Korona Kannon – jeden nieustający błąd

Korona Kannon – jeden nieustający błąd
Roshi Kwong, Sonoma podczas odosobnienia Shambhala Drala 28 X 2006

Wprowadzenie Charity Martina: Dzień dobry. To wielka przyjemność i zaszczyt móc przedstawić wam tego ranka Roshiego Kwonga, założyciela i opata SMZC, spadkobiercę Dharmy Roshiego Suzukiego i wielkiego przyjaciela i mentora naszej społeczności. Przychodzi mi na myśl obraz zbiegających się rzek. Miejsce, w którym dwie rzeki stają się jedną. W tym momencie, taki zbieg okoliczności. W tym momencie i w tym miejscu, właśnie teraz.

Roshi: Takie wspaniałe wprowadzenie, całkowicie niezasłużone. Zbiegające się rzeki. Właściwie, to jest tak prawdziwe, że już w to nie wątpię, ani nie kwestionuję tego. I to jest naprawdę wielka ulga. Nie bać się, gdy wychodzisz na środek i zaczynasz angażować się w Dharmę. To wówczas, gdy oczekujesz czegoś, pojawiają się trudności. Jesteśmy istotami ludzkimi i mamy silne uwarunkowanie, aby oczekiwać czegoś. Ale po trochu, jeśli możesz odpuścić oczekiwanie, to właśnie zaraz za nim jest coś pięknego. W pewnym sensie to jest jak uczucie bezradności. Rzeźba Kannon lub Chenrezig stojąca w naszym zendo ma jedenaście twarzy otaczających jej głowę. Twarze z przodu są dość łagodnie. Ale jeśli spojrzysz na kolejne, są tam wśród nich trzy wyrażające strach, złe przeczucia. Właściwie, to nie tylko trzy, ale wszystkie są takie. To problemy, które spotykamy na ścieżce. Kannon nosi te wszystkie twarze, przerażone, ze złym przeczuciem jako koronę na swojej głowie. Nosi je jako koronę, ponieważ je zna. Każdy z nas, w rzeczywistości, będzie zmuszony do poznania ich, ponieważ jesteśmy istotami ludzkimi, niezależnie od tego, czy praktykujemy. Gdy umieramy, chorujemy, czy napotykamy bezradność.

Tak więc te trzy ostatnie twarze wyrażające przestrach to spustoszenie. Kiedyś byłem silny. Mogłem robić dużo rzeczy, mogłem robić wszystko. Znacie tę historię. Potem stajesz się wolniejszy i słabszy i mówisz: nie mogę tego zrobić. Jestem chory lub coś takiego. Mam raka. Ostatnim etapem jest bezradność. Możesz być poważnie chory i starasz się zrozumieć swoją chorobę. Aż nadchodzi moment, w którym nikt nie jest w stanie powiedzieć ci nic więcej. Ale choroba lub brak równowagi utrzymują się i zaczynasz się poddawać. Musimy się poddać. Chodzi o to, aby zabić część siebie. Brak nadzieji nie oznacza rezygnacji. Nie oznacza naszego końca. Oznacza koniec pracującej bez ustanku myślącej maszyny, która osiągnęła swój kraniec, granicę. Już nic nie możesz zrobić. Musisz zaufać procesowi. Możesz mieć poczucie, że już nie będziesz taki, jak poprzednio. Ale niepokój i martwienie się nie pomogą. Łatwo mi to powiedzieć, ale ja wiem, jak to jest. Musisz się poddać. A gdy się poddasz, to właśnie to, gdzie jesteś. Panuje tu całkowicie nowy krajobraz.

Właśnie wróciłem z Islandii. Całkowicie nowy krajobraz. Ktoś powiedział: „To musi być koniec świata”. Kiedy astronauci po raz pierwszy polecieli na księżyc, wyruszyli do Islandii (śmiech słuchaczy). „Przyzwyczajcie się do tego”. Rzecz, o której nie powiedzieli astronautom, to była przestrzeń. Pustka. Niektórzy z nich jej doświadczyli. Ale ta pustka lub beznadzieja nie brzmi jak coś dobrego, jednak w rzeczywistości to bogate miejsce do bycia.

Mówimy o dwóch strumieniach, które się łączą, ale w rzeczywistości wszystkie strumienie się łączą. Wszystkie tradycje, wszystkie istoty ludzkie, wszystkie wyznania. Ale o tym nie wiedzą. Dlatego obecnie mamy dużo zamieszania na świecie. Nie wiem tego, ale może sytuacja się tak pogarsza, żeby zmusić ludzi do uznania tego faktu. Musi być naprawdę źle, żeby zmusiło to ludzido spojrzenia do wewnątrz. Nie wydaje mi się, aby na zewnątrz coś dobrze funkcjonowało. I myślę o wszystkich nowych twarzach, które widzę. To jest najlepsze miejsce do bycia, właśnie tu gdzie jesteś.

To wielkie wprowadzenie, spadkobierca dharmy, blisko 50 lat praktyki, całe to niezasłużone uznanie. Ja wcale nie jestem większy od was. I pewnego dnia, gdy kontynuujecie praktykę na tej ścieżce, a najważniejszą rzeczą jest kontynuacja praktyki, więc kontynuujecie w indywidualny sposób, ale spotykacie się i praktykujecie wspólnie. To naprawdę działa jak dynamit. A wspólna praktyka z grupą z innej tradycji to jest ekstra dynamit. Tak jak powiedział Rinpoche, gdy dwie tradycje lub kilka tradycji spotyka się, coś iskrzy (wszyscy słuchacze się śmieją). Ponieważ kto gości kogo? Czy jesteśmy gośćmi, czy też jesteśmy gospodarzami? Nie! MY (wszyscy) jesteśmy gospodarzami (śmiech)

W rzeczywistości byłem ze swoim nauczycielem przez bardzo krótki okres czasu, tylko 10 lat. To nie jest bardzo długo. Później Roshi umarł w 1971. Jego śmierć zrobiła dużą wyrwę w tym, co zamierzaliśmy robić. Rzuciła nas z powrotem ku samym sobie. Co zamierzamy robić? Ja miałem bardzo prosty pomysł. Może będziemy siedzieć z grupą ludzi? Ale nie wiedziałem, że musisz mieć pewne formalne potwierdzenie kwalifikacji, aby to zrobić, tak więc bałem krytykowany. Rzeczywiście byłem ignorantem – po prostu nie wiedziałem. Tylko myślałem, że zebranie się w grupie ludzi, aby siedzieć, jest najlepszym sposobem. W tym czasie, gdy dojrzewałem lub innymi słowy - stawałem się człowiekiem, ogoliłem swoją głowę. I musiałem zostać nauczycielem poprzez trening. Zostanie nauczycielem było przerażające, gdyż myślałem, że nie mogę popełnić żadnego błędu. Co to za nauczyciel, który robi błąd za błędem, jeden nieprzerwany błąd?

Tak więc, gdy jesteś po sześćdziesiątce, zrobiłeś już wszystkie możliwe do zrobienia błędy. Wsiadasz do samolotu, ciągniesz na wózku swój bagaż, a tu odpadają kółka od wózka. Rączka się urywa. Wszystko, co mogło się zdarzyć, zdarzyło się. Przeszedłeś przez wszystko. Koreańczycy mówią, że jeśli jesteś po sześćdziesiątce, to przeszedłeś przez wszystkie znaki zodiaku. Przeszedłeś przez wszystko. Prawie przez wszystko. Gdyż wciąż jest coś jeszcze. Możesz zapuścić włosy. Ja tak raz zrobiłem i wyglądałem jak Elvis Presley. Więc je zgoliłem. Zostanie nauczycielem oznacza, że nie mogłem być sobą. Jeśli nie jesteś sobą, to TY nie możesz popełnić żadnego błędu. Na pogrzebie Kobuna Chino byłem mówcą i poproszono mnie, abym ofiarował kadzidło. Ręka mi się trzęsła. Co to za nauczyciel, któremu trzęsą się ręce? To mogło znaczyć, że jesteśmy przewrażliwieni na swoim punkcie, bardzo przestraszeni lub też, że mamy ogromną energię. Ja się trzęsę, a oni to powodują. Tak więc ręka trzęsła mi się bardzo, ale ja nie czułem się źle z tego powodu. Po prostu trzęsła mi się ręka. Jest takie powiedzenie Zen: „Ty śpisz”. Co się dzieje, to to że śnisz. Jesteś w dużym budynku, z wieloma pokojami a osoba w sąsiednim pomieszczeniu tłucze ryż, ty śpisz i masz sen. On rozbija ryż w naczyniu. Gdy śpisz, to dźwięk „bum, bum, bum” oddziałuje na twój sen. Wpływa tak silnie, że możesz nawet śnić o czymś innym. Oddziałuje na twój sen jak ładna muzyka. Ale gdy się budzisz, ty WIESZ, że to tłuczenie ryżu. To jest Zen. Gdy się budzisz, ty WIESZ, że to tłuczenie ryżu. Gdy ręka mi się trzęsła, powiedziałem sobie „Ręka mi się trzęsie”. Właściwie wciąż mi się trzęsie. I myślę, że zawsze będzie się trzęsła i jestem z tego powodu szczęśliwy. Tak więc powiedziałem do mnicha z Japonii: „Możesz wsadzić kadzidło za mnie?” I on to zrobił. I to było w porządku.

Wiele razy działy się różne rzeczy. Po tym jak zostałem wyświęcony, wpadłem na pomysł, że będę wszędzie chodził w szacie – jako mnich - aby sprawdzić, jak to jest. Miałem taki pomysł, to był tylko pomysł, ale spowodował dużo zamieszania. Szedłem przez Chinatown. Szaty są długie i czarne. Wszyscy ustępowali mi z drogi, rozchodzili się jak Morze Czerwone. Później, gdy przyjechałem do domu swojej teściowej, ona zobaczyła mnie i ją sparaliżowało. [bo w chińskiej kulturze na czarno ubierają się kapłani odprawiający ceremonie pogrzebowe – przyp. Sławek] Innym razem, gdy moje motyle rękawy zatrzasnęły się w drzwiach windy. Rozejrzałem się w koło, czy nikt nie widział mojego błędu. Wszystko się zdarza. To wspaniała nauka, gdyż jest naga. Możesz widzieć kim i czym jesteś. Ale wciąż nie chcę być tym (Roshi się śmieje), chcę być bardziej perfekcyjny. Tak więc, po trochu, stałem się nauczycielem z jednej strony i stałem się sobą. Teraz te dwie osoby są jedną i jestem bardzo szczęśliwy.

Synonimem praktyki jest budzenie się, stawanie się przebudzonym. Nie możesz tych dwóch rzeczy odseparować. Więc pomyślcie o tym, co czytacie i uczyńcie to waszą praktyką. Aktywujcie to. Sprawdźcie, czy to prawda. To wasze życie. Sprawdźcie, czy to prawda. Coś słyszycie, a potem to praktykujecie. Praktyka jest właściwie realizacją. Słowo praktyka to starożytny ideogram, który jest jak punkt przecięcia poziomu z pionem. I to jest praktyka, właśnie tam, gdzie względne spotyka się z absolutem. Właśnie tam. W linii Kagyu, w linii Zen – długie lata siedzenia. Bądźcie na to gotowi. Tylko długie, długie, trudne i cudowne Zazen. Ale czasem nienawidzisz, po prostu nienawidzisz zazen. Ja nienawidzę sprawiać wrażenia sensownego. A potem, gdy twoje siedzenie stanie się dobre, coś innego się wydarza. Ale to wciąż się przebija. Musimy się nauczyć zaprzestania (Darma) shoppingu. Co za ulga. Coś znalazłeś. Nie mogę powiedzieć, że coś ukończymy, ale trwamy w tym (tej praktyce). Nie zaprzestawajcie. Idźcie prosto, niezależnie od tego co się dzieje. Nikt nie może tego uczynić za was.

Nauczyciele tacy jak Rinpoche i Roshi Suzuki stali się naszymi przykładami. Wiecie, dla nich to także było dość trudne. Roshi powiedział mi: „Co myślisz o Sandze?” Ledwo potrafiłem odpowiedzieć. Myślałem o tym, że zawiodłem go przez te wszystkie lata. Chciałem być perfekcyjnym uczniem. Przyszedłem na indywidualną rozmowę. My mieliśmy indywidualne spotkania raz w roku. Byliśmy małą grupą. Roshi patrzył przez okno, kto przychodzi na zazen. Byłem bardzo wrażliwy na swoim punkcie i strasznie wycofany. Wielu uczniów praktykujących Zazen jest wycofanych, a nie ekstrawertycznych. Może w tradycji Rinzai jest więcej ekstrawertyków. Ale uczniowie Soto mówią „Dlaczego ludzie nie mogą się spotkać? Ludzie mało do siebie mówią”. Tak więc jednego dnia miałem spotkanie z Roshim Suzuki. Przyszedł czas na rozmowę, zabrzmiał dzwonek i wszedłem do jego pokoju. Popatrzył na mnie i prawdopodobnie starał się mnie nie oceniać i myślał: „o nie, to znowu ten gość”. Usiadłem naprzeciw niego, a w środku drżałem. Obawiałem się, że może zobaczyć mój brak perfekcji. Oczywiście próbowałem to ukryć. Potem upłynął długi czas.Roshi wyciągnął kawałek papieru i długopis i spytał się: „Możesz napisać swoje imię?” A mnie nawet to przyszło z trudem. Roshi wiedział, że mój ojciec był lekarzem medycyny chińskiej i powiedział: „Może wieczorem powinieneś wypić kieliszek wina? Tylko dla rozluźnienia. Myślisz, że twój ojciec by to zaaprobował?”

                  Tłumaczył Wojtek Gajewski
teksty: