Żyjąc i umierając w zazen

Roshi Jakusho Kwong
ŻYJĄC I UMIERAJĄC W ZAZEN Mowa zamieszczona w Mountain Wind (numer lipiec - sierpień 2005)
Fragmenty mowy dharmy wygłoszonej przez Roshiego Jakusho Kwonga w dniu 14 maja 2005 w Sonoma Mountain Zen Center.

Omawialiśmy ostatnio na naszym seminarium komentarz rosiego Uchiyamy do tomu Bendowa - „The Wholehearted Way” [ Zaangażowanie całym sercem, całkowite bycie] z Shobogenzo Dogena. Te japońskie słowa są jak matematyczne równanie dla jakiejś uniwersalnej prawdy. Jesteśmy tu w Santa Rosie w Kalifornii, czytamy tekst z XIII wieku, a ta sama prawda stale przenika wszechświat.

Jak prawda ta przyjmowana jest tutaj w pewnym stopniu zależy od tego jak my, nauczyciele, przedstawiamy nasze zrozumienie. Shinko i ja, prowadziliśmy to seminarium i studiowanie tekstu Bendowa okazało się dla nas mocnym doświadczeniem. Roshi Uchiyama reprezentuje wyjątkowo ciekawą linię nauczycieli, którzy opowiadają się za zazen. Ja sam, po prawie 50 latach siedzenia zainspirowałem się metodą jijuyu zanmai, której świadectwem jest „The Wholehearted Way”.

Często myślę o tym, jak Kodo Sawaki, nauczyciel roshiego Uchiyamy, odpowiedział, kiedy uczniowie zapytali go dlaczego siedzi: „Bo to niczemu nie służy”. To jest ciekawe zdanie. Zdaje się oczywiste, że wszystko robimy po coś, 24 godziny na dobę, czy śpimy czy czuwamy. Bardzo więc trudno wyjaśnić ideę robienia czegoś bezużytecznego.

W swoim komentarzu do Bendowa Uchiyama mówi, że warunkiem tego jest jijuyu zanmai. Wyrażenie to wyjaśniałem już wiele razy i w pewnym sensie jest proste. Ji oznacza jaźń. Ju, jak w jukai, oznacza przyjmować. Jijuyu jest „funkcją”, a zanmai to samadhi lub skoncentrowanie. W skrócie więc wyrażenie to proponuje drogę „ja spełnianego przez ja”.

To wyjaśnienie jednak, stanowi zaledwie początek. „Ja spełniane jest przez ja” pociąga za sobą kończenie i rozpoczynanie, nieustająco poprzez czas i przestrzeń. Jeżeli założę, że przez samo skonstatowanie całkowicie to zrozumiem, moja głowa zrobi się bardzo wielka. Jeden z bliskich przyjaciół Kodo Sawaki’ego zauważył kiedyś, że „wszyscy jesteśmy łotrami”, ponieważ ciągle wymyślamy, konfabulujemy rzeczywistość, w której naprawdę żyjemy. Innymi słowy, mamy niewielkie pojęcie, co jijuyu zanmai faktycznie znaczy.

Powiedzieć, że „ja spełnia ja” oznacza, że znamy kierunek, w jakim nasze życie powinno podążać i wiemy, co jest ważne. Nic nie może nam tej świadomości odebrać. Jeżeli naprawdę wiemy, którą drogą iść, nic nami nie zachwieje. Z kolei „ja którym jest ja” odnosi się także do tożsamości relatywnego ja z absolutnym ja oraz z jaźniami niezliczonych miriad wszystkich rzeczy. Innymi słowy, wszystko jest tym samym, wszystko jest jedną rzeczą. Roshi Uchiyama mówi o tym, jak „każdy urzeczywistnia swoje ja, którym jest tylko ja”. To jest absolutnie prawdziwe. Czy znasz „ja”, czy nie, ludzką naturą, pomimo wszystko jest po prostu „urzeczywistnić ja w ja”. Nie ma innej drogi, nieważne co robisz. Nawet, jeżeli zabijasz się, bo twoje małe ja nie czuje połączenia z absolutnym ja, i tak urzeczywistniasz „ja w ja”. Czy praktykujesz, czy nie, i tak urzeczywistniasz „ja w ja”.

W pewnym sensie łatwiej po prostu zdecydować się na praktykę zazen – chociaż prawdą jest, że praktyka może być trudna. A jednak możesz praktykować w każdej sytuacji - od najwygodniejszej do najtrudniejszej i najstraszniejszej. Nieważne czy przeżywasz kryzys, czy nie masz trosk, to tylko kwestia szczerej praktyki. Warunki mogą wydawać się łatwe lub trudne, ale nie powinny cię zwieść. Poprzez praktykę powinieneś być w stanie mierzyć się z sytuacją życiową, jaka by ona nie była. Czy masz raka, czy jesteś na prochach, czy pijesz, musisz stanąć w obliczu sytuacji, w której jesteś. To jest twoje życie. Odnajdziesz wolność tylko poprzez bieżące życiowe doświadczenie.

To jest więc absolutnie prawdziwe, że każdy urzeczywistnia „ja, które jest tylko ja”. Właśnie dlatego, jak mawiał roshi Suzuki, „mądrość szuka mądrości”. Właśnie dlatego każdy z nas chce poznać, tak jak niemowlę chce stanąć na nogach. Chcemy poznać, pomimo faktu, że tak łatwo się rozpraszamy.

To, że tak łatwo się rozpraszamy jest rodzajem żartu. Często zdaję sobie sprawę, że moja własna praktyka jest bardzo marna właśnie z tego powodu. Po prostu obserwuj uważnie swój umysł przez pół godziny i zauważ ile razy ulegasz rozproszeniu. To naprawdę żałosne (śmiech). Roshi Uchiyama nazywa to ciągłe rozpraszanie umysłowymi „wydzielinami”. Twój myślący umysł jest po prostu jeszcze jednym organem – mówi – narzędziem ciała. W sposób nieopanowany kontynuuje myślenie, nawet gdy nie ma potrzeby, ponieważ to jego biologiczna funkcja. Skłonność do całkowitej wiary w realność tej nieustannej aktywności umysłowej powoduje, że nasze życie nie staje się ani szczęśliwe ani radosne. W momencie, w którym zdamy sobie sprawę, że te idee są tylko umysłowymi wydzielinami, tracą one na ważności i targają nami mniej natarczywe.

Więc Kodo Sawaki ma całkowitą rację: zazen do niczego nie służy. Zrozumiałem, że sprzedaję wodę nad brzegiem rzeki, ale nie szkodzi (śmiech). Oczywiście, musisz coś powiedzieć, ale powinieneś pamiętać zdanie Sawaki’ego: po prostu nie możesz użyć zen. Kiedy starasz się skorzystać, coś uzyskać, to po prostu nie działa. Jeżeli zakładasz, że twoje zazen uczyni cię oświeconym, lub niezwykle silnym czy wpływowym, lub pomoże ci „oczyścić” ciało i umysł, nie stanie się to, bo wszystko to są zaledwie idee. Zazen nie działa w ten sposób.

Trudno jest mówić bezpośrednio o zazen. „Jeżeli zostanie nazwane, to nie będzie już cudowną dharmą” – mówi dawne powiedzenie. Jeżeli zakładasz, że zazen lub jijuyu zanmai czy shikantaza czy ciche świecenie (wszystko to nazwy tego doświadczenia) mogą być jednoznacznie nazwane, wówczas nie zajmujesz się niezrównanie cudowną dharmą. Nie możesz tego zrozumieć używając powszechnych pojęć przedmiotu i podmiotu. Chociaż, żeby przetrwało tak długo, ktoś musiał to poznać, zarówno w głębokim wewnętrznym doświadczeniu, jak i na drodze zwyczajnego nazywania i komunikowania..

Cała moja mowa jest po to, by zachęcić was i mnie samego do praktykowania zazen, ponieważ jest to sprawa najwyższej wagi. Tutaj mamy miejsce do praktyki. To jest dom Buddy; to jest dom praktyki wszystkich Buddów i Bodhisattwów. Nawet, kiedy jesteś wyczerpany, możesz tu przyjść praktykować.

Roshi Uchiyama porównywał zazen z samym/samą Buddą. Dla Uchiyamy były one jednym. W czasie odosobnień proponował, aby nie było mów dharmy, ani kyosaku czyli kija do budzenia, żadnego samu czyli praktyki pracy (chociaż było jedzenie!). Wyjątkowo długie zazen - trwały 50 minut, z 10 minutami medytacji chodzącej pomiędzy nimi. 50 minut, 10 minut, godzina za godziną. Uczniowie Uchiyamy siedzieli chyba 16 rund dziennie. To był szybkowar, walec parowy, to po prostu cię miażdżyło. Uchiyama mówił, że uczniowie, którzy praktykowali co najmniej 10 lat w ten sposób „stawali się lokomotywami wciągającymi innych w zazen”. Co za wspaniałe sformułowanie.

Arthur Braverman w swojej książce „Living and Dying in Zazen” (Żyjąc i umierając w zazen) (wydanej w tym samym roku, co moja książka, 2003) opisuje pięciu nauczycieli dharmy. Opiera się zarówno na obszernych badaniach, jak i własnym doświadczeniu w Japonii. Nauczyciele, o których pisze to Kodo Sawaki – dowódca ich wszystkich; uczniowie Sawaki’ego: roshi Uchiyama, jego przyjaciel Yokoyama (przyp. tłum.: Sodo Yokoyama), roshi Kato i kobieta, Ikebe, którą nazywano sensei (nauczyciel), chociaż w rzeczywistości też była roshim.

W książce Bravermana, dawne sanskryckie Budda Tathagata, które recytujemy w naszej codziennej posłudze, uzyskało dodatkową moc dzięki wyjaśnieniu Ikeby. Przetłumaczone jest na chińsko-japoński jako nyorai, gdzie nyo oznacza „dokładnie jaki jesteś” lub „tak jak jest”. To wyraża nadzwyczajną głębię. Mówisz nyo, uderzasz drewnianym młotkiem, i umysł nie porusza się, tak jakby wiedział, że nie ma rozproszenia, zakłócenia uwagi. Rai oznacza „przyjść”. Pamiętacie jak Hui-Neng zanim stał się szóstym patriarchą, został zapytany przez piątego patriarchę „Kim jest ten, kto przychodzi?” Ktoś mógłby odpowiedzieć „To Fred!”, chociaż w rzeczywistości to wcale nie jest „Fred”. Kto to jednak jest? Nie przychodzi, ale już w nas jest. Nie przychodzi skądinąd.

Mamy skłonność do wierzenia w koncepcje, które tworzymy, ale nawet, gdy myślimy, kiedy stwierdzamy, że znowu w zazen poniosły nas różne idee, możemy zdać sobie sprawę, że myśli są jak mizerne chmurki na nieograniczonym niebieskim niebie. Nie mają żadnego znaczenia. Są wydzielinami mózgu, które można przejrzeć na wskroś i widzieć ciągle i ciągle. Stopniowo odkryjesz w zazen, że jeżeli pojawiają się to mogą także znikać. Wówczas, gdy twoja konstrukcja staje się mocniejsza, stwierdzasz, że możesz to robić w swoim codziennym życiu. Początkowo twoja świadomość wrzeszczy, tak że myśli opadają cię jak, jak chmary komarów. Wiesz jednak, że te myśli nie mają substancji i nic dobrego z nich nie wynika, więc pozwalasz im odejść.

Sam Kodo Sawaki miał bardzo trudne życie. Jego rodzice wcześnie umarli, i był dwukrotnie adoptowany. Był też ofiarą nadużycia. W pierwszej rodzinie adopcyjnej, kiedy jego „prawdziwy” brat płakał, Kodo był bity. Gdy jego przybrani rodzice nagle umarli, czuł się zagubiony; może byli okrutni, ale stanowili chociaż jakiś punkt odniesienia. Później inna para zaadoptowała go, ojciec był hazardzistą, a matka prostytutką. Dorastając w takim środowisku Kodo Sawaki używał ostrego języka i stał się swego rodzaju roshim ze społecznych nizin. Roshi Katagiri pochodził także z niższych klas społecznych, a Ikeba, tak jak roshi Suzuki, była z wyższej sfery. Jednakże, pomimo różnych korzeni, wszyscy oni posiadali naturę Buddy.

Kodo Sawaki zawsze utrzymywał, że nie jest świętą osobą. Jednocześnie był wyjątkowy, zanim się zestarzał, podróżował sam po całej Japonii i nauczał prawdziwej praktyki siedzenia, która w jego poczuciu zanikła. Ostatecznie stał się bardzo znany i został poproszony o nauczanie w Komazawa, uniwersytecie Soto Zen. Został także tanto w dwóch najważniejszych klasztorach Soto – Sojiji i Eiheiji. W końcu stał się głównym emisariuszem zazen. Później, w 1941 ordynował roshiego Uchiyamę. „W 1949”, mówi Braverman, „Sawaki założył dojo w Antaiji. Kiedy w 1963 roku jego stare nogi i zniedołężniałe stare ciało nie pozwoliły mu już więcej prowadzić bezdomnego życia, osiadł w Antaiji i dwa lata później zmarł.”

Kiedy Braverman odwiedził ucznia Sawaki’ego Yokoyamę, był zaskoczony, że ten nie ma pieniędzy, nie ma świątyni i żyje w schronisku. Yokoyama przyrzekł sobie udać się do pobliskiego parku, usiąść, parzyć herbatę lub siedzieć zazen, a czasem spróbować zagrać jakąś muzykę dmuchając w liść. Mimo, że park był mały on zachowywał się, jakby to był cały wszechświat. Moglibyście go często widywać z dwoma palcami dziwacznie trzymającymi przy ustach liść, grającego w nadziei przekazywania dharmy lub zazen jakiemuś przechodniowi. Kiedy przechodziły starsze panie, zatrzymywały się i pytały go: „Ile masz lat?” „Dziewiętnaście!” odpowiadał, a one śmiały się. Był niezwykłym człowiekiem, którego zamiarem było jedynie uczynienie ludzi szczęśliwymi. Mówił, że jego liście „należą do wszechświata. Gdy grasz na liściu, dźwięk staje się układem słonecznym. Ludzie żyją, bo wszechświat żyje. Tylko z punktu widzenia człowieka życie jest nam dane. Z punktu widzenia Boga lub Buddy my (po prostu) żyjemy. Czy umieramy czy żyjemy, pozostajemy na zawsze razem we wszechświecie.”

Yokoyama napisał następujące słowa na temat wyznania swojego nauczyciela, roshiego Sawaki’ego, który powiedział, że „pozostaje na zawsze w ułudzie”. W początkowych latach studiowania zen nie chciałem mieć nic wspólnego z ułudą. A jednak cudownie móc powiedzieć tak, jak roshi Sawaki. Ponieważ nie ma różnicy pomiędzy oświeceniem i ułudą. Jednego nienawidzimy, a drugie uwielbiamy; nie ma żadnej różnicy. „Odwiecznie ulegam iluzji. Nikt nie ulega iluzji tak jak ja. Ulegam iluzji złotych ozdóbek. Jak oczywiste to się wydaje, kiedy praktykuję zazen.”

„Jakże dziwne jest to zazen. Kiedy praktykujemy je z rozpraszającymi koncepcjami, nieodpowiednimi myślami, w skrócie złudzeniami, z których zbudowani są zwykli ludzie, nagle zdajemy się czuć nieodpartą pokusę wynurzenia na powierzchnię. Wówczas pojawia się pragnienie pozbycia się tych myśli, przemożne pragnienie dodatkowo wzmocnione naszym ogromnym wysiłkiem. Ci, którzy nie praktykują zazen nic o tym nie wiedzą.”

„Więc dlaczego praktykujemy? Złudne myśli stale pojawiają się, jedna po drugiej. W zazen odkrywamy, że każdy z nas od księcia do żebraka jest zwyczajną osobą ulegającą iluzji. Usiłowanie odpędzenia tych złudnych myśli (iluzje są takim nonsensem przeszkadzającym w szczęściu każdego) jest także czymś, co wynosimy z zazen. Ostrożnie nieco nazywamy Buddą zazen, które prowadzi nas w ten sposób.” „Zgodnie z tą nauką, poprzez zazen stajesz się świadomy, iż ulegasz złudzeniu i po prostu ta świadomość w rzeczywistości czyni z ciebie Buddę.” [Co wy na takie pocieszenie? (śmiech) Dokładnie w tym momencie, gdy uświadamiasz sobie, że ulegasz iluzji, to jest Budda. I po chwili znowu ulegamy iluzji. Właśnie ten moment.] To zazen uczy nas, że my także ulegamy iluzji i dlatego uwalnia nas od niej samej. Kiedy praktykujemy zazen i bacznie przyglądamy się wszystkim złudnym koncepcjom, które stale się pojawiają, zdajemy sobie sprawę jak zwykłymi ludźmi jesteśmy, i jak nie mamy z czego być dumni, ani nie mamy się czym chwalić. Nie pozostaje nic innego, jak tylko po cichu schować się. Ostatecznie tacy naprawdę jesteśmy.”

„Satori oznacza odkrycie, że ulegamy złudzeniu. Wtedy jednak pojawia się pragnienie, aby przestać ulegać. Tak właśnie zwykli ludzie ratują się przez zazen. Więc ponad wszelką wątpliwość odkrywamy poprzez zazen naszą zwyczajność. Kiedy zaprzestaniemy praktykować zazen, utracimy zdolność radzenia sobie ze złudzeniami a zatem zgubimy naszą drogę. Możemy powiedzieć, że świat błądzi, ponieważ nie radzi sobie z iluzjami.”

„Błądzenie jest przemieszczaniem się przez sześć światów - piekło, świat głodnych duchów, zwierząt, potworów, walczących demonów, ludzi i bóstw. Wszystkie problemy tego świata - polityczne, ekonomiczne i inne powstają z braku świadomości czyjejś zwyczajności. Tak właśnie dzieje się teraz na świecie. Zwyczajność, prostota są nieobecne.” To Yokoyama.

Dziękuję.

                        tłumaczyła – Ewa Kochanowska
                        redakcji dokonał – Jerzy Kuun
teksty: