Wspomnienia Jarka z warsztatu Big Mind

Ameland – styczeń 2007

Opisanie wrażeń z pobytu na warsztacie Big Mind dla osób, które tam nie były jest sprawą dość trudną. Podobnie zresztą jak opisanie wrażeń z seshin. Jeden z nauczycieli podczas warsztatu opowiadał o spotkaniu ze swoim bratankiem, który spytał go po co medytować. Nauczyciel odkrył wówczas, że nie dysponuje słownikiem, wyrazami, którymi mógłby na tak postawione pytanie odpowiedzieć. Wszelki opis przy pomocy słów dość szybko dochodzi do ściany i opowiadając często czuję się bezradny próbując oddać to, co się tam działo. Ale chyba znacie to uczucie.

Kolejną sprawą jest uczucie, które rosło w miarę oddalania się od Ameland. Wraz ze wzrostem ilości kilometrów dzielących od Ameland, zdawałem sobie sprawę, że opowiedzenie o doświadczeniu z warsztatu Big Mind, będzie niekompletne, wręcz śmieszne, że de facto mówiąc o tym mogę sprawę tylko pogarszać; że ludzie słuchając tej opowieści będą raczej przeświadczeni, że jest to jakaś tam metoda, nieco śmieszna, egzaltowana, sztuczna. A przecież były momenty, że miałem uczucia zupełnie inne w odniesieniu do tego, co się działo. Choć zdarzały mi się także chwile poważnego zwątpienia w sensowność tego, czego byłem uczestnikiem. Odjeżdżając stamtąd, kiedy emocje opadały pojawiało się pytanie: czy przypadkiem to wszystko nie jest jakąś sprytną manipulacją, nastawioną na „popłynięcie emocjonalne” i niewiele więcej? Im dalej, im mniej emocji tym to pytanie wyraźniejsze i tym łatwiej dać na nie odpowiedź twierdzącą. Teraz wiem, że wyjazd trudno jednoznacznie ocenić był dobry czy zły, czy metoda jest OK czy nie. A jak się to jeszcze komuś opowie, kto nie ma z Big Mind związanych żadnych uczuć i przeżyć, to z pewnością wrażenie, jakie będzie miał, będzie oscylować w kierunku przeświadczenia, że to wszystko jest w najlepszym wypadku dziwne.

Krótko o tym, jakie doświadczenia mi towarzyszyły podczas tego spotkania. Jechałem tam z lekką dozą podniecenia, niepokoju, ale i radości. Niepokój wynikał jak sądzę z tego, że jechałem do „obcego” Mistrza, obcej Sanghi i wreszcie obcego kraju. Pojęcia nie miałem co mnie tam czeka i czy choćby w ogóle dam radę się dogadać. Radość – jak zwykle przed seshin. Wreszcie najważniejsze jechałem na seshin. To, co tam było przypominało nasze seshin w stopniu minimalnym.

Pierwsze dwa dni upłynęły pod znakiem rozpoznawania sytuacji, a kiedy ją wreszcie rozpoznałem, straciłem całkowicie grunt pod nogami. Wszystko tam było inne. Do tego stopnia, że raz przyszedłszy na wieczorne siedzenie w szacie czułem się jak dziwoląg. W zasadzie nikt tam nie nosił szat. Rytuały były minimalne (to najłagodniejsze określenie jakie mi przychodzi do głowy), podczas kinhin (a w zasadzie przerw w siedzeniu, ponieważ ze względu na ilość ludzi – około 200 osób – niemożliwe było kinhin w Zendo) życie towarzyskie wybuchało jak wulkan. W salce z napojami gromadził się rozgadany, nastawiony interpersonalnie tłum ludzi. Po 15 minutach wracaliśmy do Zendo i siedzieliśmy ściśnięci dosyć mocno. Nie było przydzielanych miejsc, kto przyszedł pierwszy wybierał sobie poduszkę. Bywało, że po przerwie siedziałem w innym miejscu, a każdego dnia gdzieś indziej. Za to wszyscy nosili Rakusu. I to było coś, co mnie łączyło z „normalnym” światem. Miałem poważne wątpliwości czy to, co tu robimy to Zen. Zero ciszy, zero skupienia poza zazen, minimalne rytuały. A za to gadanie, zaciekawienie ludźmi, bujne kontakty towarzyskie. W sobotę i niedzielę, w środku, a potem jeszcze na koniec – „bania” (znaczy dowolna ilość piw czy czego tam) w pobliskim pubie. No więc zakręciło mną że hej. Prawdę mówiąc zgubiłem się całkowicie. No kurcze blade.

Plan dnia wyglądał tak:

1. Trzy rundy siedzenia od 6:00 do 8:00
2. Króciutkie śpiewy
3. Śniadanie nieformalne – wszystko wrzucane do jednej miski w stołówce.
4. Przerwa do 9:30
5. 9:30 samu meeting i samu do 11:00
6. 11:20 dwie rundy siedzenia, a potem obiad.
7. po obiedzie czyli około 13 z haczykiem przerwa do 15:00
8. Pomiędzy 15:00 a 17:30 sesje Big Mind
9. Kolacja ok. 18:00
10. 19:30 (chyba) siedzenie, jedna runda, potem mowy, a głownie odpowiadania na masę pytań. Pytania często nagradzane oklaskami, ludzie najwięcej dziękowali komuś za pytanie do zestawu nauczycieli (trzech Roshich i 12 Sensei): Co was ostatnio zainspirowało?
11. 22:30 teoretycznie spanie.

Jak widać dosyć lajtowo. Imponujące było: ilość ludzi, w gruncie rzeczy zdyscyplinowanie oraz przeogromna ilość nauczycieli, pełno mów, pytań i intensywnej wymiany z nauczycielami, wreszcie dość biznesowe podejście do spraw świata tego. Wszystkiego jakby w nadmiarze: dużo nauczycieli, dużo się dzieje, dużo mnichów, dużo Jukai. Tego im naprawdę można bardzo pozazdrościć. Ciekawe dla mnie było, że siedzenia były jakieś mocne, aż fizycznie czułem ich siłę. Jak zwykle jednak w drugim tygodniu sprawy przybrały inny obrót. Było znacznie gorzej.

Big Mind – wstęp.

Twórcą metody Big Mind jest Roshi Genpo. O ile dobrze zrozumiałem metoda w obecnym kształcie istnieje jakieś pięć, sześć lat, choć rzecz jasna proces powstawania był znacznie dłuższy. Głównym elementem, który pojawił się właśnie jakieś sześć lat temu było poszerzenie metody Big Mind także o „głosy” pochodzące spoza „self”, pochodzące z Absolutu, z Pustki, a nie tylko z naszego „Cienia”.

Ken Wilber, jeden z najważniejszych przewodników duchowych współczesności, jest zdania, że metoda Big Mind jest obecnie najlepszą drogą wprowadzania ludzi Zachodu na ścieżkę rozwoju i poszukiwań duchowych. Najlepszą, ponieważ najprostszą, najszybszą, a jednocześnie dostosowaną do zachodniego sposobu myślenia. Roshi Genpo mówił, że zdarzało mu się podczas warsztatów doprowadzać uczestników do przeżyć z pogranicza oświecenia lub wręcz do oświecenia. W jednej z opowieści Roshi Genpo wspomina swoje spotkanie z pewnym rabinem, któremu opowiadał o metodzie Big Mind. Opisując metodę powiedział, że Wschód wypracował wiele skutecznych metod prowadzenia ludzi po drodze pracy duchowej, ale metody te są skuteczne w odniesieniu do ludzi stamtąd. Podobno rabin powiedział, co doprowadziło Roshiego Genpo do ważnego odkrycia: „Czy tamte metody są naprawdę skuteczne?” To pytanie spowodowało, że Roshi Genpo zaczął się zastanawiać nad skutecznością tradycyjnych metod praktyki. Rzecz jasna Big Mind w założeniu jest metodą prowadzącą do takich samych efektów jak praktyka jednak, jak sugerował Genpo, kto wie czy nie skuteczniejszą .

Podczas mowy rozpoczynającej seshin, na którą się niestety nieco spóźniliśmy, Roshi Genpo opowiadał o działaniach Roshiego Berniego Tetsugena Glassmana. Jego droga Zen polegała na tym, iż prowadził wiele akcji społecznych, które krytykowano jako nie Zen. Powołał do życia sieć piekarni dla ubogich; zorganizował pomoc dla bezdomnych poprzedzoną chyba tygodniowym doświadczaniem życia bezdomnego, czyli jego uczniowie po prostu mieszkali na ulicach pod mostami, żeby wiedzieć czego potrzebują bezdomni poprzez bezpośrednie doświadczenie ich sytuacji. Akcja ta przypominała seshin na ulicy. Wymyślił ideę fundacji „Zen Peacemakers” organizującej wyjazdy do Auschwitz i Majdanku, podczas których wspomina się ofiary Holokaustu i medytuje. Te spotkania, na jednym z nich miałem okazję być, przyciągają ludzi różnych religii (w zasadzie wszystkich obecnych na świecie), medytuje się i próbuje jakoś poradzić sobie z milionami śmierci obecnych w Oświęcimiu i Majdanku. Roshi Bernie Glassman wyprowadził Zen na ulice, do biznesu czy do obozów śmierci, daleko poza Zendo i poza to, co zwykle uważa się za praktykę Zen.

Genpo mówił, że każda taka akcja była przez krytyków uważana za zaprzeczenie praktyki Zen. Po jakimś czasie, jednak ludzie odkrywali także i w takich działaniach praktykę Zen. Kolejne przedsięwzięcia spotykały się znowu z krytyką. Cytując słowa Genpo: „Tak, pieczenie chleba to jest Zen, ale medytacje w obozach zagłady to nie jest Zen.” Podobno takie słowa pojawiały się za każdym razem, kiedy jakaś akcja kończyła się sukcesem. A warto zauważyć, że wiele z tych akcji odnosiło dość wyraźny sukces. Te uwagi, których początkowo nie rozumiałem, dają nowe światło na późniejsze wypowiedzi Roshiego Genpo. Myślę, że Genpo także poszukuje zachodniego sposobu przeżywania i rozumienia Zen. Uważa siebie, zresztą jak najbardziej słusznie, za reprezentanta Mistrzów wychowanych na Zachodzie, nie Japończyków, którzy przywieźli Zen na Zachód. W związku z tym, z przejęciem pałeczki przez Mistrzów z Zachodu, Zen ewoluuje, zmienia się, staje się bardziej zachodni i dostosowany do wrażliwości ludzi Zachodu.

Jedna z opowieści Genpo dotyczyła pożegnania z jego Mistrzem, Roshim Maezumim. Roshi Maezumi umarł topiąc się w wannie. Zdaniem Genpo w ten sposób jego nauczyciel usunął ostatnią przeszkodę, jaka stała na drodze rozwoju Zen na Zachodzie – samego siebie. Tę opowieść zaczął od przypomnienia innej opowieści. Pewien mistrz Zen przewoził ludzi łódką z jednego brzegu rzeki na drugi. Napotkawszy wędrownego mnicha poprosił go, aby ten przysłał do niego kogoś, kto może zostać Mistrzem Zen. Mnich znalazłszy odpowiednią osobę wysłał ją do Mistrza – przewoźnika. Podczas podróży Mistrz wyrzucił pasażera za burtę i zaczął go wpychać pod wodę. Gdy tamten walcząc o życie wystawiał głowę nad taflę wody, Mistrz pytał go: „Co to jest zen?”. Człowiek jednak walczył o życie i nie był w stanie nic sensownego odpowiedzieć. Pytanie to zadawał wiele razy, aż wreszcie człowiek osiągnął wielkie oświecenie. Wtedy wysadził go na brzegu i powiedział: „Idź”. Tamten jednak zaczął prosić o nauki, chciał stać się jego uczniem. Mistrz za każdym razem odmawiał i mówił: ”Idź”. Widząc upór Mistrz wszedł do wody i utopił się. Zszedł z drogi nowego Mistrza.

Genpo szuka zatem świątyni i Zen poza Zendo, w kulturze zachodniej, w zwykłym życiu. Dopasowuje Zen i metody zen do wrażliwości i kultury zachodniej. Metoda Big Mind ma być tego typu metodą – metodą studiowania siebie, dopasowaną do kultury i mentalności zachodnich uczniów Zen. Genpo twierdził, że studiowanie jest jednym z filarów drogi Zen. Jednak do tej pory nie wiedział, co i jak studiować. Big Mind jest metodą studiowania siebie, swoistą psychoterapią, ale nie tylko, ponieważ wykracza daleko poza zwykłą psychoterapię. Zresztą cel psychoterapeutyczny jest tu niejako w tle.

Czy warto zatem się przyjrzeć metodzie Big Mind? Po pierwsze rzeczywiście, wybór nowej religii jest często w naszej kulturze dyktowany względami natury, że tak powiem, psychoterapeutycznej czy też autoterapeutycznej. Zagubieni w rzeczywistości możemy szukać pociechy daleko poza naszą religią i kulturą. Wydaje się zatem celowe, aby praktyka Zen obejmowała także „porządkowanie” własnego wnętrza; własne dojrzewanie jako dorosłego człowieka. Oświecenie nie gwarantuje nam, że staniemy się dojrzali, wolni od konfliktów, dorośli. Genpo mówił, że może być nawet wręcz przeciwnie. Użył porównania, że im więcej słońca, tym czarniejszy i większy cień. Mistrzowie Zen niekoniecznie muszą być ludźmi dojrzałymi. Mogą, ale tylko o ile pracują nad sobą w sensie psychoterapeutycznym. Sam wielokrotnie opowiadał o swoim dojrzewaniu już jako człowiek oświecony, jako Mistrz. Wygląda trochę na to, że uważa, iż elementem praktyki Zen jest dbałość o swoją formę psychiczną, swoją własną dojrzałość. Big Mind ma nam pomagać w obserwacji, rozumieniu, akceptacji i wreszcie zawieraniu części naszego „Ja”, które z różnych względów są poza naszą świadomością. Big Mind jest metodą, która oświetla części nas samych znajdujące się w cieniu naszej osobowości, nas samych. Dostrzega je i wykorzystuje dla wspólnego dobra.

Mówiąc o podstawowej idei Big Mind Genpo użył porównania do domu, w którym część dzieci ma ładne imiona: „Radość”, „Zadowolenie”. Inna część dzieci ma imiona niezbyt zachęcające: „Strach”, „Smutek”, „Złość”. Te brzydkie dzieci najchętniej zamykamy w komórce, nie przyznajemy się do nich. Ale one są, żyją, są częścią naszej rodziny, mają ważne powody do istnienia, mają swoją rolę do odegrania w naszym życiu. Big Mind ma pomóc tym dzieciom, tym częściom nas samych pracować dla naszego wyzwolenia, dla naszej dojrzałości. Zresztą nawet udając, że ich nie ma, nie mamy szansy zapobiec ich wpływowi na nasze życie. Roztropniej jest zatem zaprosić je do wspólnego działania.

Dzięki temu może zajść jeszcze jeden ważny proces, o którym Genpo wspominał – proces oddzielania się, poluzowywania więzów z naszym ego czyli w gruncie rzeczy proces nie przywiązywania się i porzucania naszego ego.

Po drugie – Big Mind nie traktuje naszego rozumu i logiki podejrzliwie i z dystansem. Raczej zaprzęga je do własnych celów. Rzecz jasna są momenty podczas pracy metodą Big Mind, że nasze myślenie się kończy, znika. Tym lepiej. Ciekawe, że według Genpo w zasadzie każdy może zostać moderatorem (oni mówili: „Facylitatorem”) metody Big Mind i dzięki temu, sam nie będąc oświecony, może innych na tej drodze wspierać, a nawet doprowadzić do wyzwolenia. Najbardziej fascynujące podczas warsztatu były gwałtowne przejścia od „Self” do „No Self”, czy wreszcie do „Non self”. Ciekawe dlatego, że te wszystkie perspektywy mieszczą się w naszym ograniczonym „Małym umyśle”. Jedną z rzeczy, którą pojąłem jest wielokrotnie powtarzana przez Roshiego Kwonga fraza (znowu cytuję z pamięci więc mogą być błędy): „Żeby zauważyć niebo, zrozumieć czym ono jest, niebo musi być w Tobie. Każda rzecz musi być w Tobie, w innym wypadku nie wiedziałbyś z czym masz do czynienia.” Big Mind jasno pokazuje ile jest we mnie. Ile jest we mnie poza „Małym umysłem”, poza „Self” czy może raczej „obok” lub „z” „self”, czy wręcz „w self”. To jest fascynujące. Genpo zadając pytania różnym głosom, nawet tak „wielkim” jak choćby: „Wielka śmierć”, „Wielkie współczucie”, „Wielki umysł”, ani przez chwilę nie wątpił, że damy mu odpowiedź. Wiedział, że to wszystko w nas jest. Taka wiara, przyznam, wzruszyła mnie do łez.

Czym jest Big Mind?

Opis metody, który tu podam jest rzecz jasna nieautoryzowany z Genpo, a więc jest tylko moim subiektywnym rozumieniem i jako takie należy go traktować. Big Mind jest metodą studiowania siebie. Studiowania siebie, które zaleca choćby Dogen. Studiowanie to odbywa się poprzez nawiązywanie kontaktu z różnymi, często pozostającymi poza codzienną świadomością, częściami naszej osobowości. W języku metody Big Mind te części nazywane są „głosami”. Z drugiej strony, podobnymi „głosami” są części „Wielkiego umysłu” (czy jakkolwiek to nazywać – Pustki, Wszechświata, Boga) także obecne w nas samych, także będące częścią nas. Zresztą jak sądzę, to do tej sfery w nas odwołuje się Dogen zalecając nam studiowanie nas samych. Studiując siebie zgodnie z metodą Big Mind studiujemy własne aspekty absolutne, jak i relatywne; to co pochodzi z „Pustki” jak i ze świata względnego. A wszystko jest w nas.

Big Mind pomaga nam odkrywać wyrzucone poza nawias naszej świadomości części nas samych; części znajdujące się w strefie „cienia”, strefie niedostępnej nam na co dzień. A w „cieniu” są części zarówno „brzydkie” (jak choćby złość, gniew, smutek, lęk, śmierć i wiele innych), „miłe” (czułość, miłość, bliskość) czy wreszcie „boskie” (wielkie współczucie, wielki mistrz, wielki umysł). Oświecenie powoduje, że wszystkie te części wychodzą na światło dzienne. Jednak tylko dojrzała osoba potrafi poradzić sobie, zintegrować do codziennego życia swoje nie lubiane części, emocje.

Big Mind składa się z dwóch części silnie ze sobą związanych. Po pierwsze jest to metoda, po drugie mapa. Odwołując się do słów Genpo, metoda Big Mind to głównie technika, metoda czyli wedle mojego opisu głownie pierwsza część. Mapa, po której prowadził Genpo może być dla każdego nieco inna. Dla mnie jednak trudno oddzielić od siebie obydwa elementy.

Technika Big Mind przypomina nieco psychodramę psychoterapeutyczną. Technika ta jest oparta na metodzie tzw. „Voice dialogue”, czyli w luźnym tłumaczeniu „Dialogu głosów” wykorzystywaną podobno w psychoterapii, szkoleniach. Jednak ja nie miałem okazji zetknąć się z tą techniką pracy, a dokładniej rzecz biorąc z tak nazwaną techniką pracy, choć wedle słów samego Genpo pochodzi ona z analizy Jungowskiej. W metodzie Big Mind odnajdywałem także elementy znane mi z psychoterapii Gestalt.

Metaforą, którą Genpo opisywał metodę Big Mind jest porównanie naszej osobowości do firmy. W firmie pracuje wiele osób, każda z ich ma jakąś ważną rolę do odegrania, jakąś ważną rzecz do zrobienia. W tym sensie my sami także składamy się z różnych części (nazywanych „głosami”), które mogą być ze sobą w konflikcie; mogą blokować siebie nawzajem; jednych jesteśmy świadomi, innych nie. Wszystkie jednak pracują w zespole na naszą korzyść. Jeśli jakaś część nas samych nie dopuszcza do głosu innej, dzieje się tak dlatego, że na tym polega jej praca, w ten sposób może chronić jakieś inne ważne części nas samych. Wydobycie na światło dzienne, z cienia jakiejś naszej części może zatem wymagać zgody innej części lub kilku innych części, głosów. Dochodzenie do głosu różnych naszych części jest możliwe przez to, że uzyskamy pozwolenie, zgodę innych części, że skłonimy te inne części do współpracy. Kiedy nasze dialogi wewnętrzne ulegną wyciszeniu, do głosu dojdą rzeczywiście wielkie i piękne części nas.

Cytat z mowy Roshiego Genpo:

„Ponieważ żyjemy w dualistycznej rzeczywistości, lękamy się, ale i pragniemy czegoś. Zawsze czegoś chcemy. Sam pragnę najróżniejszych rzeczy. Bywam nawet zachłanny. Są rzeczy, których tak mocno potrzebuję, że nic nie może mnie powstrzymać. Pamiętam coś, co powiedziała Elisabeth Kuebler-Ross - a czego nigdy nie zapomnę: „Nie osiągniesz oświecenia, dopóki nie uświadomisz sobie, że jesteś zdolny do tego, by odebrać jedzenie głodującemu dziecku”. Ona sama doświadczyła tego w Auschwitz. To jest to, o czym wcześniej wspomniałem, mówiąc o tych aspektach nas samych, które już w nas są. Dopóki ich wszystkich nie przyjmiemy i nie obejmiemy świadomością, te z nich, które odrzucamy będą w nas działać w sposób utajony i pokrętny. W zachodniej psychologii nazywa się to uświadamianiem sobie swojego cienia i wynoszeniem go na światło. W buddyzmie moglibyśmy to nazwać uznaniem swojej mandali (koła życia). Całe nasze życie to pełne koło, mandala. Choć zwykle funkcjonujemy, jakbyśmy byli tylko połówką.”

Jednym z efektów przyglądania się sobie, swojemu wnętrzu jest odkrycie jakiejś krańcowej własnej małostkowości czy wręcz małości. Jest też odkrycie pragnienia porzucenia tego wszystkiego.

Głosy z jakimi rozmawiał Genpo podczas warsztatu.

Głosy "Ja":

· Protektor
· Kontroler
· Uszkodzone „Ja”
· Sceptyk
· Złość
· Krytyk, w tym „Łagodny krytyk”
· „Ja”, self
· Smutek, miłość, bliskość, lęk, strach,

Głosy „Nie Ja”, „no – self”:

· Wielka miłość,
· Wielkie współczucie:
· Dwa aspekty: żeński (akceptacja, miłość bezwarunkowa) i męski (granice, pomoc)
· Wielki umysł
· Cisza, nic nie można powiedzieć, można tym być i to wyrażać, trudno to definiować, definiowanie powoduje utratę, tego o czym mówimy

Technicznie rzecz biorąc dialog ten wyglądał w następujący sposób. Facylitator (jak sam siebie nazywał Genpo) zadawał na forum pytanie: „Czy mógłbym teraz rozmawiać z głosem lęku” albo innym głosem. Zebrani zmieniali wówczas pozycję, lekko poruszali się na krzesłach, aby symbolicznie zaznaczyć wchodzenie w jakąś rolę. Facylitator odczekiwał chwilę, tak żebyśmy mogli oswoić się z nową rolą, jak najlepiej ją poczuć. Wówczas zadawał kolejne pytania: „Jaka jest Twoja rola?”, „Na czym polega Twoja praca?”. Uczestnicy odpowiadali na pytanie w ten sposób, że Facylitator wskazywał kto ma odpowiedzieć, wskazując na osoby, które podniosły rękę mając jakieś skojarzenia, uczucia czy pomysły jak na te pytania odpowiedzieć. Czasem Facylitator rozwijał odpowiedzi, czasem dopytywał, komentował, czasem po prostu wskazywał kolejną osobę. Za każdym razem jednak wzmacniał nasze reakcje potakując, mówiąc na przykład: „Bardzo dobrze”. Szczególnie trafne odpowiedzi były nagradzane oklaskami. Wszystko to początkowo bardzo kojarzyło mi się z publiczną spowiedzią, czy też grupową psychoterapią. Zwłaszcza, że początkowo Facylitator rozmawiał z głosami typu: Protektor, Kontroler, Lęk, Uszkodzone Ja, Złość, Sceptyk i innymi zwykle pozostającymi w cieniu i nie za bardzo nadającymi się do publicznej ekspozycji. Głównym uczuciem, jakie przeżywałem było poczucie zmieszania i niezrozumienia o co tu chodzi, pewnego niedopasowania kulturowego. Myślałem, że Amerykanie (zresztą odpowiadali głównie oni) mają tego typu zachowania wpisane w ich kulturę. Wszystko sprawiało jednocześnie wrażenie niesłychanego uproszczenia kwestii. Polacy, którzy jeszcze nie byli jednoznacznymi zwolennikami metody twierdzili, że Amerykanie potrafią zrobić hamburger ze wszystkiego.

Czasami ktoś nie mógł wczuć się w dany głos, w daną rolę. Wówczas Facylitator rozpoczynał indywidualną pracę z tą osobą na forum. Najczęściej polegało to na tym, że szukał takiego głosu, takiej części, która zabraniała wejść w daną rolę. Bywał to lęk, wstyd, sceptyk czy inne. Kiedy taki głos był zidentyfikowany, Facylitator pytał o warunki zezwolenia wejścia osoby w jakąś rolę. Głos coś odpowiadał i zawierano układ, na mocy którego osoba mogła tymczasowo odegrać jakąś rolę. Ciekawe było to, że prace indywidualne mogły być pomocą dla innych wczucia się w dany głos.

Dwie uwagi techniczne. Po pierwsze Facylitator w dużej mierze starał się odzwierciedlać, jakby naśladować głos z jakim rozmawiał. Na przykład kiedy rozmawiał z głosem „Nie Ja”, milczał, tylko kiwał głową, nie komentował, jakby wskazując, że ten głos to głównie cisza. Przy głosach energetycznych typu złość, mówił głośniej i bardziej energetycznie.

Po drugie przechodził do kolejnego głosu czy też zamykał rundę rozmowy z danym głosem kiedy uznał, że większość kwestii, jakie dany głos „ma do powiedzenia” została wypowiedziana, kiedy koło przeżywania zamykało się. Dopiero wtedy zmieniał temat, szedł dalej lub robił przerwę, kiedy pojawiały się głosy z nieco innego rejestru. Szczególnie wyraźnie widziałem to podczas omawiania „Ścieżki istoty ludzkiej”, która ma swoje dość dokładnie opisane kroki, które mogą pojawić się tylko w określonej kolejności, jeden po drugim, kiedy jakieś uczucia się wypalą, dając miejsce kolejnym.

Drugim elementem Big Mind jest ścieżka istoty ludzkiej („The Path of The Human Being”). Ścieżka ta jest mapą na drodze do wyzwolenia, opisuje w sposób ogólny etapy, przez jakie przechodzimy podczas praktyki Zen. W połączeniu z metodą Dialogu głosów możliwe jest obejrzenie tych wszystkich etapów z lotu ptaka. Droga ta składa się z pięciu etapów i jednego etapu sprzed wejścia na drogę, nazywanego przez Genpo etapem „minus jeden”. Można więc powiedzieć, że w rezultacie jest sześć etapów, z czego pięć zasadniczych. Wszystkie te poziomy są jednym, zawierają się w sobie. Część z nich to stany, część zaś to proces. Najbliższym porównaniem tej drogi jest „Dziesięć obrazków pasterskich”.

Etapy te to:

Poziom „self”, poziom minus jeden
Poziom „wglądów”
Poziom wejścia na drogę
Oświecenie, wyzwolenie, osiągnięcie, Absolut
Upadek, powrót do świata relatywnego
Prawdziwe „Ja”

Poziom minus jeden, poziom „zero” jest poziomem zwykłego funkcjonowania, przywiązania do ja, nie kwestionowania sensowności własnych poglądów, opinii. Poziom, na jakim znajduje się większość ludzi, którzy są przywiązani do względności, nie zastanawiają się nad sobą, własnym cieniem i światem. Rzecz jasna większość ludzi funkcjonuje tak całe życie. Niektórym z nich dane jest wejść na poziom pierwszy – poziom przebłysków, małych olśnień czy drobnych kensio. Na tym poziomie Wielki Umysł daje o sobie znać, ukazuje się na przelotne chwile. To dzięki temu mamy do niego dostęp podczas pracy na innych poziomach rozwoju „ja”. Opisując ten poziom Facylitator zwracał uwagę, że ludzie często zadają sobie wówczas pytanie: „Kto zwariował? Ja czy oni?”. Jest to poziom małego mistrza, coś wiem, coś czuję, ale tylko chwilami, albo tylko raz, ale wiem, że jest coś jeszcze. Fascynujące jest to, że takie przebłyski są możliwe, że dają siłę do praktyki. Poziom ten sprawia, że konieczne staje się wejście na jakąś drogę praktyki religijnej czy duchowej. Na tym poziomie rzeczywistość staje się zakwestionowana i niekompletna.

Poziom drugi jest poziomem po wyborze drogi praktyki i religii, jest poziomem po prostu praktyki. Poziom ten Genpo nazwał „Submission” – czyli poddanie się. Poddanie składa się z dwóch elementów: żeńskiego (Yin) i męskiego (Yan). Pierwszy element – żeński „Surrending” chyba najlepiej przetłumaczyć jako „Porzucenie”. Jest to bierny aspekt poddawania się, (a nawet: oddania się), porzucania własnych przekonań, opinii, sądów na temat siebie, świata, na temat wszystkiego. Jest to proces rozstawania się z dotychczasowym życiem, dotychczasowymi pomysłami na świat i siebie. Drugi element, męski – aktywny „Submission” (dla mnie to coś jak podporządkowanie się, świadome poddanie się komuś i czemuś: nauczycielowi, drodze, regułom), jest to poddanie się konkretnej drodze duchowej, religijnej i ucieleśnieniu tej drogi w osobie konkretnego Mistrza. Ważne jest całkowite poddanie się, podporządkowanie się drodze i Mistrzowi. Mistrz będący realnym ucieleśnieniem drogi uczy nas tej drogi na różne sposoby, nie tylko poprzez to, co mówi, ale poprzez całe swoje zachowanie. Mistrz oświetla nasz „Cień”, wydobywa z niego, te sprawy, które sami chcemy ukryć. Prostuje naszą drogę, która zawsze składa się z 99 zakrętów, wskazuje błędy. Relacja z Mistrzem ma charakter dynamiczny, jest swego rodzaju tańcem polegającym na zbliżaniu się i oddalaniu; mijaniu i rozumieniu. Genpo porównywał to trochę do tańca ćmy, która zbliża się do świecy, przestrasza jej gorącem i oddala, po czym znowu przybliża, przelatuje obok, czasem pod, czasem nad. Konieczne jest posiadanie Mistrza, konieczny jest regularny, intymny kontakt z nim. Tylko w jednym wypadku można się obejść bez Mistrza – kiedy jesteśmy wobec siebie samych absolutnie szczerzy. W przeciwnym wypadku potrzebujemy lustra, które nam pokaże nas samych.

Poziom trzeci składa się z samych „Wielkich” przeżyć. Poziom ten opisuje drogę do oświecenia, do wyzwolenia. Droga ta składa się z pięciu „wielkich” kroków. Pierwszy z nich to „Wielkie zwątpienie”. W tym miejscu w niczym nie mamy oparcia, nic już nam nie pomaga, wszystko porzuciliśmy, we wszystko wątpimy, żadne przekonanie, żadna opinia czy przekonanie nie mogą nas uchronić od wątpienia we wszystko. Nic nie jest takie, jakie jest, nic nie jest pewne, nawet samo wątpienie nie jest pewne. Mistrz też nie wiadomo czy ma rację. Starożytni nauczyciele też mogli się mylić. Drzewo, to nie drzewo. Rzeka to nie rzeka. Ja to nie ja. Całkowite zanurzenie się w „Wielkim Wątpieniu” doprowadza nas do „Wielkiego Przerażenia”. Skoro w niczym nie ma oparcia, naturalną reakcją naszej psychiki jest wszechogarniające przerażenie. Z tym „Wielkim Przerażeniem” nic nie można zrobić, jest wszędzie i zawsze. Jednak i ono się wypala i wprowadza nas w „Wielką Śmierć”. W ciszę, pustkę, spokój, zamarcie wszelkiego ruchu. „Wielka Śmierć” doprowadza nas do „Wielkich Narodzin”, narodzin czasem nazywanych Głosem „Wrażliwego Dziecka”. A kiedy przeżyjemy „Wielkie Narodziny” za drzwiami czeka „Wielkie Wyzwolenie” – spotkanie Absolutu. W ten sposób rodzi się Mistrz, w ten sposób przeszliśmy na drugi brzeg. Może jakoś uda się wtedy zrozumieć dowcip jaki Genpo opowiedział kilkakrotnie. Pewien Mistrz Zen siedział na brzegu rzeki. Na drugim brzegu pojawił się jakiś człowiek i spytał: „Jak mogę dostać się na drugi brzeg?”. Mistrz odrzekł: „Przecież już tam jesteś”.

Poziom czwarty to „Upadek” - „Falling from Grace”. Powrót do świata relatywnego, stanie się na powrót człowiekiem zanurzonym w świecie relatywnym. Genpo nazywał jednak ten etap także „The Great Achievement”, „Wielkie urzeczywistnienie”.

Poziom piąty, „Prawdziwe Ja”, ja odradzające się na nowo w każdej chwili, swobodnie przemieszczające się pomiędzy Względnym i Absolutnym. Rodzące się i umierające kilkadziesiąt tysięcy razy na sekundę. Stan, którego nie można nazwać, choć można tym stanem być. Stan Prawdziwego Wielkiego Mistrza.

Opis etapów myślę, że jest nieco kulawy, bo warto byłoby, żeby opowiadając o nich mieć jakieś doświadczenia z pobytu na tychże. A ja mam ograniczone.

Na koniec

Kilka uwag z głosu „Sceptyka” (znaczy wątpiących) i kilka uwag z głosu „Wzruszenia” znaczy pozytywnych. Najpierw, co łatwiejsze, będę się czepiał.

Miałem wrażenie, że wiele odpowiedzi, jakie padały na pytania Genpo do różnych głosów, było odpowiedziami udzielanymi nie tyle przez te głosy, ile przez jeden głos: „Dobrego ucznia”. Miałem wrażenie, że w ciągu kilku chwil trudno czy wręcz niemożliwe jest wejście w rolę na przykład „Wielkiego współczucia”, o „Wielkim umyśle” nie mówiąc. Wszystko co mi przychodziło do głowy, to różne cytaty, czyjeś słowa, a w znacznie mniejszym stopniu to, co wówczas rzeczywiście przeżywałem. Miałem jednak ochotę wejść w rolę „Dobrego ucznia” i dać kilka fajnych, podobających się Facylitatorowi i innym ludziom, zgrabnych powiedzonek.

Czas, jaki miałem do dyspozycji, aby spróbować się oswoić z dowolną rolą, dowolnym głosem był przerażająco krótki. Wyobraźmy sobie, że po prośbie o rozmowę z „Wielką Śmiercią” mieliśmy całe kilka minut na dokopanie się w sobie do tego głosu. A ja czasem mam wrażenie, że ten głos odzywa się we mnie wtedy, kiedy on chce, a nie na moje zawołanie czy prośbę. A ponadto dochodzenie do kontaktu z tym zabiera mi całe życie, a nie pięć minut. Rzecz jasna jeślibym chciał być dobrym uczniem, coś tam bym wymyślił.

Pewien dystans wzbudzał u mnie też rodzaj nadmiernego oddania się tej metodzie u wielu ludzi, którzy stosowali Dialog głosów do rozwiązywania praktycznie każdego problemu życiowego. Genpo zresztą chyba zachęcał do takiego podejścia. Opowiadał o swoim niedoszłym spotkaniu z prezydentem Bushem w sprawie wojny w Iraku. Kiedy już sporo zostało zaaranżowane, żeby takie spotkanie miało miejsce, Genpo zastosował tę metodę do odegrania spotkania z Bushem. Prezydenta grał Genpo. Podczas rozmowy Genpo miał jasną świadomość, że Bush ma odczucie prostego kanału kontaktu i komunikacji z Bogiem, że tenże Bóg kazał mu tępić terroryzm na świecie, że w związku z tym nic i nikt nie jest w stanie go odwieść od wojny. Że jest narzędziem w ręku Boga. Po tej próbie oczywiste okazało się, że jakiekolwiek spotkanie z Bushem nie ma sensu.

Ostatnie zastrzeżenie to pytanie na ile Ścieżka istoty ludzkiej jest konieczna do przejścia wedle takich właśnie etapów? Czy może tak być, że mapa, jaką opisana ścieżka jest, stanie się tak naprawdę przeszkodą? Przeszkodą w tym sensie, że wszystko co niezgodne z mapą będzie odrzucane, a kolejne etapy wyczekiwane jak zbawienie?

A teraz miłe rzeczy. Sporym utrudnieniem był fakt, że cały warsztat toczył się wyłącznie po angielsku. Tak więc zanim cokolwiek odnalazłem w swoich przeżyciach musiałem to najpierw przetłumaczyć na polski, a potem znowu na angielski. A, jako że język ten nie jest moją najmocniejszą stroną, być może zaburzało mi to uczestniczenie w warsztacie? Może gdyby było po polsku byłoby zupełnie inaczej, mocniej i prawdziwiej? Teraz, kiedy mogę myśleć i czuć wyłącznie po polsku, aż tęskno się robi to szerokiej pustki „Wielkiego umysłu” i jego drugiej strony „Wielkiego współczucia”, które jednak gdzieś tam na chwile się pojawiły.

Genpo podczas mów używał dialogu głosów także do pracy z koanem. Wtedy metoda ta stawała się niesłychanie precyzyjnym wygaszaczem myślenia, zamykaczem intelektualizowania i kombinowania. Po prostu działała jak miecz odcinający myślenie. Było to fascynujące. Aż błyszczało i świeciło od tego. Na przykład praca z koanem „MU”. Podczas jednego wieczoru Roshi Genpo poprosił swoich następców, aby Ci opowiedzieli nieco o swojej praktyce z koanami, jakie koany zrobiły na nich wrażenie, jak przebiegała ich praca z tymi koanami. Wówczas jedna z uczennic poprosiła o wyjaśnienie czym jest koan (najwyraźniej była początkująca). Roshi Genpo opowiedział wówczas koan „Mu”. Spytał dziewczynę czy rozumie. Po czym zapytał: „Czy mógłbym mówić do głosu Mu”. Dziewczyna odpowiedziała „Tak”. Roshi spytał: „Czym jesteś” ona coś odpowiedziała, wówczas Roshi: „Czy pies ma naturę Buddy?”. Dziewczyna traciła grunt pod nogami, zresztą nie tylko ona, chyba wszyscy, nic nie kumali, logika była bezradna, inteligencja też. I tak kilka razy. Zwykłe pytanie, zwykła wymiana zdań i nagle coś co kompletnie wywraca świat do góry nogami. A do tego podpowiedzi ze strony obserwujących Roshi, które chyba jeszcze bardziej wyprowadzały w pole, jeszcze bardziej zakręcały logiczne myślenie. Naprawdę trzeba kompletnie zmienić widzenie, rozumienie, bycie w świecie żeby cokolwiek z tego pojąć. Mój biedny mózg był kompletnie bezradny, patrzył i nie rozumiał. Piękne.

Wreszcie, na koniec sama wiara Roshiego Genpo w to, że wszystko to w nas jest. Absolutna pewność, że to mamy, była tak wielka, silna i wszechogarniająca, że aż myślę, że ma rację. To w nas jest.

Tyle.

teksty: