gołym okiem. W Dharamsali ulicami maszerował kondukt pogrzebowy. W Kalkucie umierający ludzie są wyrzucani na śmietnik. W Benaresie, świętym mieście, ludzie umierają, bo ten kto tam umrze odrodzi się w lepszym życiu. Dziennie w Benaresie płonie ponad tysiąc stosów na których pali się zwłoki ludzi, którzy odbyli ostatnią podróż do tego miasta. Czasem niedopalone zwłoki wyrzuca się do Gangesu, czasem jedzą je psy. U nas śmierć jest wstydliwa, schowana, sterylna; jest a jakby jej nie było. Sprzedawcy, rikszarze chcieli mnie niemal na każdym kroku wykorzystać, oszukać. Byli chciwi moich pieniędzy. Ja też reagowałem chciwością w odpowiedzi na ich chciwość. Agresją na ich agresję. Nie było manipulacji w białych rękawiczkach, jak to czasem bywa u nas. Jak ktoś chce mnie wykorzystać, po prostu próbuje to zrobić, nie ukrywając swoich intencji. Ja walcząc o swoje, też nie mogłem udawać, że jestem kimś lepszym niż jestem. Nie dawałem żebrakom, targowałem się, obrażałem. Moja ciemna strona, moja chciwość była stale przy mnie. Trudno mi było udawać szczodrego, uczciwego. Po prostu taki nie jestem. A przynajmniej nie tylko taki. Nasza kultura stworzyła przekonanie, że do dobrego życia potrzeba niesłychanie dużo rzeczy. W zasadzie można kupić tak wiele różnych rzeczy, że życia nie starczy, aby na to wszystko zapracować. Pewno stąd pracujemy wciąż więcej i więcej. A i tak nie kupimy wszystkiego, co może ułatwić nam, a na pewno osłodzić życie. W Indiach odkryłem, że do życia potrzeba niewiele: może dwa posiłki dziennie, a może jeden na dwa dni. Właściwie to nie trzeba nic. Człowiek jak każde stworzenie Boże, jak drzewo, ma wszystko, co do życia potrzebne. Drzewo ma wszystko: glebę, deszcz, minerały. Nic nie musi robić, żeby przeżyć. Po prostu rośnie. Tam ludzie żyją na ulicy, śpią, załatwiają swoje potrzeby, palą malutkie ogniska, na których gotują wodę do picia i prymitywne podpłomyki. Żyją. W Dharamsali czekałem na autobus pewno z godzinę i obserwowałem sprzedawcę kalafiorów. Na wózku leżało z dwadzieścia kalafiorów. Wszystko warte może 20 złotych. Co więcej przez tę godzinę nikt nic u niego nie kupił. Człowiek ten nie poruszył się przez godzinę. Nie wpadł w depresję, przygnębienie, że interes nie idzie. Siedział spokojnie i czekał. Absolutnie pogodzony z tym co się dzieje. No bo się może złego zdarzyć? Najwyżej umrze. Ale czy to coś złego? Śmierć jest częścią życia. Czekanie jest częścią życia. Sukcesy czy porażki też. Właściwie to nie jest częścią tylko samym życiem. Sprzedawca siedział zanurzony całym sobą w życiu. Mnisi na ulicach McLeod Ganj chodzili w szatach, które odsłaniały ich prawą rękę. Jednego dnia było bardzo zimno, innego bardzo gorąco. Ja w plecaku nosiłem kurtkę i ubrania na różne okazje. Wciąż zresztą się przebierałem. Raz polar, raz T Shirt. Mnisi niezależnie od pogody chodzili z odsłoniętą ręką, a mi marzły palce, które skwapliwie chowałem po kieszeniach. Oni byli poza pogodą, tam gdzie nie dosięga ciepło i zimno. Tam wszyscy byli poza rzeczywistością. A właściwie to ja byłem poza rzeczywistością. To ja byłem sterowany przez moje ochoty, żeby było ciepło, chłodno, sucho, wygodnie, miło, przyjemnie. Jeśli nie było tak, to robiłem wszystko, żeby to zmienić. A przecież wszystko było w idealnym porządku. Wszystko na zewnątrz było puste. Tylko nie moja głowa. Mój komputer się kręcił bez ustanku. Ale w końcu wysiadł z przegrzania i zmęczenia materiału. Jego zwykła aktywność nie miała tam sensu. Bieda, śmierć, choroba. Wszystko to złe i należy tego unikać. Ale nie tam. Moje zwykłe rozróżnianie dobra i zła zawiodło. Tam choroba jest wartością, bo daje szanse na lepsze datki dla żebraków. Zresztą trędowaci nie przyjmują leków, bo dzięki temu wyglądają okropniej i mogą dostać więcej pieniędzy na jedzenie. Jakiś chłopak chodził w kucki i pewnie całe życie spędził przemieszczając się w taki dziwny sposób. Takie miał życie. W tym życiu, w przyszłym może będzie inaczej. Może taki los da mu szansę na lepsze życie w nowym wcieleniu. To dobrze, że tak ma teraz, dzięki temu odpokutuje winy i odrodzi się w wyższej kaście. Rozróżnianie dobra i zła jest wdrukowane przez kulturę, wychowanie. Właściwie to przestałem rozumieć co jest dobre, a co złe. Świat obiektywny nie istnieje, a przynajmniej ja nie mam szansy go dostrzec. I to by było na tyle.
teksty: