Widok z Wysokiej Góry

Widok z Wysokiej Góry

Mowa Dharmy wygłoszona przez Roshiego Jakusho Kwonga
4 grudnia 2004 w Sonoma Mountain Zen Center

Chciałbym dziś podzielić się z wami wspomnieniami o Dae Soen Sa Nimie. Otrzymaliśmy email z jego sanghi. Wiadomość z Korei: „Drodzy przyjaciele, mistrz Zen Dae Soen Sa zmarł na serce w Hwa Gye Sah, swojej świątyni w Seulu w Korei (gdzie wielokrotnie przyjeżdżaliśmy na jego zaproszenie) o 5:15 popołudniu we wtorek 30 listopada”.

Sprawdziłem w słowniku, co znaczy Soen Sa. Sa to po koreańsku góra. Soen znaczy coś bardzo wysokiego, coś, co ze względu na swoją obecność czy nieskazitelność, czy uwielbienie. Właściwie kiedy myślisz o tej nieskazitelności, gdy dostrzegasz ją w czymś, uznajesz także tę nieskazitelność w sobie samym. Jak mógłbyś to poczuć, jeśli byś tego nie miał? Soen oznacza tę budzącą szacunek i cześć górę, która jest w tobie. O to mu zawsze chodziło. Zawsze mówił, że trzeba mieć zaufanie do siebie – zaufanie nie do ja egoicznego, ale do wielkiego ja.

Soen Sa Nim podróżował po całym świecie i założył wiele ośrodków Zen Kwan Um, choć miał cukrzycę i to zdumiewające, że w ogóle był w stanie podróżować. Wywarł wpływ na tysiące ludzi. W Korei uważa się go za Bodhidharmę tego kraju. Było widać, jak znika powoli z powodu stanu swojego serca. Tuż nad drzwiami, przez które wchodzisz do naszego Zendo, wisi kaligrafia, która mówi: „Cały świat jest jednym kwiatem”. Było to jedno z wyrażeń, jakich używał ojciec nauczyciela Soen Sa Nima, jego arcymistrz. Kaligrafia powstała pod koniec wojny koreańskiej. Mistrz Mang Gong wykonał ją przy pomocy róży Szaronu.

Soen Sa Nim często przewodził wieloosobowym pielgrzymkom. Miałem szczęście być zaproszony na jedną z nich, wraz z roshim Maezumim i Maha Ghosanandą, który był prymasem Kambodży. Przybyło wielu uczniów z Ameryki i Europy. Wsiedliśmy do wspaniałych autobusów i zwiedziliśmy całą Koreę. Soen Sa Nim organizował podobną pielgrzymkę co trzy lata. Ten druk na ścianie za moimi plecami pochodzi z Haein Sah, Świątyni Oceanicznej Pieczęci. Uznaje się ją za jeden z trzech czy czterech skarbów narodowych Korei i to właśnie tam przechowuje się Tripitakę, nauki buddyjskie. Zdobycie potrzebnego drewna, jego przygotowanie i pocięcie zajęło koło 50 lat. W tym czasie poddawano je działaniu słonej wody, powietrza, słońca, gwiazd, księżyca, a na końcu wycięto chińskie znaki w lustrzanym odbiciu.

To był jeden z najważniejszych punktów naszej wyprawy, bo mieliśmy okazję naprawdę wejść w tę strukturę. Świątynia ma ażurową konstrukcję, to znaczy powietrze swobodnie przez nią przepływa. Budynek znajduje się na stoku zbocza. Nie wiem, ile tysięcy tabliczek tam się przechowuje – może osiemdziesiąt. Dzięki swobodnemu ruchowi powietrza drewno nie gnije i nie ulega spaczeniu. To było wyjątkowe doświadczenie. Pozwolono nam wejść do środka ze względu na Dae Soen Sa Nima, a zależało nam, by dotknąć takiej tabliczki. Dla roshiego Maezumiego najważniejszym momentem wyprawy była chwila, gdy trzymał Sutrę Serca. Zrobiliśmy mu z nią zdjęcie. Dla niego i dla nas wiele to znaczyło, że mogliśmy wejść do środka i stanąć wśród tych ręcznie wyrytych nauk.

Pamiętam którąś z wycieczek – byliśmy w Hong Kongu. Szedłem z nim. Zapytałem: „Soen Sa Nim, jak twoje zdrowie?”, a on spojrzał na mnie i powiedział: „Już jestem martwy”. To naprawdę cudowne. Bo wiesz – buddyjska postawa dharmiczna różni się od spojrzenia zwykłych ludzi, gdyż traktuje życie i śmierć za jedno. Musimy starać się i to pojąć. Życie i śmierć tak naprawdę uważa się za nirwanę. Widzimy rzeczy w kategoriach przeciwieństw, dlatego cierpimy, a one w istocie są jednym. Mówimy o czymś nietrwałym – wszystko jest nietrwałe, wszystko podlega zmianie. Nawet słońce zniknie. To bardzo głęboki temat w Buddhadharmie. Dzięki medytacji możesz go nie tylko zrozumieć, ale i doświadczyć w życiu. W ten sposób staje się to życiodajne.

Pięć czy sześć lat później Soen Sa Nim trafił do szpitala, gdzie podłączyli mu wszystkie te kroplówki. Myślę, że trwało to niemal rok, a on nie umarł. Ludzie jakby czekali. Gdy przyjechał tu Lind Rhodes, by odbyć kido, koreańskie odosobnienie ze śpiewami, powiedział, że Soen Sa Nim opuścił szpital. Spacerował, zajmował się różnymi rzeczami i rozmawiał z ludźmi. Trudno było w to uwierzyć. I wtedy, w czerwcu 2004 Soen Sa Nim został odznaczony Dae Jang Sa, co jest jednym z najwyższych odznaczeń duchowych w Korei. Nadano mu przez to tytuł „Wielkiego Mistrza” w Zakonie Chogye buddyzmu koreańskiego. Kilka miesięcy później zmarł. Może czekał na tę nagrodę. Należał do tego typu ludzi (śmiech).

Dokładnie dziś odprawiają ceremonię, właśnie dziś, 4 grudnia, w dniu, w którym w 1971 roku zmarł roshi Suzuki. Email kończy się słowami: „Prosimy, rodzino w dharmie, zachęćcie wszystkich do uczestnictwa. Sobota będzie dobrym dniem, by w waszych ośrodkach odprawić posługę pogrzebową. Jesteśmy bardzo wdzięczni za dar jego życia i nauki”.

Wczoraj wieczorem przygotowywałem się do tej mowy dharmy i przyszedł mi do głowy pomysł: „Powinieneś powiedzieć wszystkim coś o Soen Sa Nimie”. Myślę, że to bardzo właściwe.

Sangha Soen Sa Nima wydała na jego 60. urodziny książkę „Only doing it”. Wielu ludzi, którzy przyczynili się do jej powstania, pisało o nim ku jego czci. Myślę, że jeśli chodzi o nauczycieli z Azji, którzy przyjechali z Dalekiego Wschodu, został już chyba tylko roshi Sasaki. Mamy wielkie szczęście, że przyjęliśmy wszystkich tych, którzy opuścili swój kraj, bo nie udawało się w nim utrzymać dharmy lub tępiono ją – a którzy podzielili się z nami swym bogactwem, byśmy mogli je przyjąć.

Ten fragment „Only Doing It” to mój wkład do książki.

„W sprzyjającym okresie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych w naszym kraju pojawiło się wielu dobrych nauczycieli z Azji. Mieliśmy wielkie szczęście. Pamiętam między innymi lekturę nauk Soen Sa Nima. Zapadającą w pamięć i nieuchronną frazę: „Czy to jest takie samo, czy inne?” To pytanie, które zawsze zadawał. „Czy to jest takie samo, czy inne?” I znów – znasz kolejną frazę: „Jeżeli powiesz, że takie samo, uderzę cię, a jeśli powiesz, że inne, uderzę cię”. Więc co możesz powiedzieć? Tak naprawdę to pytanie, tak jak 108 pokłonów, było czymś, czego chciało by się uniknąć. I pewnie właśnie dlatego nasze ścieżki się przecięły. Im bardziej starasz się czegoś uniknąć, tym pewniej się z tym spotkasz.

W czasie pierwszej wizyty Soen Sa Nima na Górze Sonoma, kiedy jechał z Doliny Księżycowej, zobaczył trzy tęcze. My w tym czasie z góry widzieliśmy dwie. Powiedziałem sobie: „To musi być wyjątkowy dzień”.

Tradycyjnie kiedy spotykają się nauczyciele Zen, zazwyczaj kłaniają się sobie do ziemi w geście wzajemnego uznania. Gdy to zrobiliśmy, obaj tryskaliśmy radością! Podaliśmy sobie spontanicznie dłonie! To jedyny mistrz Zen, z jakim kiedykolwiek wymieniłem uścisk dłoni. W innych tradycjach, włącznie z naszą, jest to zwykle dość intensywne – intensywne spojrzenie. Myślę, że to było coś wspaniałego. Nie staliśmy twarzą w twarz. Tak naprawdę to staliśmy ramię w ramię i patrzyliśmy na siebie. Ten prosty gest dotykających się palców, mruczenie, sprawił, że czas się jakby zatrzymał.

Chciałem dać Soen Sa Nimowi prezent, coś, co byłoby bardzo dla mnie wartościowe. Ale kiedy nasze oczy wędrowały po rozmaitych buddyjskich przedmiotach, on wszystkiego odmawiał. Dzień wcześniej mój syn Demian znalazł na parkingu w Santa Rosie papierową tęczę. Teraz leżała ona na środku naszego salonu. Gdy Soen Sa Nim zobaczył ją, powiedział z wielkim uśmiechem „To. Mogę wziąć”.

W 1983 zdecydowaliśmy, że nasze sanghi mogą praktykować razem”. Tak może być chyba tylko w Ameryce. Grupy różnych tradycji na ogół ze sobą nie praktykują. „Postanowiliśmy to zrobić i zorganizowaliśmy czterodniowe odosobnienie na Górze Sonoma. Dwa dni sessin w stylu Zen Soto i dwa dni ścieżki energetycznej Kido bez siedzenia. Z ciszy siedzenia do ruchu i dźwięku, wraz z chodzeniem po okręgu i śpiewem (przez jedną, dwie godziny) Kwam Seum Bosal (Kandzeon Bosatsu), i z zapraszaniem, by instrumenty muzyczne wydawały dźwięki – to robiło największe wrażenie. W miarę, jak praktykowaliśmy, moja uważność dokładnie dopasowała się do mojego dźwięku, do dźwięku osoby obok mnie i do wszystkich pozostałych uczestników, także poza czterema rogami zendo. Ta energia i uważność były niczym kamień wrzucony do nieruchomego stawu, kiedy widać, jak zmarszczki delikatnie i w nieznany sposób rozbiegają się w nieskończone kręgi. Staje się to dźwiękiem uniwersalnym.

Sessin kido spaja przeciwieństwa czy skrajności jednej rzeczy. Co to za rzecz? Nic innego niż my sami, my wszyscy z zaróżowionymi policzkami, dużo czystszymi umysłami i bez bólu gardła w upale zimy. Połączenie praktyk zmusza do odpuszczenia przywiązania do własnej formy i przeżycia, jak rozwija się dharma, która nie jest ani japońska, ani koreańska, ani amerykańska. Wspólne działanie było dla mnie bardzo inspirujące i pomyślałem, że to właśnie jest pokój światowy!

Zgodnie z kalendarzem chińskim rok 1983 był dolnym punktem trzystusześćdziesięcioletniego cyklu. Wiele ośrodków Zen doświadczało przemian karmicznych, tak jak to się dzieje w procesie życia. Zaproponowałem Soen Sa Nimowi, byśmy na rok zamienili się zegarkami jako znak ślubowania, że będziemy szli prosto na tym zakręcie. Jego Rolex (ja miałem tylko Seiko) był drogim prezentem od sanghi. Gdy nadeszła pora, wspomniałem, że powiniśmy odzyskać zegarki. A on powiedział: „Nie ma sprawy. Po prostu zatrzymaj go”. Uczniowie zastanawiali się, czemu Soen Sa Nim oddał podarunek od sanghi i spytali o to pewnego dnia „Jak mogłeś coś takiego zrobić? Zebraliśmy tyle pieniędzy, ile się dało, a ty po prostu go oddałeś”. Soen Sa Nim powiedział „Skoro nie jestem przywiązany do ciała, jak mogę być przywiązany do zegarka? (śmiech)

Historia ma dalszy ciąg – Soen Sa Nim niedawno znowu się ze mną zamienił. Dostał kolejnego Rolexa, bo mój Seiko się zepsuł (pewnie przez te wszystkie godziny podróży z Soen Sa Nimem, któremu nie mógł dotrzymać tempa). Soen Sa Nim rozumował w ten sposób, że skoro nowy Rolex nadający się do nurkowania przeznaczony był dla młodszego człowieka, stary będzie bardziej pasował Soen Sa Nimowi. Funkcja jest bardzo ważna w naukach Soen Sa Nima. Tak więc nowy Rolex dla płetwonurków nie był stosowny dla człowieka po sześćdziesiątce. Chciał odzyskać prezent od sanghi. Powiedziałem „Nie ma sprawy. Tylko zegarek”. Tak, ciągle zmiana, zmiana, zmiana. Teraz wydaje mi się, że niemal każdy jest szczęśliwy…

Jak już mówiłem, 108 pokłonów to kolejna rzecz, jakiej chciałem uniknąć. To zbyt wiele jak na mój leniwy umysł”. Kiedy współprowadziliśmy Yong Maeng Jong Jing. To wyrażenie oznacza skoczyć jak tygrys siedząc. Mówi się też o tym „ścisła dharma”. Wszystko jest bardzo ściśle ustrukturalizowane. Ni z tego, ni z owego nasz wszechświat staje się bardzo mały.

„Byłem pod wielkim wrażeniem praktyki Soen Sa Nima. W drodze na zazen w ciemności wczesnego, górskiego ranka mijałem jurtę Soen Sa Nima. Przypominała świecącą dynię, promieniującą energią. Soen Sa Nim zwykł robić 5 razy 108 pokłonów, nim dołączy do pozostałych w naszych 108 pokłonach. Wyobrażałem sobie wtedy, że skoro praktukujesz już 20 lat, nie musisz praktykować tak ciężko. Ale odkryłem, że idziesz dalej tylko po to, by po prostu zrobić to. Nie praktykujesz, by osiągnąć większą jasność, ale dlatego że masz głęboki szacunek i wdzięczność dla niezwykłego cudu życia. Od tamtej wiosny praktykuję pokłony. To wspaniała praktyka działania, tworząca energię, pokój karmiczny i jasność, tak że umysł poszukujący drogi pojawia się nie tylko dla ciebie, ale by pomagać innym ludziom”.

W tym czasie Soen Sa Nim był mi kimś w rodzaju ojca. Objął mnie swym ramieniem. Brał mnie do pokoju rozmów i prosił, żebym przeczytał ten tekst uczniom. Bardzo dobrze pamiętam te ranki. Nie wiem, ile rozmów przeprowadziliśmy, ale była piąta, gdy wschodziło słońce. Padał śnieg. Rześkie powietrze i jasne słońce wpadające do pokoju – i skończyliśmy. Prosił, żebym przeczytał uczniom ten wiersz. Nazywa się „Droga człowieka”:

    Przychodząc z pustymi rękami, odchodząc z pustymi rękami – to ludzkie.
    Kiedy się rodzisz, Skąd przychodzisz?
    Kiedy umierasz, Dokąd idziesz?
    Życie jest jak przepływający obłok, który się pojawia.
    Życie jest jak przepływający obłok, który znika.
    Przepływający obłok sam w sobie pierwotnie nie istnieje.
    Życie i śmierć, przychodzenie i odchodzenie podobnie,
    Ale jedna rzecz zawsze pozostaje jasna.
    Jest czysta i jasna, nie zależy od życia i śmierci.
    Czym więc jest ta czysta i jasna rzecz?

I często uczył ludzi w pokoju dokusan, jak wyrażać siebie. Często uderzał w podłogę (uderza dwa razy), żeby wyrazić energię. To wcale nie jest bierne, jak możesz sądzić. Wyrażał energię czy obecność. Uderzenie – w naszej tradycji – może być bardzo poważne albo bez życia. Pewnego razu przyszła kobieta. Była dość starą, niewielką kobietą. I on zadał jej pytanie, a ona uderzyła w matę. Obaj się obudziliśmy. Ta osoba miała tyle energii – niezależnie, czy to dobrze, czy źle. Tak samo jak z życiem i śmiercią, dobrem i złem. Niezależnie, czy to dobrze, czy źle, ona miała tę pewność czy spontaniczność, nawet bez myślenia, by uderzyć w matę. Oto potwierdzenie.

„W 1984 roku zostałem zaproszony przez Soen Sa Nima do Korei. To moja pierwsza wyprawa. Tam na własne oczy zobaczyłem jego kulturę, jego serce. To była jego ziemia. Koreańczycy wydają się z natury bardzo serdeczni, towarzyscy i rodzinni. Dokądkolwiek byśmy nie poszli, było oczywiste, że mnisi i mniszki, jak i świeccy, kochali go”.

Pewnego dnia Soen Sa Nim udał się do klasztoru żeńskiego położonego niedaleko jego klasztoru i schował wszystkie kapcie (śmiech). Było ich może z pięćdziesiąt. Mniszki wróciły z zazen. Idziesz po kapcie, tam gdzie jest zostawiłaś, a ich nie ma – i nie tylko twoich, ale wszystkich. Jak dotrzesz do kolejnej sali? Robił takie rzeczy.

„Dawał więc z siebie bardzo dużo, znacznie więcej niż daje się w kategoriach ja-mnie-moje. Soen Sa powiedział mi „Spraw, by twój środek był silny”. Nie ośrodek Zen, ale ten środek, hara. Tak samo mówił roshi Suzuki „Musisz sprawić, by twój środek był silny”. Zatem nie zatrzymuj niczego. Porzuć przywiązanie do dobrego i złego. Nie zatrzymuj niczego. Bo gdy niczego nie zatrzymujesz, otwierasz się na przyjmowanie, oświecasz się i wyzwalasz wszelkie istoty od cierpienia. To recepta. To jawny sekret niewyczerpanej energii wolnej od ja.

Nieskończona jest wielka miłość i współczucie Soen Sa Nima do nauczania, dzielenie się, nieustraszoność, chęć zabawy, łagodność, radość i bezpośredniość, które sprawiają, że jeżą się wszystkie włosy na ciele. Nie daje ci nawet czasu, byś czuł lub myślał!

Jestem bardzo szczęśliwy, że trafiłem na jego dharmę. Dzięki dobroci i współczuciu Soen Sa Nima moje słabe oczy widzą troszeczkę wyraźniej. Słowo „hołd” jest, wiesz, nic nie warte – to tylko kupa wspomnień. Ślady w umyśle. Mój prawdziwy hołd dla Soen Sa Nima to kontynuacja podtrzymywania, manifestowania i zachowywania jawnego sekretu”.

Oto inny wiersz, jakiego nauczył mnie Soen Sa Nim:

    Aieego! Aieego! Aieego!
    (Aieego znaczy po koreańsku „bardzo smutny”)
    Dae Soen Sa Nim już w nirwanie.
    Patrzenie w niebo
    Śmianie się, śmianie się, śmianie się
    Góry wysokie w swym pięknie
    Rzeki płyną długo i nisko.

Dziękuję.

                  tłumaczył Michał Czernuszczyk
    teksty: